Nowy numer 3/2021 Archiwum

Bokser i męczennik

Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski nie wiedział, kim jest człowiek, którego ratował z rąk rozwścieczonego Vorarbeitera.

Jeszcze do niedawna mało kto słyszał o polskim bokserze, walczącym w Auschwitz m.in. z niemieckimi więźniami funkcyjnymi znęcającymi się nad innymi uwięzionymi, który zainspirował scenarzystów dwóch filmów fabularnych. Pierwszym z nich był zrealizowany w 1962 roku „Bokser i śmierć” słowackiego reżysera Petera Solana, którego scenariusz został oparty na noweli Józefa Hena. Jednak ten film luźno nawiązywał do autentycznych przeżyć obozowych Pietrzykowskiego. Polak nie był jedynym bokserem walczącym o przeżycie w Auschwitz. W walkach brali udział również sportowcy innych narodowości. Najnowszym dziełem przedstawiającym losy Pietrzykowskiego w obozie zgodnie z faktami, ale poddanymi koniecznej dramaturgicznej obróbce, jest „Mistrz” Macieja Barczewskiego. Film miał premierę podczas festiwalu w Gdyni i koncentruje się przede wszystkim na walce boksera z przeciwnikami. Inne wątki, jak np. przeszłość bohatera, potraktowane zostały oszczędnie.

Tadeusz Pietrzykowski urodził się w Warszawie w 1917 roku. W wieku 11 lat wstąpił do harcerstwa, które, jak mówił, było „pierwszą i najważniejszą szkołą życia… Pierwszy raz zetknąłem się z rękawicami na zbiórce zastępu. Chwyciłem bakcyla boksu i ta umiejętność prowadzenia walki pięściarskiej… pogłębiona w klubie sportowym WKS Legia przez samego Papę Stamma, postawiła sportową kropkę nad »i«”.

Pojedynek z kapo

Pietrzykowski walczył pod pseudonimem Teddy, nawiązującym do imienia jego idola, Teddy’ego Yarosza, amerykańskiego zawodowego mistrza świata wagi średniej. Yarosz do perfekcji opanował defensywny styl walki, stając się wzorem dla młodego Polaka. Jednak bokserską karierę Tadeusza, który został m.in. wicemistrzem Polski i mistrzem Warszawy w wadze koguciej, przerwała wojna. Pietrzykowski wziął udział w obronie Warszawy, a po zajęciu stolicy przez Niemców usiłował wraz z kolegą przekroczyć granicę, by wstąpić do polskiego wojska we Francji. Obaj zostali ujęci przez węgierskich żandarmów, którzy przekazali ich słowackiej straży granicznej, a ta wydała Niemcom. Trafili do więzienia w Tarnowie, skąd 14 czerwca 1940 roku Pietrzykowski wraz z 727 osobami został przywieziony w pierwszym transporcie do powstającego KL Auschwitz. Otrzymał numer 77. W czasie rejestracji, kiedy więźniom kazano się rozebrać, niemiecki kapo dostrzegł szkaplerz na piersi Tadeusza. Zerwał go, a boksera poczęstował kopniakiem.

Pietrzykowski pracował w różnych komandach roboczych i podobnie jak inni więźniowie, zmuszani do ciężkiej pracy, wygłodzeni i codziennie narażeni na śmierć z ręki kapo czy SS-mana, zaczął tracić siły. Nie wiadomo, czy przeżyłby obóz, gdyby nie przypadek. „Walki bokserskie w Oświęcimiu rozpocząłem w marcu 1941 r. Wówczas przypadkowo rozegrałem mecz z kapo niemieckim Walterem Düningiem, który boksował już przed wojną… Była wolna od pracy niedziela. Przed obozową kuchnią zebrała się duża grupa więźniów. Jeden z nich podbiegł w moim kierunku i krzyknął: »Teddy, chcesz otrzymać kawałek chleba, chodź szybko. Wśród nas jest niemiecki bokser. Szukam kogoś, kto z nim będzie się boksował i go pokona. Zwycięzca w nagrodę otrzyma chleb«. Ważyłem 42 kg, lecz zdecydowałem się od razu na walkę… Jak mnie ujrzeli zgromadzeni, zaczęli się śmiać, byłem bowiem bardzo chudy” – wspominał Teddy, który wykorzystując znakomite umiejętności techniczne, stawił opór silniejszemu przeciwnikowi. W pewnej chwili bliski przegranej Düning przerwał walkę i zapytał, w jakim komandzie roboczym chciałby pracować. „Odpowiedziałem, że w Tierpfleger, wiedząc, że tam można zdobyć dodatkowe pożywienie, jak wytłoki buraczane, brukiew i marchew. Równocześnie stałem się znany jako bokser i toczyłem w obozie oświęcimskim liczne walki z bokserami, których esesmani wyszukiwali w nowo przybyłych transportach” – opowiadał.

Nie bij, synu…

Pietrzykowski stoczył w Auschwitz kilkadziesiąt pojedynków; prawie wszystkie wygrał. W 1941 roku w niezwykłych okolicznościach poznał o. Maksymiliana Kolbego, który trafił do obozu w maju 1941 roku. Teddy pracował w polu w Babicach, kiedy zauważył, że po drugiej stronie drogi jeden z Vorarbeiterów, kierujący grupą pracujących tam więźniów, z całych sił kopał jednego z nich. „Zwróciłem się do pilnującego mnie Kommandoführera, mówiąc, że boksuję i chciałbym sobie potrenować z Vorarbeiterem, który bił więźnia… SS-man zgodził się na to” – wspominał Pietrzykowski, który podszedł do oprawcy i kazał mu zostawić więźnia w spokoju. Rozwścieczony Vorarbeiter chciał go uderzyć, ale po ciosie Pietrzykowskiego padł na ziemię. Vorarbeiter nie dawał za wygraną i prawdopodobnie nie wyszedłby cało z bójki, gdyby nie interwencja jego ofiary. „Nie bij, synu” – usłyszał Pietrzykowski, który nie mógł uwierzyć, że ksiądz broni swego kata. „Z natury jestem porywczy (więc pierwszą myślą było stwierdzenie: jaki ja tam twój syn) i głośno powiedziałem: odczep się, jeśli nie chcesz ty dostać (…). Proszący jednak nie ustępował, upadł przede mną na kolana i chwytając za ręce, błagał »nie bij, synu, nie bij«. Zaśmiałem się z niego, stwierdzając: »co, lepiej, aby on ciebie bił?«. Tego proszącego więźnia widziałem wówczas po raz pierwszy w życiu. Jego twarz była jakaś nienormalna: łagodna, dziwnie spokojna… Zabrakło mi języka w ustach. W końcu machnąłem ręką i odszedłem” – wspominał.

Pietrzykowski nie wiedział, kim był maltretowany więzień. Wyjaśnił mu to później ks. Jan Marszałek, który wraz z nim przybył do obozu. Kilka dni później bokser znowu spotkał o. Kolbego i dał mu kawałek chleba. Następnego dnia dowiedział się, że chleb skradł ojcu inny więzień. Pietrzykowski chciał ukarać złodzieja, ale Kolbe mu zabronił. Dał więc kapłanowi nowy kawałek i nie mógł wyjść ze zdumienia, kiedy ten połowę wręczył złodziejowi ze słowami: „on też jest głodny”. Pietrzykowski wraz z innymi więźniami spotykał się z o. Kolbem jeszcze wielokrotnie w tzw. alejce Brzozowej. Był też obecny na apelu, na którym o. Kolbe poświęcił swoje życie za innego więźnia. „Nie byłem w stanie zrozumieć tego aktu: nie mogłem pogodzić się z myślą, że już nigdy nie zobaczę księdza Kolbego” – wspominał po latach.

Pomógł mu przypadek

Wyczyny Pietrzykowskiego budziły entuzjazm polskich więźniów, którzy gromadzili się wokół miejsca jego bokserskich pojedynków. Zwycięstwa dodawały im otuchy. Więźniowie zaczynali wierzyć, że Niemcy nie są niepokonani. Kiedy walczył z Niemcami, dopingowali go okrzykami: „bij Niemca”, co groziło poważnymi represjami. Polakiem zaczęło się interesować obozowe gestapo. Teddy zrozumiał, że w Auschwitz grozi mu egzekucja, a jedyną szansą na ocalenie jest wydostanie się z obozu. I znowu pomógł mu przypadek. Do Auschwitz przyjechał kierownik (Schutz- haftlagerführer) obozu koncentracyjnego w Neuengamme. W wielu zamieszczonych w prasie tekstach, a także w książce o Pietrzykowskim można znaleźć informację, że nazywał się Hans Lütkemeyer. To błędna informacja, owym SS-manem był Albert Lütkemeyer. Okazało się, że Teddy poznał go przed wojną w czasie turnieju bokserskiego w Poznaniu, gdzie ten był arbitrem. Teraz Lütkemeyer, którego w marcu 1947 roku brytyjski Trybunał Wojskowy w Hamburgu za okrutne obchodzenie się z więźniami skazał na śmierć, załatwił mu wyjazd do Neuengamme.

Z Neuengamme, gdzie stoczył około dwudziestu walk bokserskich, Pietrzykowski został przeniesiony do obozu Bergen-Belsen, wyzwolonego w kwietniu 1945 roku przez aliantów. Rok później wrócił do Polski. Był m.in. świadkiem w procesie komendanta obozu Auschwitz Rudofa Hössa, składając wstrząsające zeznania. Po wojnie ukończył studia i poświęcił się pracy z młodzieżą. Zamieszkał w Bielsku-Białej, gdzie zmarł nagle 17 kwietnia 1991 roku.

Obozowe wyczyny Tadeusza Pietrzykowskiego to tylko jeden z wielu przykładów aktywności sportowej więźniów w obozach koncentracyjnych, a także w setkach obozów filialnych na terenach Trzeciej Rzeszy i krajach okupowanych. Znamy je przede wszystkim ze wspomnień byłych więźniów, ale powstało również sporo prac naukowych na ten temat. Krzysztof Dunin-Wąsowicz, autor monografii poświęconej ruchowi oporu w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, zauważa, że chociaż sport mogli uprawiać tylko nieliczni i lepiej odżywieni więźniowie, działalność sportowa integrowała więźniów, wprowadzając poczucie łączności i solidarności. Najpopularniejszą dyscypliną była piłka nożna.•

Korzystałem m.in. z książki Marty Bogackiej „Bokser z Auschwitz” oraz materiałów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także