Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ekspert: Większość dzieci zakaża się w szkołach i przedszkolach

Dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, w przebiegu COVID-19 rzadko wymagają respiratora. Znaczna część hospitalizowanych małych pacjentów ma poważne choroby współistniejące.

Z naszych spostrzeżeń wynika, że większość dzieci, które są hospitalizowane z powodu COVID-19, zakaziło się w szkołach lub przedszkolach - mówi dr Lidia Stopyra, pediatra i specjalista chorób zakaźnych. Zauważa, że w Polsce nie było ofiar śmiertelnych wśród dzieci.

Specjalistka, która pełni funkcję ordynatora Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu im. S. Żeromskiego w Krakowie, podkreśliła, że dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, w przebiegu COVID-19 rzadko wymagają respiratora. Do szpitala Żeromskiego trafiają najcięższe przypadki. 30 łóżek zawsze jest zajęte. Znaczna część małych pacjentów ma poważne choroby współistniejące, w tym nowotwory i choroby autoimmunologiczne, genetyczne - dzieci takie biorą leki (np. chemioterapia), które obniżają odporność. Są także przypadki dzieci po operacjach, w tym po wypadkach.

Nasz komentarz:

Poza typowymi objawami w przypadku COVID-19 u dzieci mogą występować również objawy neurologiczne, np. przejściowe niedowłady, zaburzenia mowy, co - jak zwróciła uwagę lekarz - rzadko zdarza się w przypadku innych wirusowych chorób dziecięcych. Częste są odwodnienia - dzieci tracąc smak i węch przestają jeść i pić. Niemowlęta często w takich sytuacjach trzeba nawadniać dożylnie.

- Na szczęście w Polsce nie było jeszcze przypadków dzieci, które zmarły z powodu COVID-19. We Francji, Wielkiej Brytanii czy USA - niestety odnotowano takie, ale były one najczęściej związane z chorobą Kawasakiego - powiedziała dr Stopyra.

Zwracając uwagę na rosnącą liczbę pacjentów z ognisk szkolnych i przedszkolnych oceniła, że przyrost zakażeń wciąż będzie lawinowy, ponieważ nadal jest szereg miejsc, w których maseczek się nie nosi - a takimi miejscami są właśnie szkoły i przedszkola.

- Już dawno mieliśmy taką sytuację w Małopolsce, znacznie wcześniej niż innych województwach, że było dużo przypadków rozproszonych, czyli takich, które nie są z konkretnych źródeł, są nie wiadomo skąd, są gdzieś z przestrzeni publicznej. Teraz wiemy, że ogniska są tam, gdzie nie nosi się maseczek. Gdy badamy ognisko od razu widać, gdzie reżimu się nie przestrzega, bo tam zakażenia błyskawicznie się rozprzestrzeniają - powiedziała dr Lidia Stopyra.

Na dziecięcym oddziale zakaźnym, w którym pracuje, nie ma zakażeń wśród personelu, a testy wykonywane są wielokrotnie. Specjalistka, zapytana o problemy, z jakimi borykają się pediatrzy, specjaliści chorób zakaźnych, zwróciła uwagę na "bałagan" w systemie, ale i na braki kadrowe spowodowane zbyt niska liczbą lekarzy i pielęgniarek. Jej zdaniem zbyt późno włączono w diagnostykę i leczenie COVID-19 jednostki podstawowej opieki zdrowotnej.

- Mamy do czynienia z infekcją, gdzie 80 proc. przypadków przebiega łagodnie. Ci pacjenci mogą być w ambulatoryjnej opiece, a dopiero od września POZ-y mogą diagnozować i objąć opieką chorych z łagodnymi objawami COVID-19 - powiedziała zwracając uwagę, że wcześniej część placówek podstawowej opieki zdrowotnej w ogóle nie pracowała. Był też czas wstrzymania planowych przyjęć i zabiegów.

Gdy lekarze POZ (lekarze rodzinni) zyskali wreszcie możliwość zlecania testów w kierunku SARS-CoV2, pojawiło się rozporządzenie zgodnie z którym wydanie zlecenia, przez teleporadę, możliwe było tylko jeśli występowały wszystkie cztery objawy: gorączka, duszności, kaszel, zaburzenia węchu lub smaku. Jeśli były tylko trzy, to system komputerowy nie pozwalał lekarzowi wystawić skierowania.

- Dziecko z wysoką gorączką, kaszlem, a szczególnie z dusznością powinno być na pewno natychmiast zbadane przez lekarza, a w znacznej większości przypadków hospitalizowane. W takim przypadku pójście z dzieckiem po teleporadzie, pod Tauron Arenę i czekanie z nim godzinami w kolejce, a potem na wynik, to zagrożenie zdrowia a nawet życia - oceniła specjalistka.

Mówiąc o problemach służby zdrowia zauważyła, że o ile da się nadrobić braki w wyposażeniu szpitali - bo to jest kwestia finansowa i organizacyjna, to braku specjalistów od chorób zakaźnych i innych pracowników medycznych, w tym pielęgniarek, nie da się nadrobić w krótkim czasie, a samo łóżko i sprzęt chorego nie wyleczy.

Dr Lidia Stopyra od stycznia cały czas pracuje, także w weekendy. Jej zespół w szpitalu Żeromskiego tworzy jeszcze pięciu pediatrów, w tym trzech z dodatkową specjalizacją chorób zakaźnych. Pracy jest dużo - oprócz czuwania nad pacjentami, każdego dnia jest dużo przyjęć i w tym samym czasie dużo wypisów, mnóstwo konsultacji.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama