Nowy numer 2/2021 Archiwum

Postanowiłem zbudować miasto

Spełniony sen architekta. Cacko. Perła renesansu – cmokają z zachwytu turyści i historycy sztuki. Naprawdę? Jak żyje się w „mieście idealnym”?

Biednemu zawsze wiatr w oczy. Tym razem trafiło i na bogatego. Temperatura odczuwalna: –11 stopni. Wieje. Zmarznięty i lekko znudzony Jan Zamoyski zerka z pomnika na ludzi zmierzających do katedry Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła. Nie mają czasu zastanawiać się nad tym, że wchodzą do świątyni będącej perłą renesansu lubelskiego i że kolegiata ma idealne kształty „miasta w pigułce”, stanowi jedną piętnastą jego część, a trzy portale korespondują z trzema miejskimi bramami. Spieszą się. Za minutę rozpoczyna się Msza.

Tym razem bohaterem nie będzie osoba, wspólnota czy dzieło. Bohaterem będzie miasto. Panie, Panowie, przed wami Zamość. W całej swej okazałości.

W tym szaleństwie…

Budowa prywatnego nowoczesnego miasta-twierdzy była śmiałym, by nie rzec szalonym przedsięwzięciem. Piastujący dwie najważniejsze funkcje w państwie Kanclerz Wielki Koronny i Hetman Wielki Koronny Rzeczypospolitej Obojga Narodów mógł pozwolić sobie na taki kaprys.

Oddajmy mu głos. „Mając na względzie bezpieczeństwo i pożytek nie tylko mój i przyjaciół moich, ale całego sąsiedztwa i poddanych z sąsiednich wsi moich, postanowiłem zbudować miasto, połączone z tym zamkiem i świątynią, które to miasto wałem i fosą wzmocnię kosztem moim” – notował Jan Zamoyski. Ot, zachcianka.

Decyzja o zbudowaniu miasta zapadła 442 lata temu, a realizację tego śmiałego pomysłu Zamoyski zlecił Włochowi Bernardo Morando. O samym architekcie nie wiadomo zbyt wiele, a hetmana nie spotkał on raczej, jak twierdzi większość przewodników, w czasie, gdy ten studiował od 1560 roku w skąpanej słońcem Padwie, ale podczas pracy nad przebudową zamku królewskiego w Warszawie. To tu Zamoyski „przejął” architekta i już 1 lipca 1578 r. podpisał z nim we Lwowie kontrakt na budowę zamku, a później miasta rodowego.

Efekt? Na barwnej szachownicy pól i lasów wyrosła kamienna szachownica ulic i rynków. Na południowych ziemiach Wyżyny Lubelskiej, w widłach rzek Łabuńki i Topornicy, na niewielkim wzniesieniu powstała Padwa Północy. I o ile zazwyczaj podobne porównania są hasłami zdecydowanie na wyrost, tym razem nie ma żadnej przesady. Od lat studenci historii sztuki na całym świecie pochylają się nad równo rozrysowanymi XVI-wiecznymi planami i szkicami tego miasta.

Założenie było jasne: zaplanowane w detalach, mocno ufortyfikowane, nie miało przypominać ponurej twierdzy. Odwzorowanie architektonicznych szkiców Włocha nie było zresztą najważniejsze. Zamoyskiemu chodziło o stworzenie idealnego miejsca do życia, przestrzeni nakierowanej na człowieka i dostosowanej do jego potrzeb. Otoczony grubym murem ogromny wielobok był w zamyśle bastionem, ośrodkiem kultury, nauki i handlu i zachwycał misternie zaprojektowanymi sakralnymi budowlami (o samej kolegiacie napisano grube tomy doktoratów). To po powstaniu Zamościa zmieniono szlak handlowy do Lwowa, a miasto, z powodu licznych jarmarków, tętniących życiem targowisk (odbywały się na rynkach Wodnym i Solnym) i kwitnącego rzemiosła, nazwano „małym Gdańskiem”.

Padwa Północy

Idee zyskały realny kształt. Sam Platon byłby zachwycony. To on postulował przecież, by wokół wielkiego rynku rozlokowywano mniejsze sektory – dzielnice. Głową z uznaniem skinąłby również Witruwiusz, który swe przemyślenia zawarł w napisanym dekadę przed narodzeniem Jezusa traktacie „O architekturze ksiąg dziesięć”. To na podstawie tego tekstu gorące głowy włoskich architektów po kilkunastu wiekach obmyślały koncepcję città ideale.

Czy to w czasie studiów w Padwie Zamoyski poznał architektoniczną wizję idealnego, rozrysowanego z detalami, z zachowaniem wszelkich proporcji miasta? Gdy dokładnie 440 lat temu wydał akt lokacyjny Zamościa, precyzyjnie wiedział już, jak będzie wyglądał.

Nieprawdopodobny rozwój miasto zawdzięczało przywilejom, które nadał mu Stefan Batory (zwolnienie z cła, czynszów i podatków, prawo składu i jarmarków). 24-hektarowy Zamość Bernarda Morando miał jedynie 600 metrów długości i 400 szerokości. Śliczne pastelowe kamieniczki zajmowało początkowo jedynie 3 tysiące mieszkańców. Dziś w mieście, które rozrosło się wokół starówki w mniej idealnych proporcjach, mieszka ich o ponad 60 tysięcy więcej.

Pierwszy poważny chrzest bojowy gród hetmana przeszedł w 1648 roku, gdy bronił się przed armią zbuntowanych Kozaków dowodzonych przez Bohdana Chmielnickiego, a osiem lat później – przed wojskami potopu szwedzkiego. Ani jedni, ani drudzy nie zdołali zdobyć miasta.

Miasto jak człowiek

Z lotu ptaka widać, jak ulice przecinają się pod kątem prostym, a Rynek Wielki jest matematycznie idealny. Na każdym z jego stumetrowych boków stoi po osiem podcieniowych kamienic.

Śniegu jak nie było, tak nie ma. Polska grudniowa norma. Nieliczni zmarznięci turyści biegają między potężną kolegiatą (dziś katedrą), siedzibą Akademii Zamoyskiej (dziś centrum nauki i kultury) i imponującym pałacem dumnego założyciela miasta. Układ budynków nie jest przypadkowy i odzwierciedla… sylwetkę człowieka. Pałac Jana Zamoyskiego jest głową, akademia i katedra – płucami, Rynek Wielki – sercem, a obronne bastiony – rękami i nogami.

Dla nas to dzisiejsze kresy, ale przecież w chwili fundacji było to serce Rzeczpospolitej (do Lwowa zalewie 130 kilometrów!). Zamość od zarania znany był ze swej wielokulturowości. Obok Polaków mieszkali tu Ormianie, Grecy i sefardyjscy Żydzi.

Tego się nie spodziewaliśmy!

Gdy byłem tu półtora roku temu, „infułatka” – dawna rezydencja zamojskich dziekanów, najstarszy budynek miasta – była w remoncie. Dziś urządzono w niej niezwykłą, nowoczesną, multimedialną ekspozycję, którą można bez znudzenia zwiedzać godzinami. Czego tu nie ma! Zwiedzający poznają w pigułce historię miasta, mogą zerknąć z bliska na muzealne eksponaty: księgi (mnie najbardziej ujął spis kazań „Przeciwko gniewliwym małżonkom”), misternie tkane szaty czy naczynia liturgiczne; mogą sami zbudować z drewnianych elementów kolegiatę, uczestniczyć w architektonicznym quizie (gdzie jest fryz, gdzie attyka, a gdzie arkady?), zerknąć na misterny szkielet drewnianej więźby dachowej, a na koniec, dźwigając pluszowe klińce i zworniki, postawić wielki renesansowy łuk. Muzeum żyje. Mnóstwo ekranów dotykowych ukazuje niezwykłą historię miasta.

Oprowadza nas ks. Marek Dobosz, konserwator diecezjalny, autor tekstów do albumu o zamojskiej katedrze, człowiek renesansu, pasjonat, który zna Padwę Północy na wylot i mógłby opowiadać o niej godzinami. Już po kilkunastu minutach rozmowy widzę, jak wiele półprawd czy historycznych nieścisłości wyczytałem w przewodnikach.

Ręce do góry!

– Moje ukochane miejsce? To, na którym stoimy – uśmiecha się ksiądz Piotr Spyra, który skończył nie tylko studia doktoranckie z katechetyki, ale i wydział jazzu, i od lat jest aktywnie zaangażowany w ewangelizację, między innymi w dynamicznych, rosnących jak grzyby po deszczu wspólnotach Przyjaciele Oblubieńca. – Dokładnie w tym ​​miejscu rynku co roku staje spora scena. W Boże Ciało już trzykrotnie prowadziliśmy z niej uwielbienie, razem z najstarszą polską orkiestrą symfoniczną. Widziałem przed sobą kilkutysięczny tłum oddający chwałę Bogu.

A przecież to zaledwie rzut beretem od Rzeszowa, w którym na podobny koncert przed dwoma laty przyszło do parku Sybiraków 40 tysięcy ludzi.

Rozmawiamy na Rynku Wielkim, pod monumentalnym ratuszem, którego strzelistą 52-metrową wieżę widać z daleka. Światło grudniowego poranka igra wesoło na pastelowych bajkowych kamienicach. Czas się zatrzymał. Jest zimno, więc po charakterystycznych wachlarzowych schodach nie biegają dzieciaki. Nie słychać też gwaru dochodzącego latem z mnóstwa kawiarń i knajpek. Kawę można kupić jedynie na wynos. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Zerkam na pustawy zimowy rynek epoki COVID-a. Podnoszę wzrok na Madonnę, która na zielonej ormiańskiej kamieniczce stanowczo rozprawia się ze smokiem, na dom aptekarzy, kamienicę Pod Małżeństwem. Nic dziwnego, że Stare Miasto wpisano przed 28 laty na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a w ogłoszonym przez redakcję „National Geographic” plebiscycie na cuda Polski zamojski Rynek zajął 8. miejsce.

Latarnia się na palcach wspina

Rynek ożyje dopiero po zmroku, gdy na otoczonym kamieniczkami lodowisku śmigać będzie kilkadziesiąt osób. Nad nimi rozbłyśnie wielki, pokrywający cały ratusz napis: „Wesołych Świąt”.

Mijam kamienicę, w której w latach 1922–1935 mieszkał notariusz sądu okręgowego, „znawca mgły i wina” Bolesław Leśmian, i dom, w którym urodził się dotykający „magii obłoków” Marek Grechuta.

Tak, ten wyjazd był odwykiem. Przed dwoma dniami miałem przesiadkę w jednym z szaroburych, opustoszałych miast środkowej Polski i przez godzinę łaziłem wśród domów, z których każdy był „z innej bajki”. Mijałem architektoniczne kundle bez ładu i składu, klocki i pseudopałacyki z dziwacznymi dobudówkami i wymyślnie rzeźbionymi bramami („mnie nie stać?”), przetykanymi od czasu do czasu Żabkami i Biedronkami. Zimowa aura i brak liści na gałęziach obnażyły bezlitośnie tę rodzimą budowlaną wolnoamerykankę. Brrr… W wybudowanym w jednym czasie i stylu Zamościu odetchnąłem. Tu naprawdę można znaleźć równowagę i harmonię.

Lubię przyjeżdżać do takich miejsc poza sezonem. Może podobnie jak pan Zagłoba nie lubię tłoku? Zimowo-pandemiczne miasto jest pustawe. Nie widać rzeki ponad trzystu tysięcy turystów, która co roku płynie między zoo, parkiem, klimatycznymi knajpkami i rynkami. Teraz jest inaczej. Leniwie, spokojnie, cicho. Idealnie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także