Nowy numer 44/2020 Archiwum

Pilne: Uczeń szuka mistrza

W rwącej rzece faktów i opinii przydałby się jakiś mocny punkt oparcia. Ktoś, kto powie, jak jest naprawdę, która droga zaprowadzi mnie do celu, a która powiedzie na manowce.

Pilne: Uczeń szuka mistrza   Poszukiwania duchowego autorytetu wydają się dziś trudniejsze niż kiedyś, mimo że mamy pod ręką niemal nieograniczone zasoby wiedzy i możliwość szybkiego kontaktu z całym światem. Unsplash

W przeddzień obchodzonego w Polsce Dnia Środków Społecznego Przekazu otwieram internet – a właściwie nie muszę niczego otwierać, bo już tam jestem, bo płynę szerokim nurtem, jak wszyscy – i czytam: wpisy, doniesienia i komentarze publicystów, reakcje internautów oraz reakcje innych internatów na reakcje tych pierwszych.

I myślę, że przydałby się w tej rwącej rzece faktów i opinii jakiś mocny punkt oparcia. Przydałby się ktoś, kto powie, jak jest naprawdę, która droga zaprowadzi mnie do oczekiwanego celu, a która powiedzie na manowce. Przydałby się punkt odniesienia, autorytet, mistrz.

Poszukiwania wydają się dziś trudniejsze niż kiedyś, mimo że mamy pod ręką niemal nieograniczone zasoby wiedzy i możliwość szybkiego kontaktu z całym światem. Może problem leży w tym, że aby znaleźć mistrza, trzeba wcześniej obudzić w sobie ucznia.

„Wyobraźmy sobie, proszę Państwa, człowieka, który utracił nadzieję. Człowiek taki nie może być uczniem, człowiek musi przychodzić do mistrza z jakąś nadzieją” – mówił studentom u schyłku stanu wojennego ks. Józef Tischner (polecam cały wykład w zbiorze „Etyka a historia”)

*

Ks. Tischner przypominał jeszcze coś bardzo ważnego. Tym razem w jednej z cyklicznych audycji w Polskim Radiu. To mianowicie, że mistrz tak bardzo potrzebny jest mi nie po to, by prowadzić za rękę bądź walić po łapach w razie popełnionego błędu, lecz po to jest mistrz, by uczyć samodzielności. „Mowy Mistrza Eckharta mają inny cel: mają obudzić władzę rozeznania. Człowiek sam, z głębi swego serca, ma nauczyć się rozeznawania prawdy od nieprawdy, trucizny od dobrego pokarmu” – opowiadał słuchaczom ksiądz profesor.   

I tu wracam do punktu wyjścia, czyli życia w sieci Anno Domini 2020. Słowo klucz to rozeznanie, a ono potrzebuje, by dać sobie czas, wymaga pewnej zwłoki. Lecz życie uwikłane w sieć internetowych informacji i międzyludzkich powiązań zwłoki nie znosi. A pokusa, by natychmiast skomentować lub bezrefleksyjnie przyjąć nawet najbardziej absurdalną wiadomość za pewnik, jest naprawdę duża. Do tego prymat ma zasięg posta, newsa.

Więcej pisze na ten temat w GN 38/2020 Piotr Legutko. „Mnożą się spiskowe teorie, znajdujące doskonałe warunki do rozwoju w mediach społecznościowych, mających charakter baniek informacyjnych, zamkniętych na wymianę różnych poglądów. Przebijanie się z prawdą obiektywną do tych środowisk – powoli przypominających już nie plemiona, a sekty – nie zawsze jest mile widziane” – zauważa dziennikarz w tekście „Nowa broń masowego rażenia”.

Trzeba zauważyć, że w takich internetowych plemionach nie brakuje plemiennych mistrzów. Wielu z nich ulega jednak tej samej pokusie natychmiastowości. Dodajmy, że mechanizmy, o których mowa, nierzadko działają również w miejscach, gdzie porusza się sprawy wiary i Kościoła. A gdy emocje biorą górę, tracimy czujność w kwestiach troski i odpowiedzialności za słowo, a dziś często jeszcze za ilustrację lub filmik.

*

Kiedy myślę o relacji mistrz-uczeń, natychmiast wyświetla mi się historia Edyty Stein. W publikacji jej bardzo osobistych listów do Romana Ingardena z lat 1917-1938 rysuje się przemiana Edyty - filozofa w świecie w Edytę - mistyczkę w Karmelu. Rysuje się też droga od jednego mistrza do drugiego, która doprowadzi ją ostatecznie do przyjęcia Jezusa jako Mistrza.

Początkowe dwa lata tamtej korespondencji to aż 63 listy i pocztówki nadesłane przez Edytę. Nie wiadomo, jak często odpisywał Roman. Ocalała tylko jej korespondencja, z której dowiemy się, kto był pierwszym mistrzem świętej. Tak zresztą o nim pisze – „Mistrz”, „drogi Mistrz”. To Edmund Husserl, światowej sławy filozof, dla którego Edyta Stein zostawia rodzinny Wrocław, by stać jednym z najbardziej obiecujących uczniów „mistrza”, a później jego asystentką.

Można powiedzieć, że Stein w tym początkowym okresie u boku „mistrza” więcej filozofuje niż żyje. Ale nadejdzie moment, gdy napisze do Ingardena: „Przez ostatnie lata dużo więcej żyłam niż filozofowałam” (15 października 1921 r.). A zaraz obok padnie stwierdzenie: „Jestem teraz w przededniu przejścia na katolicyzm”. Parę miesięcy później przyjmie chrzest i bierzmowanie. Odda się też pokornie prowadzeniu duchowemu dwójce kapłanów, najpierw ks. Józefowi Schwindowi, później ojcu Rafałowi Walzerowi. By wreszcie stać się duchową uczennicą św. Jana od Krzyża.

Fenomenologia, która weszła jej w krew pod opieką pierwszego mistrza we Fryburgu, wywarła pewien wpływ na to, w jaki sposób Edyta Stein odkrywała przesłanie Ewangelii, jak bardzo dosłownie wprowadzała w życie prawdy Mistrza z Nazaretu. Ciekawy ślad do takiej interpretacji zostawia ostatni listu do Ingardena, z 6 maja 1938. Minął tydzień od śmierci Husserla i dwa tygodnie od ślubów wieczystych Stein – teraz Teresy Benedykty od Krzyża. W liście mniszka pisze na temat zmarłego mistrza o „długu wdzięczności, jaki winni jesteśmy dziełu jego życia”.

*

Mistrzowie prowadzą drogami, na których przytrafiają się małe i wielkie odkrycia. Na przykład to – tu zaczyna się już bardziej osobista refleksja – że każdy człowiek ma dar. Dokładnie każdy człowiek. A dary są nie do podrobienia. Takie odkrycie przydarzyło się podczas mojej wędrówki śladem mistrza, którego obraz pękł jednak nieco ponad pół roku. Pękł i rozsypał się na drobne kawałki. Gdy wyszło na jaw, że Jean Vanier przez lata utrzymywał intymne relacje z kobietami, wykorzystując swój autorytet i stosując przy tym sieć mistycznych uzasadnień, poczułem się jak ktoś, kto właśnie odkrywa, że jego ukochany ojciec wiódł podwójne życie.

Jedna z moich pierwszych myśli w tamtej bolesnej chwili - którą podzieliłem się w komentarzu na gosc.pl - brzmiała: „Co ja zrobię z wszystkimi jego książkami?”. Pamiętam, że po tych słowach dostałem kilka mejli od czytelników, podejrzewających mnie o chęć zanegowania wszystkiego, co tylko wiąże się z dziełem Vaniera. A w jednym przypadku nawet o zamiar palenia owych książek (uspokajam, dalej stoją w nienaruszonym stanie na mojej półce). Ja zaś miałem na myśli tyle tylko, że chyba właśnie pozbawiono mnie pokarmu (strawy myśli Vaniera), którym długie lata się karmiłem.

Dziś (jak banalnie nie brzmiałyby słowa „czas leczy rany”, są one prawdą) zostawiam to za sobą. Przypomina mi się jeszcze obrazek z pogrzebu Vaniera. W swoich ostatnich miesiącach życia Jean Vanier śpiewał wraz z odwiedzającymi go gośćmi znany kanon: „Jezu, chwała Tobie, swe życie składam Tobie, Kocham Ciebie”. Raport z dochodzenia przeciwko niemu ukazał się prawie rok później. Właśnie tę pieśń zaśpiewali na koniec uczestnicy uroczystości pogrzebowej w Trosly-Breuil. I może to była ostatnia lekcja, jakiej mi udzielił. Że na końcu każdej drogi życiowej stoi Ojciec. Do Niego należy ocena.

Co się dzieje z Kościołem? Słyszymy, a nieraz sami zadajemy sobie to pytanie, gdy w sieci znów huczy, że upada kolejny autorytet świecki czy kapłański. „Nic takiego – w jednym ze swoich felietonów przekornie zauważył Franciszek Kucharczak – co by się z nim nie działo do tej pory. Jedni go budują, inni rujnują, a większość się przygląda i kibicuje to pierwszym, to drugim. Świętość sąsiaduje z podłością. Stały schemat. Stałe są też prognozy, że teraz się to wszystko rozsypie”. Nie rozsypało się, trwa i będzie trwało. Trudno się jednak dziwić, że pytań o trwałość duchowych autorytetów jest coraz więcej.

*

Czy faktycznie tracimy mistrzów na skalę, jakiej dotąd nie było? Czy da się w ogóle zmierzyć, ująć w statystykę działanie Kościoła jako żywej wspólnoty, zakorzenionej głęboko w ewangelicznych paradoksach (ostatni będą pierwszymi; zachowa życie, kto je straci...)? Tu pojawia się problem. Dostrzega to i trafnie opisuje sługa Boży Hans Urs von Balthasar w tekście sprzed pół wieku, a jak niesamowicie aktualnym:

„Kościół znajduje się w sytuacji paradoksalnej, gdyż jedynie jako mała trzoda może wywierać wpływ, jedynie jako skoncentrowany zaczyn może »zakwasić całe ciasto«. Jest rzeczą zrozumiałą, że wciąż na nowo ulega pokusie, by ową »wielką czynność« w »całym cieście« uważać za probierz prawdziwości swego działania. Stanowi to pokusę o tyle, że ostatecznie działanie Kościoła nie może być w ogóle zmierzone. Najistotniejsze źródła jego siły: modlitwa, cierpienie, posłuszeństwo w wierze, gotowość do przyjmowania pouczeń (przypuszczalnie nie wykorzystana), pokora, wymykają się spod jakiejkolwiek statystyki”.

Wracają też święte słowa świętej Teresy Benedykty od Krzyża: „Każda prawdziwa modlitwa jest modlitwą Kościoła. Każda prawdziwa modlitwa czegoś w Kościele dokonuje”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Piotr Sacha

Kierownik serwisu internetowego gosc.pl

Jest absolwentem socjologii na Uniwersytecie Śląskim oraz dziennikarskich studiów podyplomowych w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. W „Gościu Niedzielnym” pracuje od 2006 roku. Wieloletni redaktor „Małego Gościa Niedzielnego”. Autor książki dla dzieci „Mati i wielkie fałszerstwo”. Jego obszar specjalizacji to kultura, zwłaszcza współczesna literatura i muzyka, a także tematyka społeczna.

Kontakt:
piotr.sacha@gosc.pl
Więcej artykułów Piotra Sachy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także