Nowy numer 44/2020 Archiwum

Ogień i krew

Jego relacja z Tym, który zawołał z krzyża w San Damiano: „Idź i odbuduj mój Kościół”, zawstydzała braci. Ten, który mówił o sobie „simplex et idiota” („prosty i niewykształcony”), rzucił ogień na pogrążony w potężnym kryzysie Kościół.

Ilekroć czytam ten tekst, myślę o nim i tęsknię za jego świętym radykalizmem. „Bóg nie znajduje już ust wystarczająco czystych i bezinteresownych, aby przez nie przemówić – boleśnie diagnozuje współczesny Kościół Paul Evdokimov. – Wszystko jest straszliwie skompromitowane, do tego stopnia, że role się odwracają: Kościół jest sądzony przez świat. Chrześcijanie zrobili wszystko, aby wyjałowić Ewangelię; można powiedzieć, że zanurzyli ją w neutralizującym płynie. Stępione zostało wszystko, co uderzające, wykraczające poza zwyczaj, wstrząsające. Religia stała się nieszkodliwa, spłaszczona, grzeczna i rozsądna – i przez to niestrawna”.

Tak, za każdym razem, gdy czytam tę rozdzierającą serce diagnozę prawosławnego teologa o soli, która traci smak, myślę o św. Franciszku. O ogniu, który rzucił na pogrążony w potężnym kryzysie w jego czasach Kościół. Jego radykalizm zawstydza dziś nie tylko tych, dla których największym problemem jest brak dostępu do wi-fi, ale i 30 tys. jego duchowych braci w brązowych, czarnych i szarych habitach.

Idiota?

Od chwili, gdy na początku 1206 r. porzucił bogaty dom i zaczął żyć jak żebrak, syn bogatego kupca Piotra Bernardone nie znał pojęcia „polityczna poprawność”. Bez owijania w bawełnę mawiał o sobie „simplex et idiota” – „prosty i niewykształcony”. Współczesny świat uczynił z Biedaczyny z Asyżu niegroźnego dziwaka i marzyciela gawędzącego z ptaszkami. Tymczasem był to mistyk i stygmatyk, który powtarzał: „Pan dał mi rozpocząć życie pokuty”. Pierwszych franciszkanów nie nazywano Zakonem Braci Mniejszych, tylko Pokutnikami z Asyżu.

Franciszek płonął. Gdyby tak nie było, nie zgromadziłby wokół siebie… 5 tys. ludzi, którzy porzucili domy, by ruszyć w nieznane. Tylu mężczyzn przybyło na pierwszą Kapitułę Namiotów pod Asyżem, a ponieważ liczba mieszkańców miasta wynosiła nieco ponad 2 tys., wokół Porcjunkuli wyrosło wielkie, tętniące życiem miasteczko.

​Słowa są bezradne wobec doświadczenia Franciszka. Nie bez przyczyny Teresa z Ávila, św. Jan od Krzyża czy Mała Tereska, by opisać swe mistyczne doświadczenia, potrzebowali narzędzi, które przynosi poezja. Im dłużej czytam o Ojcu Serafickim, tym bardziej jestem zawstydzony swą letniością, brakiem gorliwości i ospałością. Słowem, które najlepiej opisuje jego doświadczenie, jest „przylgnięcie”.

Noce i dnie

Znikał na całe noce, by modlić się, a jego towarzysze co pewien czas pozostawali sami, bo Biedaczyna zamykał się w ciszy pustelni, by przebywać twarzą w twarz z Tym, który odezwał się do niego z krzyża w San Damiano. Jak bracia znosili podobne rozłąki? Tomasz z Celano opisuje początki wspólnoty: „Gdy wzgardzili wszystkim, co ziemskie, i wyzbyli się miłości własnej, uczucie swej miłości zwrócili ku wspólnocie, poświęcali samych siebie, aby zaradzić potrzebom braci. Pragnęli się zbierać, z przyjemnością przebywali razem, z przykrością znosili rozłąkę, z goryczą rozstanie, z bólem odejście”.

Dziś stawiamy św. Franciszkowi pomniki z nieodłącznymi gruchającymi gołąbkami, ale dla pierwszych braci pokutników jego życie było nie lada wyzwaniem. Nic dziwnego, że spotykał się z oporem. Wyobrażacie sobie, co musieli czuć budowniczowie pierwszego fran​​ciszkańskiego kościółka, który został cegła po cegle rozebrany przez Biedaczynę z Asyżu? Rozumieli jego wybory? Wiedzieli, o czym mówił, gdy przypominał jednemu z przełożonych, który miał zamiar uciec: „Nawet jeśliby cię bili, masz ich kochać. To prawdziwe posłuszeństwo!”. Albo gdy opowiadał Leonowi z Perugii o tym, czym jest radość doskonała (za każdym razem, gdy to czytam, czuję ciarki!): „Kiedy staniemy deszczem zmoczeni, zlodowaciali od zimna, błotem ochlapani i zgnębieni głodem, i zapukamy do bramy klasztoru, a odźwierny wyjdzie gniewny i rzeknie: »Coście za jedni?«, a my powiemy: »Jesteśmy dwaj z braci waszej«, a on powie: »Kłamiecie, wyście raczej dwaj łotrzykowie, którzy włóczą się, świat oszukując, i okradacie biednych z jałmużny, precz stąd«, i nie otworzy nam, i każe stać na śniegu i deszczu, zziębniętym i głodnym, aż do nocy; wówczas, jeśli takie obelgi i taką srogość, i taką odprawę zniesiemy cierpliwie, bez oburzenia i szemrania, i pomyślimy z pokorą i miłością, że odźwierny ten zna nas dobrze, lecz Bóg przeciw nam mówić mu każe, o bracie Leonie, zapisz, że to jest radość doskonała”. Czytam te słowa i nie dziwię się, że Franciszek był nierozumiany.

– Gdy napisał Regułę, podeszła do niego delegacja braci, która oznajmiła: „Piszesz to wyłącznie dla siebie, my nie będziemy tego zachowywać” – opowiada o. Lech Dorobczyński, proboszcz franciszkańskiej parafii w Warszawie. – Patowa sytuacja. Franciszek wzdycha: „Jezu, mówiłem Ci, że tak będzie”. I wówczas (to pobożna tradycja, ale mocno pielęgnowana w zakonie) na drzewie objawia mu się sam Chrystus i mówi: „Nic, co jest w Regule, nie jest z ciebie, ale [wszystko] ze Mnie”. Bracia odchodzą zawstydzeni…

Rany Boskie!

Choć nie ukończył żadnej uczelni, nad jego słowami pochylają się największe umysły. Czuł, że pouczenia i napomnienia, które pozostawił, nie są z niego. Pisał o tym wprost, zaznaczając, że to „słowa Jego Pana”. Ten, który określał siebie jako „najmniejszego”, o Bogu najczęściej mówił: „Najwyższy”. Tak zwracał się do Niego w słynnej „Pieśni słonecznej”. Pisał o drżeniu duszy, która ma zaszczyt obcowania z Tym, którego imienia „żaden człowiek nie jest godny wymówić”.

Doskonale pamiętam artykuł sprzed lat, gdy w świątecznym wydaniu „Polityki” dziennikarz pisał o św. Franciszku: „Krucyfiks fascynował go do końca. A to oznaczało także fascynację cierpieniem i śmiercią. Franciszek chciał naśladować Chrystusa nie tylko w ubóstwie, ale też w męce. Ta jego obsesja humanizowała jakoś masową religijność”. Tak widzi mistyków współczesny świat. Franciszkiem nie kierowała żadna „obsesja” czy „fascynacja cierpieniem”. Biedaczyna nie był masochistą. Pragnął jednego: przylgnięcia do Tego, „w którego ranach jest nasze zdrowie”. Nic więc dziwnego, że rany te odcisnęły na nim trwały ślad.

Między 15 a 29 września 1224 r. w grocie na szczycie La Verny zauważył na nadgarstkach i stopach rany, z których sączyła się krew. Jego bok był otwarty. Był to chronologicznie pierwszy tego typu fenomen w dziejach. Święty Bonawentura tak opisywał to, co wydarzyło się na górze La Verna: „Bóg pouczył go wewnętrznie jak przyjaciela, iż ukazuje się jego oczom, by dać mu poznać, iż powinien dostąpić doskonałego podobieństwa z Chrystusem Ukrzyżowanym nie przez mękę ciała, lecz przez rozpalenie duszy. Ustępująca wizja pozostawiła w sercu Franciszka seraficki żar i odcisnęła na jego ciele obraz ran niczym ogień, który wyciska ślad pieczęci na miękkim, topniejącym wosku. Natychmiast bowiem na jego dłoniach i stopach dały się widzieć ślady po gwoździach, i to w kształcie, w jakim widział je w wizji ukrzyżowanego Syna Bożego. Jego dłonie i stopy zostały pośrodku przebite gwoźdźmi; na powierzchni dłoni i stóp widać było ich okrągłe i czarne główki, podczas gdy z drugiej strony widoczne były ich ostrza, dość długie i zagięte, wystające ponad ciało, z którego wychodziły. Również na prawym boku miał czerwoną ranę, jakby został przekłuty włócznią, i często wypływała z niej krew, która przesiąkała przez jego ubranie”.

Klęknij przed najgorszym kapłanem

„Był rzeczywiście żywą ikoną Chrystusa – zauważył Benedykt XVI. – To był w istocie jego ideał: być jak Jezus, rozważać Chrystusa Ewangelii, kochać Go mocno, naśladować Jego cnoty. Okazywał zawsze wielki szacunek kapłanom i polecał, aby zawsze ich szanowano, nawet wówczas, gdy osobiście byli mało tego godni. Jako uzasadnienie tego głębokiego szacunku przyjmował fakt, że otrzymali oni dar konsekrowania Eucharystii”. Co ciekawe, sam nigdy nie przyjął święceń kapłańskich. Czuł się niegodny. – Był prezentem Boga danym tamtym czasom – podsumowuje o. Dorobczyński. – Rządziły się one swoimi prawami, a Franciszek stanął wobec nich w opozycji. Ale nie takiej jak inni reformatorzy, którzy pragnęli żyć ewangelicznie, jednak na pewnym etapie mówili papieżowi „do widzenia”. Franciszek żył bardzo mocno wewnątrz Kościoła. Mocno wierzył w Ducha Świętego działającego w Kościele. Mówił: „Choćbym spotkał najgorszego kapłana, chcę przed nim klęknąć i ucałować mu stopy. On sprowadza Jezusa na ziemię”. Widział bogactwo, przepych, grzech, małość Kościoła, ale jednocześnie czuł się ostatnim człowiekiem, który miałby prawo kogokolwiek krytykować. Dlaczego? Bracia widywali go płaczącego nad swoimi grzechami. I właśnie te łzy zamykały mu usta.

Nagi na gołej ziemi

Dosłownie przejął się słowami: „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze”, i w ostatnich miesiącach życia schorowany wędrował od miasta do miasta. Na łożu śmierci powiedział braciom: „Zaczynajmy od nowa, bo do tej pory jeszcze nic nie zrobiliśmy”. Poprosił, by położyli go bez ubrań na gołej ziemi. Zmarł w sobotę 4 października 1226 r. Już następnego dnia mieszkańcy Asyżu zanieśli jego ciało do kościoła San Giorgio, a 25 maja 1230 r. przeniesiono je do wybudowanej przez generała zakonu Eliasza Bombarone bazyliki ku czci świętego.

– Nie bawił się w dyplomację – zauważa o. Cyprian Moryc, franciszkanin z Kalwarii Zebrzydowskiej. – Ona gubi dzisiejszy Kościół, który robi umizgi wobec wielkich tego świata i boi nazywać się zło złem. Dziś Kościół zaledwie toleruje charyzmatyków. A przecież sam Franciszek dostał od Kościoła ogromną przestrzeń do działania. Usłyszał: „Ufamy Ci”.

Przed siedmiu laty 4 października papież Franciszek odwiedził grób swego świętego imiennika. Był 19. następcą św. Piotra odwiedzającym miasteczko w Umbrii, ale pierwszym, który wszedł do Sali Obnażenia, czyli miejsca, w którym młodziutki Bernardone zrzucił szlacheckie jedwabie i zrezygnował z zaszczytów. „Wszyscy mamy się obnażyć ze światowości” – powiedział wówczas papież. „Czasy się zmieniły, ale ideał Kościoła ubogiego nadal obowiązuje”. Czysta Ewangelia. Sam Franciszek, pisząc Regułę, zaznaczył: „Życie braci polega na zachowywaniu świętej Ewangelii”. Nie chciał niczego innego.

Niekochana miłość

Przypominam sobie wizytę we franciszkowym Asyżu. Długo stałem pod przejmującym freskiem Giotta „Wygnanie demonów z Arezzo”. Pokorny Franciszek modlił się w cieniu brata Sylwestra, który w imieniu Jezusa Chrystusa wypędzał złe duchy. Ciemność ustępowała światłu… Ileż współczesnych demonów czeka na podobny egzorcyzm!

Przypominam sobie skąpane w rzymskim słońcu drzewko pomarańczowe przy bazylice św. Sabiny na Awentynie. Wedle tradycji miał je zasadzić sam św. Dominik. W kaplicy wykonanej przez Berniniego czytałem: „Przybyszu, bądź uważny, w tym miejscu świeci mężowie Dominik i Franciszek odbywali nocne czuwania”. Dwóch mistyków, którzy odbudowali to, co pozostawało w ruinie. Jak wyglądało ich spotkanie? Co mówili? Bardzo tęsknię za krzykiem: „Miłość jest niekochana” i płaczem: „Boże, co się stanie z grzesznikami?”. I wołam o podobne spotkanie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także