Nowy numer 48/2020 Archiwum

Niepamięć

Niemiecki obóz przesiedleńczy w Potulicach zbudowano w 1941 roku. Został założony dla polskich rodzin wysiedlanych z Pomorza, ale na jego terenie wydzielono również obóz dla... dzieci.

Regina – niespełna siedem miesięcy. Gertruda – trochę ponad trzy lata. Jadwiga – niespełna dwa. Franciszek – półtora roku. To nie jest lista dzieci z młodszej grupy w przedszkolu czy żłobku, tylko cytat z... cmentarza. Cztery imiona z sześciu, na dwóch zaledwie krzyżach nagrobnych, których setki zapełniają potulicką nekropolię. Jak może się czuć dorosły pośród takich grobów? Czy podobnie zagubiony jak tamte dzieci? Życie w Potulicach sprawiło, że siedmiolatek musiał być jak opoka, jak ojciec, dla trzylatki, bo od jego opieki zależało jej życie. – Co pani czuje, kiedy słyszy nazwę Potulice? – pytam Barbarę Kruczkowską po prawie osiemdziesięciu latach od tamtych wydarzeń. Nie potrafi odpowiedzieć. Płacz odbiera jej mowę.

Odebrani rodzice

Barbara Kruczkowska wróciła do Czeladzi, z której pochodzi. Nie wszyscy mieli to szczęście. Dlatego ona angażuje się, by jak najwięcej o Potulicach mówić – organizuje spotkania z młodzieżą, jest prezesem Czeladzkiego Koła Związku Kombatantów Rzeczpospolitej i byłych więźniów politycznych. Boli ją, że siedemdziesiąt lat trzeba było czekać, aż sprawa ujrzy światło dzienne i ktoś zainteresuje się tym, co działo się w obozie dla Polaków w Potulicach. Aresztowali ją jako trzylatkę w sierpniu 1943 roku. – Pół Czeladzi wtedy aresztowali – opowiada. – Gestapo przyszło po mojego ojca, który był działaczem i zajmował się harcerstwem. Tato był wtedy w pracy. Niemcy mieli doskonałe rozeznanie wśród ludzi, wiedzieli, kto gdzie działa. Harcerstwo było jedną z tych organizacji, które należało zniszczyć. Aresztowali mamę, która miała 29 lat, brata, który był ode mnie starszy o 4 lata, miał siedem lat, i mnie. Tylko tej jednej nocy aresztowano z 200 osób, a przecież takich nocy było w Czeladzi mnóstwo. Wszystkich wywieziono do Mysłowic na Gestapo. Mężczyzn oddzielono i od razu przewieziono do Auschwitz. Potem rozdzielono matki z dziećmi, a my, dzieci, byliśmy przerzucani grupami od obozu do obozu, aż w końcu trafiliśmy do Potulic – wspomina pani Barbara.

Umarła z samotności

Rodzeństw nie rozdzielano. Miało to potem znaczenie: chodziło bowiem o to, żeby starsze dziecko opiekowało się młodszym. A były tam przecież dzieci nawet kilkumiesięczne. Józefa Posch-Kutyrba z Jaworzna miała co prawda prawie sześć lat, kiedy trafiła do Potulic, ale wraz z nią przyjechała malutka kuzynka. Nie przeżyła.

– Miała dwa latka – opowiada pani Józefa. – Nie miał kto się nią zająć, przytulić. Nie wiem... może z sierocej choroby zmarła? Takich przypadków było więcej. Bo przecież myśmy sami sobą się opiekowali. Rano się obudziliśmy, patrzymy, a ona... zimna – dodaje pani Józefa. W lipcu 1943 roku została aresztowana wraz z matką i dwojgiem rodzeństwa. Rok później dzieci wylądowały w Potulicach, już bez matki, odesłanej do Auschwitz. Pół roku spędzone w tym obozie wspomina jak największą traumę. – Druty kolczaste, deski, baraki. Starsze dzieci chodziły poza obóz do pracy, my – maluchy – zostawaliśmy na miejscu i musieliśmy posprzątać. Zimno, głodno, brud, insekty. Trzeba było iskać jeden drugiego. Dzieci strasznie chorowały. Niektóre rano, po przebudzeniu nie mogły otworzyć zaropiałych oczu. W każdej sali były prycze, przykryte derkami. Spało się po kilkoro na pryczy. Dzieci moczyły się w nocy z zimna i strachu. W każdym baraku przy wejściu był taboret, nad którym wisiał pejcz. Jak ktoś coś przeskrobał, trzeba było wynieść ten taboret, zdjąć pejcz, po to by nim zostać zbitym na oczach wszystkich – opowiada Józefa Posch-Kutyrba.

Brzmi to wszystko jak opowieść z jakiegoś filmu grozy. Bo przeskrobać oznaczało czasem powiedzieć o parę słów za dużo.

Brama chaosu

Takich scen grozy w potulickim obozie działo się o wiele więcej. Część z nich za zamkniętymi drzwiami karceru. Prowadzi mnie do niego ksiądz Maciej Szmytowski, chrystusowiec, od sześciu lat proboszcz parafii w Potulicach. Idziemy w kierunku pałacu hrabiny Anieli Potulickiej, kolebki chrystusowców, jak mówi proboszcz. Hrabina, wiedząc, że nie pozostawi po sobie następcy, który przejąłby majątek, postanowiła założyć fundację wspierającą nowo powstały Katolicki Uniwersytet Lubelski. Natomiast pałac tuż przed śmiercią oddała na siedzibę chrystusowcom. To w nim w czasie II wojny światowej Niemcy urządzili obóz, po wojnie zaś przebudowano go, pozostawiając coś na kształt socrealistycznego potwora. Nie to jest jednak w nim najbardziej potworne, ale katownia, którą w piwnicy urządzili Niemcy.

Schodzimy po schodach, jest coraz bardziej ponuro, mam wrażenie, jakbym zmierzał ku jakiejś bramie chaosu i zła. Nogi odmawiają posłuszeństwa, czuję się tak, jakbym zbliżał się do czegoś przeklętego, zła w czystej postaci. Nie ja pierwszy tak reaguję.

– W czasie jednej uroczystości szliśmy tutaj z grupą ludzi – opowiada proboszcz. – Chcieliśmy wejść do środka. Przy drzwiach stał starszy pan. Myśleliśmy, że czeka na swoją kolej. Okazało się, że nie. Jego rodzina już tam weszła. On nie potrafił. Był tam jako dziecko. Blokada mentalna? Strach przed powracającą traumą? Najwyraźniej – opowiada ksiądz Maciej.

Próbuję rozmawiać z osobami, które jako dzieci tam cierpiały. Z każdą rozmową coraz bardziej nabieram przekonania, że „potulickie dzieci” mają jedną cechę wspólną: nie chcą o „tym” mówić, pisać, opowiadać, wspominać. Jakby jedynym sposobem poradzenia sobie z dziecięcą traumą było wyparcie, zapomnienie. Dzielę się tą myślą z proboszczem, który stwierdza, że spotyka ludzi, którzy mówią, że przez całe życie nie wiedzieli, iż ich babcia podczas wojny w tym obozie przeszła gehennę. – Nie umiało jej to przez gardło przejść. W trakcie corocznych spotkań ocalałych zawsze ktoś wspomina kolejne traumy. A to strażnika, który roztrzaskał o ścianę dopiero co urodzone dziecko. A to srogie kary za to, że któreś z dzieci wysłanych do zbierania jagód miało przyczerniony język po zjedzeniu paru z nich – mówi.

Wyrok za marchewkę

Żelazna krata za ciężkimi, drewnianymi, wzmocnionymi żelazem drzwiami. Widoku dwóch haków w suficie potulickiej katowni nie da się zapomnieć. Niemcy wieszali na nich i torturowali więźniów. Również dzieci. Wieszano za ręce ofiarę, która po kolana zanurzona była w wodzie. – Tylko za to, że była Polakiem – komentuje proboszcz. Jednym z dzieci, które odbywały karę w karcerze, był brat Barbary Kruczkowskiej. Dostał pięć dni. Za... jedną marchewkę. – W obozie małe dzieci zostawały w barakach, a starsze pracowały – opowiada pani Barbara. – Dla mnie najważniejsze było to, że był ze mną brat (przypomnijmy – siedmiolatek!). Że czuwa, że go mam obok siebie. Opowiadał mi zdarzenie, które miało miejsce, kiedy w trakcie pracy na polu wyrwał jedną piękną marchewkę, włożył ją do kieszeni, żeby mi ją przynieść. Podczas kontroli znaleziono ją przy nim. Za karę spędził w karcerze pięć dni.

Dwie części obozu Niemcy wyraźnie separowali i traktowali inaczej. Starsze dzieci z obozu dziecięcego chodziły na śmietnik obok niemieckiej kuchni, zbierały tam i przemycały to, co nadawało się do zjedzenia. – Nasz los, dzieci przywiezionych z Zagłębia, był dużo gorszy niż los ludzi przesiedlonych z północy – mówi Barbara Kruczkowska. – Wywożono ich rodzinami, nie wolno im było się kontaktować z nami. Nazywali nas bandytami albo dziećmi bandytów – dodaje. I jak bandyci miały być te dzieci na koniec potraktowane. Zbliżało się wyzwolenie, nadciągał front. Większość Niemców uciekła. Pozostali nieliczni. Wokół dwóch baraków, w których mieszkały dzieci, ustawili beczki ze smołą. Mieli je podpalić, żeby po dziecięcym obozie nie pozostał żaden ślad. Nie zdążyli.

Wyścig po śmierć

W oczach dzieci druga część obozu mogłaby się wydawać rajem. Przede wszystkim dlatego, że dziecko miało tam... mamę. Mogłaby, choć przecież jedni o drugich niewiele wiedzieli z powodu zakazu kontaktowania się, surowo egzekwowanego przez Niemców. Próbuję nawiązać kontakt z siostrą Dolorosą – Bolesławą Labuz, mieszkającą w Domu Sióstr Emerytek pod wezwaniem Świętej Elżbiety w Lublińcu. Pierwsza rozmowa z siostrą Jolantą, przełożoną elżbietanek z Lublińca, nie przynosi oczekiwanego rezultatu. – Siostra Dolorosa rozpłakała się, jak tylko ją zapytałam o tę sprawę. I bardzo długo potem płakała. Widać, że bardzo to przeżywa. Pamięta wszystko, jakby żywy film miała przed oczami, ale przez całe życie starała się o nim zapomnieć, dlatego nie chce opowiadać.

Ostatecznie siostra Dolorosa daje się przekonać. Opowiada z ogromną trudnością, jedynie najbardziej dramatyczne momenty. Jak ten, kiedy wywożona wraz z matką i rodzeństwem z rodzinnej miejscowości dostrzegła przez okno, że w farskim ogrodzie stał ksiądz i błogosławił. Dzisiaj odczytuje to jako... ostatnią posługę. Ksiądz wiedział, że oni na śmierć jadą. Miała wówczas 11 lat. Zanim trafiła do Potulic, spędziła rok w innym obozie. Pamięta zupę z końskiej padliny. I to, że Niemcy ustawili gdzieś przy wejściu wiadra z wodą, do której dosypali saletry, a następnie wrzucili bochenki chleba. Niektórzy chłopcy byli tak głodni, że zdecydowali się zjeść ten chleb. Skończyli tragicznie. W Potulicach było podobnie. – Niemcy sobie robili takie żarty – opowiada siostra. – Kiedyś zebrali chłopców i zaproponowali wyścig do obozowej bramy. „Który pierwszy dobiegnie, zostanie zwolniony” – mówili. No więc wszyscy puścili się biegiem. Czy trzeba dodawać, że zwycięzca dostał śmiertelny strzał?

Stojąc przed wielkim kamieniem, oznaczającym symbolicznie miejsce ówczesnej bramy do obozu, wspominam tego zastrzelonego chłopca z opowieści siostry Dolorosy, myśląc o granicach okrucieństwa, do których może posunąć się człowiek. Tam, w Potulicach, zdają się one nie do wpisania na żadne mapy. I równie symboliczna jak tamten bieg dziecka ku śmierci zdaje się śmierć pewnego dorosłego. W trakcie jednego ze spotkań „dzieci Potulic” wydarzyła się tragedia. Pewien starszy pan, który przyjechał tam po raz pierwszy od czasu wyzwolenia obozu, zmarł na zawał serca. A stało się to podczas procesji z kościoła na cmentarz. Ten zapełniony setkami krzyży. Na każdym po kilka imion. Regina. Gertruda. Jadwiga. Franciszek. Nawet gdyby zsumować lata, które przeżyli, nie wystarczyłoby na jednego dorosłego. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ks. Adam Pawlaszczyk

Redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, dyrektor Instytutu Gość Media.

Święcenia kapłańskie przyjął w 1998 r. W latach 1998-2005 pracował w duszpasterstwie parafialnym, po czym podjął posługę w Sądzie Metropolitalnym w Katowicach. W latach 2012-2014 był kanclerzem Kurii Metropolitalnej w Katowicach. Od 1 lutego 2014 r. pełnił funkcję oficjała Sądu Metropolitalnego. W 2010 r. obronił pracę doktorską na Wydziale Prawa Kanonicznego UKSW w Warszawie i uzyskał stopień naukowy doktora nauk prawnych w zakresie prawa kanonicznego. Współpracował z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego i Wydziałem Duszpasterstwa Rodzin Kurii Metropolitalnej w Katowicach w ramach formacji duchownych i świeckich w zakresie kościelnego prawa małżeńskiego oraz teorii prawa kościelnego. Szczególnie zainteresowany literaturą i muzyką, autor poezji, tekstów pieśni religijnych, artykułów i felietonów, współpracował z TVP, Radiem Katowice i Radiem eM.

Więcej artykułów ks. Adama Pawlaszczyka

Zobacz także