Nowy numer 15/2021 Archiwum

Drogi cichociemnych

Od odwagi po operatywność, od doświadczenia życiowego po znajomość języków obcych – wymagania wobec przyszłych cichociemnych były ogromne. Do okupowanego kraju wracali najkrótszą drogą, niektórzy nigdy nie wrócili, walcząc z wrogiem tam, gdzie rzucił ich los i rozkazy. Jak porucznik Jerzy Waletko, który wylądował w Grecji.

Skakali w cichą, ciemną noc – dlatego nazwano ich cichociemnymi. Pierwszy raz do Polski – 15 lutego 1941 r., pod Dębowcem na Śląsku Cieszyńskim. W sumie do kraju zrzucono podczas wojny 316 cichociemnych. Ci, którzy skakali poza okupowaną Polską, nie byli tak liczni, nie są też znani. W różnych publikacjach podawane są rozmaite liczby; najprawdopodobniej poza krajem walczyło 41 cichociemnych. Lądowali w Jugosławii, Grecji, Albanii, we Włoszech i Francji – zwykle skacząc na spadochronach, ale także korzystając z transportu morskiego lub lądowego. Każdy z tych życiorysów to gotowy scenariusz na dobry film. Nie bez powodu – działali za liniami wroga w stałym zagrożeniu, często wśród nieprzyjaznych wobec siebie grup lokalnego ruchu oporu.

Czas na dywersję

Według Brytyjczyków wszelkie działania osłabiające III Rzeszę były bezcenne, dlatego już w 1940 r., po zajęciu przez Niemców Francji, powołano Kierownictwo Operacji Specjalnych (Special Operations Executive, SOE), którego zadaniem było m.in. wspomaganie ruchu oporu w okupowanych krajach. Z SOE współpracował blisko polski Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza, który miał koordynować zrzuty ludzi i materiałów. Sam pomysł narodził się tuż po klęsce wrześniowej, teraz Brytyjczycy zapewnili środki, by go zrealizować.

Chętnych nie brakowało – do służby zgłosiło się ponad 2400 kandydatów. Nie każdy jednak mógł zostać cichociemnym. Niezwykle przedsiębiorczy i pomysłowi, o ponadprzeciętnej wiedzy i znajomości języków obcych – cichociemni byli elitą, która walczyła o polską sprawę. Każdy cichociemny przechodził kurs spadochronowy i dywersyjny, często także kursy specjalistyczne, np. dotyczące łączności czy prowadzenia walk ulicznych. Główna zasada była prosta: jak najmniej teorii, jak najwięcej praktyki. Przysięga złożona na Rotę Armii Krajowej oznaczała koniec szkolenia.

Bazy szkoleniowe dla cichociemnych mieściły się przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, ale też w Palestynie, a pod koniec wojny także we Włoszech. W przeciwieństwie do cichociemnych z Anglii polscy spadochroniarze w południowej Europie byli bezpośrednio nadzorowani przez SOE. Tak było także z por. Jerzym Waletką.

Wojenna tułaczka

Pochodzący z Lipin (dziś dzielnica Świętochłowic) Jerzy Waletko swoim życiorysem mógłby obdarować kilka osób. Urodził się w 1903 r., walczył we wszystkich powstaniach śląskich oraz podczas kampanii wrześniowej, a po jej przegranej ewakuował się na Węgry. Po kilku miesiącach trafił przez Bałkany do Syrii, gdzie szkoliła się Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich. W szeregach karpatczyków, jako dowódca plutonu strzelców, bronił Tobruku przed Niemcami i Włochami, potem – jak wszyscy cichociemni – zgłosił się na ochotnika do służby w kraju. Był już wojennym weteranem, a w dodatku miał talent do języków. Mówił po jej niemiecku, angielsku i węgiersku, a później także po serbsko-chorwacku, włosku i grecku. Był zatem idealnym kandydatem na cichociemnego, nie dziwi więc decyzja o odkomenderowaniu go do służby specjalnej.

Porucznik na górze Karmel w Hajfie przeszedł szkolenie z obsługi sprzętu wojskowego i łączności, spadochroniarstwa i sabotażu. Po przerzucie miał zajmować się organizacją zamachów, zdobywaniem i produkcją dokumentów, a jego celem było wzmożenie walki podejmowanej przez Armię Krajową na Górnym Śląsku, np. poprzez atakowanie posterunków wroga i wysadzanie pociągów. Tyle że Waletko nie wylądował w Polsce.

Z ziemi greckiej…

Plany zmieniały się kilka razy, bo zmieniały się koleje wojny. Wojska alianckie zajęły południowe Włochy, Brytyjczycy coraz mocniej interesowali się Bałkanami. Waletko – teraz pod pseudonimem „Bytomski” – miał więc polecieć z Włoch do Jugosławii, lecz ostatecznie skierowano go do Grecji, gdzie wylądował w nocy z 5 na 6 maja 1944 roku wraz z dwoma innymi skoczkami. Wylądował tam jako kapitan Edward George Bart, a nowa brytyjska tożsamość miała mu zapewnić większe bezpieczeństwo w razie wpadki.

Zaopatrzony przez Brytyjczyków w odpowiednie środki finansowe Waletko vel Bytomski vel Bart miał zajmować się rozpoznaniem terenu, nawiązać kontakt z lokalną partyzantką i zbierać informacje wywiadowcze. To było zadanie oficjalne. Polskie dowództwo oczekiwało – już bez wiedzy Brytyjczyków – znacznie więcej. Cichociemny miał tworzyć trasy przerzutowe i kurierskie prowadzące przez Bałkany do okupowanego kraju, a przede wszystkim miał pozyskiwać polskich dezerterów z Wehrmachtu, w którego szeregach znajdowało się na przykład wielu Ślązaków, oraz werbowaniem polskich członków greckiego ruchu oporu do służby w II Korpusie. Misja zakładała też ewakuację Polaków.

Jerzy Waletko spędził w środkowej Grecji pół roku, unikając aresztowania i konfliktu ze zwalczającymi się grupami zbrojnymi greckiego podziemia. Według historyków dzięki działalności polskich cichociemnych udało się wydostać z niemieckich szeregów ponad 600 Polaków.

…do Polski

Jerzy Waletko zakończył wojnę w Wielkiej Brytanii. W zajętej przez Armię Czerwoną Polsce czekała jednak żona Alicja i córka Wanda. Gdy ich próby przedostania się na Zachód przez tzw. zieloną granicę nie powiodły się, Waletko postanowił wrócić do kraju. Prawdopodobnie uważał, że nic mu nie grozi, bo po prostu walczył z Niemcami. Z nakazu bezpieki został jednak aresztowany, za kratami bez procesu spędził pół roku, po zwolnieniu stracił pracę. Miał jednak więcej szczęścia niż wielu towarzyszy broni, bo podczas wojny straciło życie 102 cichociemnych. Do śmierci w 1972 r. mieszkał w Bytomiu. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama