Nowy numer 3/2021 Archiwum

My tu jesteśmy!

Protesty w teorii za „wolnym wyborem”, w praktyce ranią osoby niepełnosprawne.

I to mocno. Coraz częściej osoby z niepełną sprawnością, ale także rodziny niepełnosprawnych dzieci, wypowiadają się jednoznacznie: agresywne hasła, uliczne wrzaski, nie mówiąc o treści protestów, po prostu uderzają w ich godność i spychają na margines życia społecznego. Niektórzy piszą o tym, chociaż nieśmiało, na swoich profilach w mediach społecznościowych. Inni przyznają w prywatnej rozmowie, że nawet chcieliby ostrzej krzyknąć „Stop!”, ale boją się publicznego linczu... Warto jednak, by ich głos dotarł do protestujących. Również do osób wrażliwych, które nadal „nie wiedzą, co o protestach myśleć”. Wielu takich wśród nas.

Człowiek cud

Augustyn Gumiński mieszka w Radomiu, ma 31 lat. – Urodziłem się sparaliżowany, z przepukliną oponowo-rdzeniową i wodogłowiem. Przy urodzeniu lekarze określili mnie jako „roślinkę”. Dla rodziców diagnoza lekarska była ciosem i ogromnym wyzwaniem. Szukali w całej Polsce szpitali i lekarzy, którzy mogliby postawić mnie na nogi. Udało się po 4 latach za granicą, we Włoszech. Nie poddali się, nie zwątpili i zakasali mocno rękawy. W ciągu całego swojego życia przeszedłem ponad 20 różnych operacji, również ratujących życie (np. na nowotwór). Poznałem wiele szpitali, wspaniałych lekarzy, pielęgniarek i wiele osób dobrej woli, z którymi w dalszym ciągu mam kontakt. Dużo doświadczyłem, widziałem i przeżyłem – opowiada pan Augustyn.

Skończył studia na kierunku stosunki międzynarodowe na UW, pracuje w firmie prywatnej, porusza się własnym samochodem, osiągał sukcesy na arenie ogólnopolskiej w pływaniu osób niepełnosprawnych. Wciąż się rehabilituje. – Wszystko, co osiągnąłem w życiu, zawdzięczam Panu Bogu, rodzinie i bliskim mi osobom. Jestem spełniony i szczęśliwy i wiem, że osoby niepełnosprawne, gdy dostaną wsparcie, osiągają wiele. Obserwuję to, co w ostatnich dniach dzieje się na polskich ulicach... Jako katolik i osoba z niepełnosprawnością absolutnie nie popieram, nie wspieram i nie zgadzam się z hasłami, które próbują przeforsować środowiska feministyczno-liberalne. Czuję się dyskryminowany i poniżany przez ludzi, którzy wychodzą na ulice, żeby wspierać cywilizację śmierci – mówi.

Gumiński dodaje, że życie z niepełnosprawnością w łonie matki absolutnie nie może być wyrokiem śmierci. – Każdy człowiek jest cudem. Każdy z nas jest potrzebny dla kogoś, w jakimś celu i w różnych sytuacjach życiowych. Wiele osób, które się urodziły z głębokimi niepełnosprawnościami, to wspaniały wzór do naśladowania dla w pełni zdrowych ludzi.

To boli

Magdalena Buczek, niepełnosprawna dziennikarka, uliczne protesty i dyskusje internetowe obserwuje z bólem. – Ogromna agresja, wulgaryzmy, niszczenie kościołów, ataki na świętość – to coś zupełnie niezrozumiałego. Potrzeba modlitwy za osoby, które w ten sposób reagują, bo być może nie doświadczyły ludzkiej życzliwości i Bożej miłości. Wśród protestujących większość stanowią kobiety, które niby walczą o „prawo wyboru”. Ale czyj to wybór, i jaki? Dzieci niepełnosprawne w tym momencie pozbawione są całkowicie podmiotowości. One przecież wyboru nie mają. Tymczasem silniejsi, pełnosprawni i dorośli, nie stają w ich obronie.

Magdalena Buczek zwraca też uwagę na to, że w protesty zaangażowani są ludzie młodzi – manipulowani i karmieni nieprawdą. – Smutne, że nastolatki wierzą w lansowane kłamstwa i je powielają. Młode kobiety przekonują chociażby, że od teraz będą musiały umierać, nosząc w sobie „umarły płód”, albo że płód to nie człowiek. Tym samym cofamy się z wiedzą i świadomością do czasów, gdy nie istniały badania ultrasonograficzne i podstawowa wiedza o rozwoju człowieka. To niebezpieczne dla nas, jako dla społeczeństwa, i naszej przyszłości. Przecież w interesie nas wszystkich jest ochrona najsłabszych, solidarność i wytworzenie mechanizmów, które umacniają naród. U podstawy takich mechanizmów leżą wrażliwość społeczna, wiedza i odpowiedzialność za drugiego człowieka. Te wartości próbuje się teraz zastąpić lansowanym „wolnym wyborem”, czyli wyborem śmierci.

Magdalena Buczek zauważa, że gdy osoby niepełnosprawne wyrażają swoje zdanie na temat protestów, często spotykają się z ośmieszeniem i niezrozumieniem. – Wręcz z agresją. Czy naprawdę trudno zrozumieć, że można być szczęśliwym niepełnosprawnym? Sama, pomimo fizycznych ograniczeń, działam i jestem spełniona. Chciałabym, żeby kobiety, które wychodzą na ulicę, być może mocno zranione, po prostu spróbowały spokojnie posłuchać naszego głosu, głosu niepełnosprawnych.

Poczucie winy

Radosław Rzepka jest osobą niepełnosprawną, przez wiele lat pracował jako publicysta. Protesty odbiera z dużą przykrością i niesmakiem. – Patrzę nieco zszokowany na polskie ulice. Ich agresywna forma poraża, a liczba młodych dziewczyn, które biorą w nich udział, jest niepokojąca. Myślę, że młodzi protestujący nie są świadomi, że są manipulowani i traktowani przedmiotowo przez organizatorów, polityków, proaborcyjne lobby. Wszystko oczywiście pod chwytliwymi hasłami wolności i równouprawnienia. Osobiście nie godzę na prawo zezwalające na zabijanie nienarodzonych dzieci. Bo to nie jest kwestia wyboru, kompromisu, religii czy też sumienia. Chodzi o prawo do życia każdego człowieka.

Według Rzepki protesty, które przyjmują pozory walki o „wolny wybór”, uderzają w godność osób niepełnosprawnych. Po prostu wskazują, że są oni „gorszej jakości”, a ich życie jest mniej warte niż osób (pozornie) zdrowych. – Urodziłem się z dziecięcym porażeniem mózgowym, mam spastyczny niedowład prawej strony. Można z tym żyć i być szczęśliwym. Mam rodzinę, żonę, córki i wnuczkę. Gdy słyszę o „wolnym wyborze”, czyli walce o aborcję eugeniczną, chociaż czuję przykrość, w jakiś sposób jestem na to odporny. Wiem jednak, że młodszych niepełnosprawnych, w tym dzieci, może to mocno dotykać. Wiadomo, że wszelka ułomność rodzi we wczesnym wieku kompleksy. Tym bardziej wytykanie palcem i brak wrażliwości wobec dysfunkcji wywołuje konkretne reakcje i ból. Zjawiska takie jak protesty Strajku Kobiet mogą nawet wywołać poczucie winy.

Innymi słowy – dzieci niepełnosprawne mogą wydarzenia na ulicach odebrać jako uderzenie w nie same, jasny przekaz, że ich życie nie ma znaczenia i większej wartości, że są gorsze...

Jolanta Pilch jest mamą Agnieszki – dorosłej już córki z zespołem Williamsa. – Protesty po ludzku bolą. Jeśli agresywne są młode dziewczyny, to trudno – może taki rodzaj buntu. Ale dorosłe kobiety, które wrzucają znak pioruna na profile, nawet nie chcą posłuchać, jak wygląda naprawdę nasze życie. Jeśli nie postawimy tamy takiemu myśleniu, ich walką będzie domaganie się eutanazji. Moim zdaniem to równia pochyła...

Zespół Williamsa objawia się m.in. charakterystycznym wyglądem, trudnościami w nauce, wadami np. serca. Ale wady serca nie powodują braku... wrażliwości i odczuwania. Przeciwnie. Osoby z zespołem Williamsa są ogromnie wrażliwe, często uzdolnione artystycznie. – Agnieszka wszystko rozumie, reaguje. Jest jej ogromnie przykro, gdy widzi relacje z protestów. Boli ją każdy piorun u znajomych na portalach społecznościowych. Agnieszka nie zna się na matematyce, ale ma wielkie, rozumiejące serce. Jest towarzyska i radosna, otwarta. Zupełnie nie może pojąć, dlaczego osoby takie jak ona kierowane są de facto na margines...

Natomiast Justyna Stolfik, mama nieżyjącego już Antosia (miał zespół Edwardsa), na swoim profilu pisze: „Antoś to jeden z takich »potworków«, tych »brzydkich, strasznych« dzieci, których zdjęć tak dużo dziś można znaleźć w internecie. (...) Antosia nie ma dziś z nami. Urodziłam go już martwego, choroba nie dała mu żadnych szans. I pytacie teraz pewnie, czy warto było przechodzić przez kilka miesięcy tak potwornego stresu i niezwykle traumatyczny poród. Co za różnica, w jaki sposób dziecko umarło, skoro i tak nie miało szans na przeżycie? Powiem Wam. Otóż Antoś jest dzieckiem kochanym i chcianym do samego końca, dzieckiem, które pokonała choroba, a nie dzieckiem zabitym przez rodziców. A ja dziś jestem matką, która straciła dziecko, a nie matką, która je zabiła. Gdybym znalazła się jeszcze raz w tak rozpaczliwej sytuacji, zrobiłabym dokładnie tak samo. Mimo wszystko. I znam naprawdę wiele kobiet, które mają za sobą o wiele straszniejsze historie niż ja. I żadnej z nich nie spotkacie dziś na protestach przeciwko orzeczeniu TK…”.

O co zatem należy walczyć? O wszechstronne wsparcie medyczne, finansowe, psychologiczne i społeczne dla rodzin, które dowiadują się o chorobie dziecka. „Walczmy o to, by rodzice wychowujący swoje chore i niepełnosprawne dzieci nie byli sami, a państwo gwarantowało im wszelką możliwą pomoc. Apelujmy o tworzenie profesjonalnych ośrodków dla niepełnosprawnych i dokonanie zmian systemowych umożliwiających łatwiejszą adopcję takich dzieci. To jest jedyna słuszna droga. Droga, która pozwoli żyć tym, którym życie będzie dane, i droga, która ocali nasze sumienia i naszą ludzką godność” – pisze pani Justyna i dodaje, że choroba może dotknąć każdego z nas – wobec czego warto, dla siebie i innych, walczyć o potrzebną pomoc i zmiany. „Śmierć nigdy nie jest rozwiązaniem. Nigdy i niczego”. – Chciałabym, by osoby protestujące spojrzały w skośne oczy mojego syna i po prostu go poznały – dodaje Maria, 50-letnia mama 30-letniego Kuby z zespołem Downa. – Staram się, by nie oglądał wiadomości, żeby nie docierały do niego te eugeniczne marsze. Chciałabym, by nie czuł się po prostu gorszy. Niestety, zaczyna się tak czuć. My, rodzice i dzieci niepełnosprawne, oraz dorośli niepełnosprawni, tu jesteśmy! I mamy do tego prawo. Jeszcze...•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama