Nowy numer 48/2020 Archiwum

Boży geniusz

O nawracaniu rodziców, kulturze selfie i recepcie na udane życie opowiada Antonia Salzano Acutis, matka sługi Bożego Carla Acutisa.

Ks. Rafał Skitek: Carlo niebawem będzie beatyfikowany. To zasługa rodziców?

Antonia Salzano Acutis: Absolutnie nie. Zacznę od siebie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że moje duchowe życie to była jedna wielka katastrofa. Zwłaszcza gdy porównuję się z Carlem. Mam świadomość, że moje przebudzenie w wierze to wyłącznie jego zasługa. Pochodzę z mało religijnej, wręcz niepraktykującej rodziny. Przed urodzeniem Carla na Mszy św. byłam tylko 3 razy: podczas Pierwszej Komunii Świętej, na bierzmowanie i w dniu ślubu. Teraz codziennie uczestniczę we Mszy św., adoruję Najświętszy Sakrament. Podobnie jak on.

Rodzina męża była bardziej pobożna?

Mąż ma korzenie polskie. Jego rodzina mieszkała w Warszawie. Bardzo mocno byli związani ze św. Janem Pawłem II. Pamiętam, że kiedy jako narzeczona jeździłam z nim do Polski w odwiedziny do krewnych, co niedzielę wspólnie uczestniczyliśmy w modlitwie Anioł Pański transmitowanej w telewizji. W ich domu bardzo często mówiło się o papieżu. Także dla mnie, nawet jeśli w pewnym momencie mojego życia byłam z dala od Boga i Kościoła, Jan Paweł II stał się ważny. Jestem przekonana, że to właśnie dzięki Carlowi także mój mąż zaczął mocniej wierzyć. Dlatego nazywam Carla „małym zbawicielem”.

„Mały zbawiciel”, który doprowadził rodziców do jedynego i prawdziwego Zbawiciela – Jezusa Chrystusa?

Właśnie tak. Jednak na co dzień Carlo był zwyczajnym chłopakiem. Podobnie jak rówieśnicy miał swoje pasje. Ale wewnątrz, w sercu, przeżywał coś niezwykłego. Miał świadomość, że wszystko, co czyni, dzieje się w obecności Boga. Na co dzień był po prostu dobry i pokorny, zawsze uśmiechnięty i życzliwy. Naprawdę chciał dobra dla wszystkich. Pomagał ludziom bezinteresownie. Nigdy nie musiałam na niego krzyczeć. Zresztą chyba bym się nawet nie odważyła. Wyróżniał się prostotą, głęboką wiarą, i to od najmłodszych lat. Od zawsze był blisko Jezusa. Uwielbiał odwiedzać kościoły i całować figurki Pana Jezusa. Matce Bożej zanosił kwiaty. Miał wtedy zaledwie 5 lat. Do Pierwszej Komunii Świętej przystąpił w wieku 7 lat. Od tamtej pory codziennie uczestniczył we Mszy św. i adoracji Najświętszego Sakramentu przed lub po Eucharystii. Modlił się na różańcu, czytał Pismo Święte, kochał liturgię, sakramenty. Odkrywał w nich Boga, którego tak bardzo potrzebował. Fascynowały go opowieści o świętych. Był ciekawy świata. Stawiał trudne pytania.

Tymi pytaniami wprawiał rodziców w zakłopotanie. Wspomniała Pani kiedyś, że jako mama czuła się z tym bardzo źle.

Miałam świadomość, że nie jestem w stanie mu pomóc. Że nie potrafię rozwiać jego wątpliwości. Jednocześnie czułam się za niego odpowiedzialna. Razem z mężem przynieśliśmy go do chrztu. Musiałam coś z tym zrobić.

Podobno pomógł w tym Pani zakonnik zwany ojcem Pio z Bolonii?

W tamtym czasie przeżywałam poważny kryzys. Bardzo młodo zmarł mój ojciec. Nie miałam rodzeństwa. Pewna kobieta, dużo starsza ode mnie, bardzo mądra i pobożna, doradziła mi, bym spotkała się w Bolonii z o. Iliem Carraim. Nazywano go ojcem Pio z Bolonii. Zmarł w 2010 r. w wieku 94 lat. On stał się moim przewodnikiem duchowym, a w pewnym sensie także mego syna. To on zachęcił mnie do podjęcia studiów teologicznych. Wkroczyłam wówczas na drogę nawrócenia. Staram się być wierna Bogu. Mam nadzieję, że Pan okaże mi miłosierdzie i – mówiąc kolokwialnie – załapię się przynamniej na czyściec. Chociaż byłoby wspaniale dostać się od razu do nieba.

To wszystko brzmi tak, jakby syn nawrócił mamę…

Tak było. Mogłabym pokazać tysiące świadectw nawróceń – nadesłanych po śmierci Carla – napisanych przez księży, siostry zakonne i osoby świeckie. Najczęściej dziękują w nich za przypomnienie tego, co w życiu najważniejsze. Carlo powtarzał często, że marnujemy czas na rzeczy zbyteczne…

I że najważniejsza jest Eucharystia – autostrada do nieba…

On nie wyobrażał sobie życia bez Eucharystii. Zanim wyjechaliśmy na wakacje, najpierw dokładnie sprawdzał, czy w pobliżu znajduje się kościół, aby móc uczestniczyć we Mszy św. To było zawsze jego największe zmartwienie. On naprawdę był świadom, że w każdej Mszy św. spotykamy żywego i prawdziwego Boga. Często powtarzał, że jesteśmy bardziej uprzywilejowani od tych, którzy żyli blisko Jezusa 2000 lat temu. Oni, aby Go spotkać na żywo, musieli nieraz pokonać bardzo wiele kilometrów. Nam, aby doświadczyć Jego obecności, wystarczy udać się do pobliskiego kościoła. W ten sposób mamy Jeruzalem pod domem. Carlo ubolewał, że ludzie nie zdają sobie sprawy z wielkości i piękna Eucharystii. Gdyby tak było, staliby w długich kolejkach, by spotkać się osobiście z Chrystusem.

To z myślą o nich przygotował wystawę poświęconą cudom eucharystycznym?

Tak. Ekspozycja gościła już w dziesiątkach tysięcy parafii na pięciu kontynentach.

Skąd u niego tak głęboka wiara?

Myślę, że to tajemnica. Wpływ na jego duchowe życie mogła mieć niania Beata z Polski, a także lekcje religii w żłobku. Mam jednak głębokie przekonanie, że sam Chrystus obdarzył go jakimś niezwykłym darem. Nie mówię tylko o jego pobożności. Chodzi mi o rozmaite talenty, które otrzymał. Jego światły umysł i sposób rozumowania. On był cudownym dzieckiem. W pewnym sensie był geniuszem.

Nie ma w tym przesady?

Mając zaledwie 10 lat, Carlo pisał swoje pierwsze programy informatyczne. Z uwagą czytał podręczniki do informatyki technicznej dla studentów politechniki w Mediolanie. Na komputerze wykonywał operacje, które wymagają przynajmniej kilkuletnich studiów. Był bardzo inteligentny i przedsiębiorczy. Poza tym miał świetną pamięć. Cytował z pamięci długie fragmenty Pisma Świętego. Doskonale orientował się w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Pamiętał naprawdę wszystko. Był jednak bardzo pokorny. Na pierwszym miejscu zawsze stawiał Pana Boga…

Nawet wtedy, gdy zachorował i wiedział, że umiera…

Być może to dziwne, ale kiedy umierał, miałam wrażenie, że odchodzi święty. Podczas choroby z jego twarzy nie znikał uśmiech. Nigdy nie rozpaczał. Pomagała mu w tym głęboka wiara, dlatego też się nie bał. Mówił: „Umieram szczęśliwy, ponieważ nie zmarnowałem ani jednej minuty mego życia na sprawy, które nie podobają się Bogu”. Był pogodny. Kiedy zachorował, zapewniał mnie: „Ja nie wyjdę stąd żywy, ale dam ci wielu synów”. Kilka miesięcy przed śmiercią – byliśmy wtedy nad morzem – sfilmował się i powiedział, że kiedy będzie ważyć 70 kg, jego śmierć będzie już przesądzona. Rzeczywiście zmarł, dokładnie tyle ważąc.

Dla mamy to ogromny cios – stracić syna w tak młodym wieku. Carlo miał 15 lat.

Po śmierci Carla otrzymałam od Boga wiele znaków, które bardzo pomogły mi pokonać ogromny ból i rozłąkę. To już za mną. W życiu wiary relacja z drugim człowiekiem – także moja z Carlem – nie kończy się w dniu śmierci. Teraz uczę się zupełnie nowego sposobu komunikowania się z nim.

Ale ktoś mógłby powiedzieć, że to niesprawiedliwe, że Carlo tak wcześnie umarł. Miał przed sobą całe życie, był utalentowany, zdolny, mądry…

Po ludzku myśląc, pewnie tak. Ale Carlo rozumował inaczej. Nie rozpaczał. W śmierci widział naturalne przejście z życia ziemskiego do wieczności. Był świadom przemijającego czasu. Do tego stopnia, że kiedy raz zapytaliśmy go, kim chciałby być, jak dorośnie, odpowiedział: „Kto wie, czy w ogóle dożyję tego czasu, skoro przyszłość zna tylko nasz Pan”. On doskonale rozumiał, że życie ludzkie – niezależnie od tego, czy będzie długie czy krótkie – jest kapitalną okazją do własnego uświęcenia. Innej okazji na ziemi już nie będzie.

Carlo tej okazji nie zmarnował. A czy zostawił jakąś receptę na szczęśliwe życie?

To dość proste. Po pierwsze, nie marnować czasu na rzeczy zbędne. Po drugie: skupić się wyłącznie na tym, co najważniejsze – na Bogu, na Eucharystii. Carlo chciał, by inni czynili podobnie. To była jego ziemska misja. Być może pomagało mu w tym pragmatyczne podejście do życia. To cecha chyba wszystkich informatyków. Tymczasem my rozpraszamy się tysiącami rzeczy. Gubimy to, co najważniejsze. Dbamy o pozory. Biegniemy donikąd.

Czyli szczęście to…

...zapatrzenie się w Boga. Smutek to konsekwencja zapatrzenia się w siebie. Carlowi chodziło o to, by zrobić miejsce w swoim życiu dla Boga i uczyć się od Niego pokory.

Tylko że usuwanie się w cień nie jest dziś w modzie. Trzeba się pokazać. Także w internecie…

Żyjemy dzisiaj w kulturze selfie. Każdego dnia robimy sobie mnóstwo zdjęć. Od razu publikujemy wszystko w mediach społecznościowych. Łudzimy się, że szczęście przyjdzie do nas wtedy, gdy większość „podniesie kciuk”, „zalajkuje”. To pułapka i oznaka bardzo słabej duchowości. Carlo mówił, że nawrócenie nie jest procesem dodawania, ale odejmowania – wyrzekania się tego, co zbyteczne. Innymi słowy: im mniej nas, tym więcej Boga. Nie ma innej drogi do prawdziwego szczęścia…

…i do odkrycia swojej wyjątkowości, o którą mu chodziło.

Carlo lubił powtarzać, że rodzimy się oryginalni, ale wielu umiera jako fotokopie. A przecież zostaliśmy stworzeni jako niepowtarzalni i jedyni w swoim rodzaju. Bóg kocha nas wszystkich. Trzeba to odkryć. Carlo uważał, że trzeba być jak św. Jan Apostoł – umiłowanym uczniem Jezusa. Lubił przywoływać scenę z ostatniej wieczerzy, w której Jan oparł głowę na piersi Jezusa. Dostrzegał w tym gest eucharystyczny.

Dlaczego?

Ponieważ pierś chroni serce. A serce jest symbolem miłości, całkowitego oddania się. To w sercu człowiek podejmuje najważniejsze życiowe decyzje. To w sercu podejmuję decyzję, czy za Bogiem pójdę, czy Go odrzucę, czy wybiorę drogę Jego przykazań, czy miłości własnej. Stąd też gest z ostatniej wieczerzy – położenie głowy na piersi Jezusa – jest jak wezwanie eucharystyczne, zawsze aktualne: stać się umiłowanym uczniem Pana. Widać to także pod krzyżem. Przy Jezusie pozostali tylko: Matka Jego Maryja, pobożne niewiasty i umiłowany uczeń – Jan. Inni uciekli. Tam kształtowała się Eucharystia. Jej głębia i moc. Carlo doskonale wiedział, że te same tajemnice wiary dokonują się podczas każdej Mszy św., która jest źródłem miłości. To brzmi banalnie, ale może właśnie dlatego trzeba to tak często powtarzać: w Eucharystii spotykamy żywego i prawdziwego Boga, Jego Ciało i Krew. Tylko dzięki temu możemy wkroczyć na drogę świętości, co w praktyce oznacza życie cnotami chrześcijańskimi – wiarą, nadzieją i miłością. To nasza odpowiedź na podszepty złego ducha.

Ale Carlo Boga szukał też w sieci. Mówi się, że będzie patronem internetu. Jak łączył te dwa światy: wirtualny z realnym?

On miał fenomenalną intuicję. Starał się zanieść Jezusa wszystkim. Także za pośrednictwem internetu. Doskonale wiedział, że internet jest szybszy i ma o wiele większy zasięg niż – mówiąc nieco żartobliwie – Konferencja Episkopatu. Internet stał się dla niego narzędziem ewangelizacji. Trzeba też uczciwie dodać, że Carlo zawsze działał w pełnej jedności z nauczaniem Kościoła. Wiedział jednak, gdzie są młodzi, co ich kręci. Miał też świadomość, że internet może być narzędziem przeklętym, bo istnieje ciemna strona tej rzeczywistości: pornografia, hazard, przemoc itp. Ostatecznie jednak – jak mówił – światło zwycięży, bo jest jaśniejsze od ciemności. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama