GN 2/2021 Archiwum

Konkluzja szczytu

Wprowadzenie mechanizmu praworządności pewnie odsunie się trochę w czasie, ale i tak na wszystko już się zgodziliśmy.

Prawo rodzinne to sprawa państw członkowskich – napisała wyraźnie w swojej strategii działania Komisja Europejska. Zaraz potem dodała, że czasem jednak będzie działać w tej materii. Chodzi np. o sytuacje kiedy jakiś kraj nie uznaje pary homoseksualistów, która zawarła związek w innym kraju za rodziców dziecka. Rodzic w jednym kraju to rodzic w każdym kraju – podkreśla Komisja. Puenta zapisu o poszanowaniu krajowego prawa jest więc taka, że kraje mają mieć takie prawo, jakiego chce KE.

O „Strategii równościowej LGBTIQ” pisaliśmy niedawno w „Gościu”. Pokazuje ona nie tylko to, jak Komisja Europejska podchodzi do kwestii gejów i lesbijek, ale i to, jak traktuje prawo. Monteskiusz uważał, że władza zawsze posunie się do momentu, w którym napotka opór. Działanie KE jest tego doskonałą ilustracją. Odwołanie komisarzy jest w praktyce niewykonalne i nie potrzebują oni poparcia wyborców, więc nie ma komu ich rozliczyć, jeśli nawet wprost zadeklarują, że będą omijać przepisy. Nie mówiąc już o dyskretniejszym naruszaniu prawa.

Warto o tym pamiętać, zanim zacznie się rozważania o skutkach unijnego szczytu i o tym, co ma większe znaczenie: rozporządzenie wiążące wypłatę funduszy unijnych z tzw. praworządnością, czy projekt konkluzji szczytu, zgodnie z którym stosowanie mechanizmu praworządności będzie „obiektywne, uczciwe, bezstronne i oparte na dowodach” (cytuję za PAP). Rozważanie nie byłoby zresztą skomplikowane – rozporządzenie jest prawem, a konkluzje to tylko deklaracja, w dodatku ogólnikowa. Jednak i bez tego wiadomo, że Komisja niespecjalnie przejmuje się ograniczeniami. Po prostu prze do przodu, bo może.

Piszę „Komisja”, ale równie dobrze można by mówić po prostu o federalistach, czyli zwolennikach tworzenia europejskiego państwa, którzy mają przewagę w KE (i nie tylko tam). To oni są triumfatorami zakończonego właśnie szczytu.

Podsumujmy. Po wybuchu kryzysu epidemicznego ogłoszono powstanie wielkiego funduszu na rzecz odbudowy gospodarki. Rzecz dla Polski niekorzystna z kilku powodów. Po pierwsze, fundusz ma być stworzony kosztem tradycyjnego budżetu. Po drugie, źródłem finansowania ma być wspólne unijne zadłużenie i wspólny podatek, czyli z instrumenty typowe dla państw, nie dla organizacji międzynarodowych. Po trzecie, od razu było wiadomo, że część tego funduszu będzie kredytem, a nie dotacją. Mimo to w lipcu Polska zgodziła się na takie rozwiązanie. W dodatku przystała na to, by Komisja Europejska mogła wstrzymać wypłatę pieniędzy ze wspólnego budżetu, jeśli dane państwo łamie zasady praworządności. Obiecano nam, że zdarzy się to tylko w razie defraudacji unijnych środków. Szybko okazało się, że w dokumentach nie określono, co w zasadzie jest naruszaniem praworządności, więc KE może przyciąć wypłaty pod byle pretekstem. Polska wspólnie z Węgrami zapowiedziała zawetowanie nowego unijnego budżetu (powinien wejść w życie od początku przyszłego roku), jeśli mechanizm nie zostanie wycofany. Rzecz rozstrzygnęła się na zakończonym w piątek unijnym szczycie. Pomimo twardych deklaracji Polska i Węgry zgodziły się na mechanizm praworządności. W zamian w konkluzjach szczytu zapisano, że samo ustalenie, że doszło do naruszenia praworządności, nie wystarczy do wstrzymania środków. Komisja obiecała, że będzie się tego trzymać, ale konkluzje nie mają mocy wiążącej. Polska i Węgry chcą też zaskarżyć do Trybunału Sprawiedliwości UE rozporządzenie o warunkowości, ale dotychczasowe wyroki TSUE nie dają powodów do optymizmu. Sprawa odsunie się trochę w czasie, ale summa summarum na wszystko już się zgodziliśmy.

Od prawie 35 lat federaliści nie cofnęli się ani razu. Od czasów Jednolitego Aktu Europejskiego z 1987 r. kolejne rozwiązania prawne wzmacniają unijne instytucje, osłabiając państwa (oprócz tych najsilniejszych). Opór społeczeństwa im nie przeszkadza – przykładem Irlandia, gdzie w referendum odrzucono traktat lizboński, więc referendum zostało rozpisane jeszcze raz. Opór kilku krajów, jak pokazał szczyt i wcześniejsze przepychanki, też nie jest problemem. Zwłaszcza wtedy, kiedy ten opór polega na składaniu bojowych deklaracji, a potem naiwnym przyjmowaniu obiecanek i podpisywaniu tego, co inni podsuną. Takie konkluzje nasuwają się po szczycie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także