Nowy numer 2/2021 Archiwum

Przepracowani

Praca wymaga od nas coraz większego wysiłku intelektualnego, a służbowe laptopy i telefony sprawiają, że jesteśmy do niej cały czas „podłączeni”. Jak temu zaradzić?

A jak to wyglądało w średniowieczu? W powszechnej świadomości funkcjonuje ono jako epoka brudu, ubóstwa i braku szacunku wyższych warstw społecznych do zwykłych ludzi. Dużo w tym prawdy, ale Juliet B. Schor zwraca uwagę, że akurat jeżeli chodzi o czas poświęcany na pracę, sytuacja nie była diametralnie różna od naszej. Według szacunków amerykańskiej ekonomistki pomiędzy XII a XVI w. na Wyspach Brytyjskich pracowano maksymalnie ok. 2000 godzin rocznie. Tymczasem ubiegłoroczne statystyki dotyczące osób zatrudnionych w naszym kraju mówią o 1800 godzinach.

W średniowieczu najwięcej czasu na zarabianie na chleb poświęcali rolnicy. Ich obowiązki były jednak równomiernie rozłożone na całą dobę. Podczas kilkunastogodzinnego dnia pracy zajmowali się nie tylko uprawianiem ziemi i doglądaniem bydła. W przerwach znajdowali czas na posiłki i popołudniową drzemkę. Nie oddzielali pracy od życia rodzinnego, przeplatanie się tych dwóch sfer było dla nich czymś zupełnie naturalnym. Ponadto nie znali pojęcia „produktywności” i nie mieli narzędzi służących do mierzenia czasu. Wykonywali swoje obowiązki pozbawieni presji znanej współczesnym ludziom.

Wracajcie do maszyn

Niekorzystne zmiany dla pracowników przyniósł przełom wieków XVIII i XIX. Postępująca rewolucja przemysłowa wykształciła klasę robotniczą, składającą się ze zubożałych rolników i byłych pracowników warsztatów rzemieślniczych. Zegary, które zawisły w halach produkcyjnych, pozwoliły na dokładną weryfikację czasu, przeznaczanego na wykonywanie obowiązków. Według badań Juliet B. Schor, przeciętny robotnik pracował wtedy nawet 3650 godzin w roku. Spędzał kilkanaście godzin dziennie w fatalnych warunkach: w zakładzie nie przestrzegano podstawowych zasad BHP, wynagrodzenie było niskie, a sama praca bardzo intensywna. Te realia dobrze ukazuje „Ziemia obiecana” Władysława Reymonta. Podczas oglądania ekranizacji tej powieści w pamięć zapada poruszająca scena. Gdy jednemu z robotników maszyna włókiennicza obcina rękę, Karol Borowiecki wykazuje się zupełnym brakiem empatii. Do zszokowanej załogi mówi: „Tyle materiału na nic. Wracajcie do maszyn”.

Z czasem właściciele fabryk i zakładów przemysłowych zaczęli wymagać od swoich pracowników jeszcze większego wysiłku. Z pomocą pospieszyła im automatyzacja produkcji. Gdy Henry Ford wprowadzał w swoich zakładach taśmy montażowe, jego głównym celem nie było odciążenie robotników. Chodziło o zmuszenie ich do pracy w szybszym tempie. W krzywym zwierciadle przedstawiono ten problem w filmie „Dzisiejsze czasy”. To historia pracownika fabryki (Charlie Chaplin), który nie wytrzymuje kolejnych prób zwiększania wydajności i trafia do szpitala psychiatrycznego. Po wyjściu bierze udział w ulicznej demonstracji.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama