Nowy numer 48/2020 Archiwum

Życie w zachwycie

O tym, czy lęk jest językiem Boga, a pandemia karą, mówi Maja Sowińska.

Marcin Jakimowicz: Śledzisz katolicko-katolickie jatki na Facebooku?

Maja Sowińska: Chyba za bardzo zaszyłam się w Psalmie 131 („Nie gonię za tym, co wielkie albo co przerasta moje siły. Przeciwnie: wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy. Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza”), żeby to przeżywać – cytując moją mamę – „jak mrówka okres”. Dane mi było tak się zaszyć, bo to łaska. Nie śledzę, ale staram się mieć świadomość na tyle wystarczającą, żeby starczało na treściwe wstawiennictwo w tej sprawie przed Panem.

Nie rozbija cię ten brak jedności? Niewierzący drapią się po głowie, widząc te wojenki…

Nihil novi sub sole. Żyjemy w czasach, w których na gwałt potrzebujemy dorosnąć do mądrości Koheleta. Ale nie po to, żeby się zdołować. Raczej by nauczyć odczytywać i stawiać diagnozy, jakie są miara i stan rzeczy na tej ziemi. Gdy na to jeszcze się nałoży witraż Słowa, jakim jest Jezus, to, co nam wyraził i wyraża przez Swoje życie na kartach Ewangelii i życia Kościoła teraz, rzeczywistość nie jest beznadziejna – po prostu wymaga radykalnej miłości.

Na naszych oczach Bóg boleśnie oczyszcza Kościół. Jak reagujesz, czytając o kolejnych zgorszeniach, pęknięciach?

Mam na to od dłuższego czasu (widać to na przykład w transmisjach modlitw uwielbienia, jakie wrzucamy na nasz kanał na YouTubie) jedną odpowiedź: „Chodźcie, wstąpmy na górę Pana, niech nas nauczy swoich dróg”. No bo co? Zmienią nas dywagacje, dyskusje, wojenki, szukanie racji – czy szukanie Jego twarzy? Co bardziej zmienia: godzina gadania czy godzina adorowania? Odpowiedzią jest zawsze powrót do Źródła, do Bożej Obecności, do osobistej, intymnej relacji z Nim.

Czy to dobrze, że na wierzch wychodzą rzeczy dotychczas ukryte?

W Liście św. Piotra czytamy, że sąd zaczyna się od domu Bożego. Ot, taka prawidłowość. Więc czemu się dziwić? Odnoszę wrażenie, że często jesteśmy strasznie zszokowani rzeczami, które powinny być dla nas jasne, o ile znamy słowo Boże. Jeżeli się czyta i rozważa, wiernie i codziennie, to naprawdę, nawet będąc takim zwykłym Kowalskim, w Biblii można wszystko wyczytać i nie wpadać potem w popłoch i dezorientację. Przecież nawet Jezus już zapowiada, że przyjdzie pora, że rzeczy ukryte będą głoszone na dachach, że tak się musi stać, taka jest kolej rzeczy, zarówno te pięknie i wzniośle tajemne, jak i te plugawe i przewrotne.

Musi tak boleć?

A czy poród musi boleć? Czy ziarenko musi obumrzeć, żeby wyrósł kłos, kwiat czy drzewo? Jednak w tym królestwie nasz Król rzucił inne światło na ból. Jakby go prześwietlił. Jeśli przeżywamy oczyszczenie z Jezusem, to jest to ku przyszłej chwale, ku przebóstwieniu, ku dobremu, ku temu, żeby jeszcze bardziej rozlała się łaska, jeszcze bardziej zakwitło miłosierne serce naszego Boga.

W czasie pandemii w sieci pojawiło się mnóstwo nauczań, komentarzy podszytych lub manipulujących lękiem: „Teraz Bóg przychodzi ze sprawiedliwością, a nie miłosierdziem”. Czy lęk jest językiem Pana Boga?

Zależy, w którym Przymierzu się żyje: w Starym czy w Nowym. Skoro Jezus wypełnił Stare Przymierze i ustanowił Nowe w swojej przenajświętszej Krwi, to trzeba mieć niezły tupet, żeby nagle to oficjalnie w internecie odwoływać. Chociaż bardziej myślę, że to kwestia nie premedytacji, a pewnej duchowości, w której wychowało się wielu ludzi w naszym Kościele; takiej duchowości schizofrenicznej: oczywiście, że Bóg mnie kocha, ale jak trzeba będzie, to po łapach też da. A właśnie Jezus przyszedł przekazać coś innego: wolą Ojca jest twoje uświęcenie, gdy On patrzy na ciebie, w Jego oczach jest tylko miłość, a po łapach dają ci konsekwencje twoich grzechów, nie Bóg.

Nie uczyli cię: „Maju, nie rób tak, Bóg cię skarze!”?

Och! To nieszczęsne: „Widzisz? Bozia pokarała!” to jedna z wielu kulturowo-potocznych krzywd, jaka nas spotkała. Tymczasem ja sobie patrzę na moją dwuipółletnią córkę, na to, jak się myli, wkurza, robi sceny, coś jej nie wychodzi albo się uderzy. Gdy na nią patrzę w tych momentach, w moich oczach jest tylko miłość. Czasami jest to miłość zatroskana, miłość zafrasowana albo miłość obmyślająca strategię. Straszenie Bogiem albo dziadem z szafy? Czy miłość straszy, żeby coś uzyskać, czy raczej ma usuwać lęk? Miłość Boga rozlana jest w naszych sercach przez Ducha Świętego. Mamy to. Ten potencjał miłości z 1 Kor 13, przy której opisie rozpływamy się na ślubach. To nie są mrzonki! To nasze realia w Jezusie. A to nie jest głupia, kapryśna, ambicjonalna miłość: to miłość nieprzejednana jak otchłań i jednocześnie najczulsza i najsłodsza ze wszystkich.

„Zamieram w bojaźni, widząc piękno Twe” – śpiewasz. Czym jest bojaźń Boża?

Z hebrajskiego jire na oznaczenie bojaźni oznacza ekstatyczny zachwyt. Nie strach przed Bogiem, ale przed Jego utratą. Postawa czułości wobec Niego, żeby Mu się we wszystkim podobać. Bo się kocha.

Pandemia jest karą?

A wojny światowe, Holokaust, ludobójstwo w Rwandzie, katastrofy klimatyczne były/są karą? To ludzie ludziom gotują taki los. Żyć bez Boga, a potem obwiniać Go o konsekwencje swojego złego prowadzenia się – to jest świństwo, a nie teologia!

Ludzie, z którymi rozmawiam, opowiadają, że obecna sytuacja zbliżyła ich do Boga. Kilka dni temu chory kapłan powiedział mi: „Teraz wiem, że każdy mój oddech jest modlitwą”.

To znaczy, że ci ludzie umieją czytać. Znaki czasu. André Malraux powiedział: „XXI wiek albo będzie mistyczny, albo nie będzie go wcale”. Właśnie. Bóg w swoim Słowie zostawił nam wszystko, co potrzebne, żeby w czasach takich jak te unosić głowy i wiedzieć, że zbliża się powrót Króla, być niewzruszonymi, choćby trzęsła się ziemia, i ekscytować się, bo zbliża się wesele Baranka – to już!

„Nawet jeśli każdy mówić będzie mi: «Marnujesz się, On nie słyszy nic». Właśnie tak chcę żyć, marnować swoje życie dla Niego”. To nie jest metafora?

Matka Teresa z Kalkuty funkcjonowała tak 50 lat. Nic nie słysząc ani nie czując w duchu. Po prostu zajęła się kochaniem. Ostatnio dużo myślę o tych fragmentach z Pisma, gdzie jest napisane, że dzieło życia każdego z nas wypróbuje kiedyś ogień, który zweryfikuje, jakie to dzieło jest. Czy budowaliśmy ze złota, z kamieni szlachetnych, zwykłych czy może ze słomy. Nasze wybory dzisiaj budują coś realnego, dotykalnego w rzeczywistości duchowej, i kiedyś zobaczymy, co zbudowaliśmy. To nie mrzonki z chmur, ale coś prawdziwego. Bardzo nie chcę budować ze słomy, a przecież każda nie-miłość to słoma w rzeczywistości królestwa Bożego. Wybieram budowanie czegoś trwałego w perspektywie wieczności, nie tymczasowej.

Lubisz marnować dla Niego czas? To rzecz niezrozumiała dla pragmatycznego świata…

To On jest źródłem czasu. Ja tylko wracam do macierzy, siadam na progu domu. Bardzo lubię zdanie z „Pana Tadeusza”: „Głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział, nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział”. I misio by przeżył polowanie. Za często wyłazimy z matecznika. Gdy tam jesteśmy, wszystko jest jasne, w duchu wszystko jest jasne. Takie pytania nawet nie przychodzą do głowy.

Bywało tak, że wyśpiewywałaś słowo i nie byłaś w stanie dokończyć zdania ze wzruszenia?

Bywało nawet tak, że najpierw słyszałam frazę w głowie i byłam tak wzruszona, że nie wiedziałam, czy w ogóle będę w stanie ją zaśpiewać...

„Bóg zesłał Syna po to, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie umarł, ale do końca życia się zadręczał swoją niedoskonałością i obwiniał za Jego śmierć” – pisałaś niedawno. Naprawdę nie można kochać Boga, nie kochając siebie?

Często zachowujemy się tak – albo owoc naszego życia pokazuje – jakby Ewangelia nie była dobrą, ale smętną nowiną. Jakby była tylko kokieteryjną, lepiej marketingowo przygotowaną wersją Starego Testamentu. Tymczasem Bóg naprawdę jest dobrym Ojcem, naprawdę jest bliski, naprawdę szalenie jest w nas zakochany, naprawdę nas usynowił i naprawdę chce dla nas satysfakcjonującego życia. „Będziesz miłował Boga swego jak siebie samego”. Jak kochamy siebie? Jeśli kultywujemy w sobie poczucie winy, rozwijamy mechanizmy autodestrukcyjne i sabotujemy działanie Bożej łaski w naszym życiu, pokrętnie tłumacząc to pokorą i uniżeniem – to jest to strasznie słaba i kłamliwa Ewangelia. Kogo chcemy tym zachęcić? Jesteśmy niewiarygodni przed światem, wiodąc życie półstandardów. Przecież w naszym Bogu jest pełnia!

Pamiętam, jak o. Remigiusz Recław rzucił: „A gdybyście mieli wskazać palcem na niebo?”, ludzie nie wiedzieli, co zrobić. Niewielu wskazało na swe serce…. Naprawdę to tak blisko?

Ostatnio oglądałam z mężem serial i tam padło zdanie o najprawdziwszej duchowej intuicji: często zachowujemy się tak, jakby życie było labiryntem, z którego musimy się wydostać – tymczasem droga prowadzi w głąb. Drzwi do własnego serca to w istocie te same drzwi, które prowadzą do Bożego królestwa. Ono jest w nas.•

Maja Sowińska

wokalistka, publicystka, skończyła judaistykę, właśnie nagrała swą drugą płytę z pieśniami uwielbienia „Odezwa”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także