Nowy numer 48/2020 Archiwum

Bóg wie

Policzył wszystkie włosy na naszych głowach, więc tym bardziej wszystkie głowy. Nic Mu się nie wymknęło – wirusy też.

Ignacy Jeż traktował życie jak ciekawą przygodę. Jako ksiądz, a potem biskup często mówił o Bożej Opatrzności, a ludzie słuchali go z otwartymi ustami. Czuło się, że ten życzliwy i zawsze uśmiechnięty człowiek mówi o tym, co sam przeżył i co jest treścią jego życia. Ciężki sprawdzian jego zaufania Bożemu prowadzeniu przyszedł już na pierwszej parafii w Hajdukach Wielkich, w której posługiwał. Był sierpień 1942 roku, gdy gruchnęła wieść o męczeńskiej śmierci w obozie w Dachau proboszcza parafii, ks. Józefa Czempiela. Niemcy zakazali odprawienia Mszy za zmarłego, ostrzegając, że w razie nieposłuszeństwa wikary trafi tam, gdzie zmarł jego proboszcz. Ksiądz Jeż zaczął toczyć wewnętrzną walkę. „Jeśli mnie aresztują, to parafia zostanie bez księdza” – myślał. Ale z drugiej strony nie wyobrażał sobie, że mógłby nie odprawić tego nabożeństwa. „A jeśli Pan Bóg chce, żebym Mu służył przez więzienie? Dlaczego nie? Nigdy nie wiadomo, czy ten pobyt w więzieniu nie przyniesie więcej dobra dla Kościoła niż praca kapłańska w parafii. Tylko jeden Bóg to wie” – rozważał. Wreszcie zdecydował: „Co oni zrobią, to jest ich rzecz, ale ja zrobię to, co zrobić powinienem. Niezależnie od presji ja mam zachować się po Bożemu”. Odprawił więc Mszę za zmarłego proboszcza.

Gestapo przyszło po niego wieczorem. O tym, jak słuszną decyzję podjął, miał się przekonać już wkrótce. Po drodze do Dachau osadzono go na noc we wrocławskim więzieniu. Znalazł się w celi z grupą polskich oficerów skazanych na śmierć. Spowiadał tych ludzi do samego rana.

Kilkanaście lat temu bp Jeż, leżąc w klinice, opowiedział tę historię ks. Krzysztofowi Tabathowi, ówczesnemu kapelanowi służby zdrowia, a obecnie proboszczowi z Knurowa.

„Dla tej jednej nocy warto było znaleźć się w obozie” – stwierdził wtedy. I dodał: A nie byłoby tego, gdybym nie odprawił tej Mszy żałobnej za zmarłego ks. Czempiela”.

– Tu widać, czym jest Opatrzność Boża, rozpatrywana w kategoriach zbawczych – mówi dziś ks. Krzysztof. Wskazuje, że Boża Opatrzność ma doprowadzić człowieka do zbawienia, a nie do wyratowania go tylko w jakiejś konkretnej sytuacji. – Nie możemy sprowadzać Opatrzności do jednego wydarzenia, na przykład że samolot się rozbił, a wszyscy zostali uratowani. Owszem, możemy powiedzieć, że zadziałała tu Boża Opatrzność, ale jeśli będziemy ją sprowadzać do incydentów, to się rozdrobnimy. Tymczasem Opatrzność w największym i zasadniczym wymiarze prowadzi nas do zbawienia. Jeśli przyjmiemy tę prawdę, że finałem Opatrzności jest nasze zbawienie, to jasne staje się, że wszyscy się tu mieszczą, niezależnie od tego, jaki los ich na ziemi spotyka.

Nasza ostateczna nadzieja w Bożej Opatrzności jest w tym, że nasze imiona zapisane są w niebie. Nawet gdyby przyszła śmierć, która w kategoriach ziemskich jest traktowana jako największa tragedia człowieka, to obietnica dotyczy naszego życia w niebie – podkreśla kapłan.

Łaska pomagania

Stworzenie „nie wyszło całkowicie wykończone z rąk Stwórcy” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. Stworzenie jest w drodze do zamierzonej przez Boga ostatecznej doskonałości. „Bożą Opatrznością nazywamy zrządzenia, przez które Bóg prowadzi swoje stworzenie do tej doskonałości” – czytamy.

To przedziwne, że Bóg, choć włada wszystkim, w swojej dobroci pozwala ludziom być narzędziami Jego Opatrzności i nawzajem pomagać sobie w osiąganiu zaplanowanej przezeń doskonałości.

Katechizm zwraca uwagę, że z łaski Boga możemy być „rozumnymi i wolnymi przyczynami w celu dopełniania dzieła stworzenia, w doskonałej harmonii dla dobra własnego i dobra innych”.

„My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga” – zapewnia św. Paweł (1 Kor 3,9).

W zakresie owego „pomocnictwa” szczególnym doświadczeniem ks. Krzysztofa Tabatha, jako wieloletniego kapelana kliniki kardiologicznej w Katowicach, były liczne sytuacje, w których znajdował się on w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

– To pozostaje dla mnie tajemnicą, jak to się działo, że tyle razy przychodziłem do umierających niewezwany. Nie wezwał mnie lekarz, nie wezwała pielęgniarka ani rodzina, a ja trafiałem akurat na reanimację, gdy pacjent umierał. Miałem jakieś takie poczucie, że powinienem tam wejść. I mogłem tego człowieka zaopatrzyć sakramentami i byłem przy nim aż do śmierci. To nie mógł być przypadek, to musiała być Boża Opatrzność – że ten człowiek mógł umierać w obecności kapłana, otrzymać sakrament namaszczenia i absolucję na godzinę śmierci z odpustem zupełnym – zamyśla się.

Trzy łódki

Pismo Święte w wielu miejscach potwierdza: Boża Opatrzność obejmuje wszystko, rzeczy małe i wielkie, i nie ma takiej sprawy, która by się Bogu wymknęła. On wszystkim rządzi. „Nasz Bóg jest w niebie; czyni wszystko, co zechce” – mówi psalmista (Ps 115,3).

Jezus zapewnia, że u nas włosy na głowie wszystkie są policzone. I wzywa do ufności nawet w sprawach elementarnych: „Nie troszczcie się o to, co będziecie jeść i pić, i w co się będziecie ubierać”. Apokalipsa mówi o Chrystusie: „Ten, co otwiera, a nikt nie zamknie, i Ten, co zamyka, a nikt nie otwiera” (Ap 3,7). Z kolei autor Księgi Przysłów pisze: „Wiele zamierzeń jest w sercu człowieka, lecz wola Pana się ziści” (Prz 19,21).

Nie znaczy to wszystko, że rolą człowieka jest bierność wobec tego, co się dzieje.

– Niebezpieczeństwem jest opaczne rozumienie Opatrzności, gdy traktuje się ją jako zachętę do zaniechania własnych starań, bo „Pan Bóg mnie i tak uratuje” – zauważa ks. Tabath. Jako przykład ilustrujący taką błędną mentalność przywołuje popularną anegdotę o trzech łódkach, które kolejno podpływały do człowieka stojącego na dachu domu zalewanego przez powódź. Właściciel domu, ufny w Bożą opiekę, za każdym razem odmawiał przyjęcia pomocy. Gdy utonął i znalazł się przed tronem Bożym, wyraził żal, że Bóg mu nie pomógł. „Jak to nie pomogłem? Przecież przysłałem ci aż trzy łódki!” – usłyszał.

– Problem polega na tym, że my kreślimy Bogu scenariusz. Chcemy, żeby Bóg działał według naszej woli. Tymczasem Bóg działa dużo lepiej, ale my tego nieraz nie przyjmujemy, bo mamy w głowie własne pomysły na to, jak Jego pomoc ma wyglądać – zauważa kapłan.

Tam, gdzie się słucha

Pismo Święte pełne jest zapewnień o Bożej opiece nad człowiekiem. A jednak jeden z takich tekstów wykorzystał diabeł po to, żeby kusić Jezusa do grzechu zuchwałej nadziei: „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień” – słyszy Zbawiciel. Ucina stanowczo: „Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”.

Chrześcijanin musi umieć rozróżniać między Opatrznością Bożą a wystawianiem Boga na próbę. Opieka Boga i Jego plan miłości nie niwelują odpowiedzialności człowieka za to, co robi. Jak więc pogodzić jedno z drugim? Czy na przykład – osadzając to pytanie w realiach pandemii – można lekceważyć zarządzenia sanitarne i liczyć na Boga, który przecież troszczy się o nas w najdrobniejszych szczegółach?

– Opatrzność Boża jest tam, gdzie się słucha Boga – nie ma wątpliwości ks. Krzysztof Tabath. – Nigdy nie musimy bać się tego, co nastąpi, jeśli pozostajemy wierni Bogu. Jest tylko jedno niebezpieczeństwo: sytuacja, w której ktoś powie: „To ja będę słuchał Boga, bo tak mi się wydaje, a nie będę słuchał papieża czy biskupa”. To jest własne widzimisię, wynik błędnego mniemania, że w imię posłuszeństwu Bogu można nie słuchać Kościoła. Taka postawa jest wynikiem oczekiwania, że Bóg powinien realizować nasze zamiary i to w taki sposób, jak my sobie wyobrażamy. Muszę powiedzieć, że ilekroć doświadczałem Bożej Opatrzności, tylekroć było nie tak, jak się spodziewałem – i zawsze o wiele lepiej. Trzeba więc zaufać Bogu, który wie to, czego my nie wiemy, zna przyszłość, której my tylko możemy się spodziewać – zapewnia ks. Krzysztof.

Ufa się

Bóg, dając swoim stworzeniom wolną wolę, wkalkulował możliwość błądzenia. Sam jednak w żadnej mierze nie chce zła moralnego ani też nie jest jego przyczyną. A jednak, ze względu na szacunek dla swoich wolnych stworzeń, dopuszcza zło.

Dobry Bóg, dopuszczający złe rzeczy… Jak to pojąć?

Katechizm cytuje za św. Augustynem: „Bóg wszechmogący... ponieważ jest dobry w najwyższym stopniu, nie pozwoliłby nigdy na istnienie jakiegokolwiek zła w swoich dziełach, jeśli nie byłby na tyle potężny i dobry, by wyprowadzić dobro nawet z samego zła”.

„Zło nie staje się jednak mimo to dobrem” – zauważa katechizm. Nie można grzeszyć po to, żeby Bóg wyprowadzał z tego dobro. Nie wolno Boga testować, prowokować Jego wszechmocy. Kto nie umie pływać, nie powinien rzucać się na głęboką wodę, wołając „Bóg mnie podtrzyma”. Bóg oczywiście mógłby to zrobić, ale nie zrobi tego dla zaspokojenia ludzkiej próżności.

Opatrzności się ufa, a nie ją próbuje.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL