Nowy numer 49/2020 Archiwum

Dziecko pandemii

Symbolem powracającej na północy Włoch pandemii stał się 7-miesięczny maluch Federico. Jego mama była jedną z pierwszych kobiet w ciąży, które zaatakował koronawirus. Dziecko mogła wziąć na ręce dopiero po 40 dniach.

Jak pisze "Corriere della Sera", Federico jest wesoły i absolutnie nie jest beksą. "Ale jego rodzice Ilenia i Egidio musieli przeżywać cud jego narodzin w strachu przed tym, że go stracą i że nigdy nie będą go mogli przytulić" - relacjonuje Margherita De Bac w CdS.

Federico przyszedł na świat 12 marca w Szpitalu św. Jana XXIII w Bergamo, kiedy wirus dopiero zaczynał się rozprzestrzeniać i niewiele było o nim wiadomo. Urodził się jako wcześniak w 27. tygodniu ciąży, ważył zaledwie 1,17 kg, a jego mama była "pozytywna". Chłopczyk był jednym z 77 dzieci rosnących w brzuchach zakażonych koronawirusem kobiet, którymi opiekowała się Giovanna Mangili, dyrektor oddziału patologii noworodka i intensywnej terapii lombardzkiego szpitala. Wszystkie maluchy czują się dobrze, tylko dwoje z nich urodziło się z pozytywnym wynikiem na koronawirusa, ale ostatecznie uzyskały wynik negatywny, bez konsekwencji dla zdrowia.

"Teraz już wiemy, że SARS-CoV-2 przenosi się przez łożysko, gdzie znaleźliśmy jego ślady" - tłumaczy pediatra, cytując wyniki pierwszych badań, które przeprowadziła razem z kolegami z Bergamo.

Ilenia powraca do tamtych chwil każdego wieczoru przed snem. Gdy zamyka oczy, widzi pokój, w którym przebywała przez 3 tygodnie w oczekiwaniu, aż przezwycięży kaszel, gorączkę, niewydolność oddechową, a także na oswobodzenie się spod hełmu tlenowego. Na nowo przeżywa tę samotność i niepokój, że nie może poznać swojego dziecka inaczej niż za pomocą zdjęć. W tamtych dniach odeszli, w krótkim odstępie czasu, jedno po drugim, jej teściowie - jedno zmarło na zawał, drugie z powodu krytycznej niewydolności oddechowej. Nigdy nie będzie wiadomo, czy te śmierci należy przypisać COVID-19.

"Na szczęście nie do końca zdawałam sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo grozi mnie i mojemu dziecku. Odczuwałam powszechny strach, widziałam pielęgniarki, które co dwie godziny przychodziły mnie kontrolować, zakutane w skafandry, co wzmagało we mnie poczucie izolacji od reszty świata i od mojej rodziny. Nawet teraz wydaje mi się, że tam jestem, patrząc przez okno i czekając, aż to się skończy" - opowiada Ilenia.

Do spotkania Ilenii, Egidia i Federica doszło 23 kwietnia w Centrum Intensywnej Terapii Noworodka. On maciupki, oni przestraszeni, żeby go nie połamać, trzymając dziecko w ramionach. I dopiero 18 maja Federico został, po przezwyciężeniu problemów wcześniaka, wypisany ze szpitala, by móc położyć się w swojej kołysce w domu w Fiume Nero, w gminie Val Bondione.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama