Nowy numer 14/2021 Archiwum

Trzy Marie schodzą z ołtarza

Kiedy artystki w precyzyjnie odtworzonych strojach śpiewają operowymi głosami słowa hymnu „Witaj, żywy Ołtarzu”, czujemy się tak, jakby rzeźby z początków XVI wieku ożyły.

Maria Kleofasowa niebieską chustką ociera z oczu łzy. Maria Magdalena z rękami splecionymi jak do modlitwy spuszcza wzrok w zamyśleniu. Matka Boża zgięta w pół pochyla smutną twarz. Przed chwilą na krzyżu wzniesionym ponad wyrzeźbionymi przez antwerpskiego snycerza postaciami umarł jej Syn.

I oto dzieje się coś niezwykłego: przy dźwiękach pięknej muzyki rzeźby ożywają. Kiedy dziewczyny z zespołu Les Femmes śpiewają z przejęciem słowa hymnu z Godzinek o Matce Bożej Bolesnej: „Witaj, żywy Ołtarzu”, wyglądają dokładnie tak, jakby zeszły do nas wprost z arcydzieła sztuki snycerskiej z początków XVI wieku. Ustawione w tych samych pozycjach, z tym samym wyrazem twarzy i w precyzyjnie odtworzonych strojach, zdają się wyjęte z ołtarza.

Czekały na nas

Ołtarz, którego fragment ożywa za sprawą spektaklu-oratorium „3 Marie”, to poliptyk o tematyce pasyjnej, pochodzący z kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego w Pruszczu Gdańskim. Obecnie znajduje się on w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie trafił po II wojnie światowej. Powstał prawdopodobnie ok. 1510–1515 r. w warsztacie Colijna de Cotera. Artysta ten odpowiada za malarską część dzieła, będącą, notabene, jednym z najbardziej okazałych zabytków niderlandzkiej sztuki w Polsce. Natomiast środkowa część to rzeźbiarski tryptyk, w którego centrum znajduje się scena Ukrzyżowania. W tej właśnie scenie przykuwają uwagę widza trzy postacie kobiece – trzy Marie.

Na pomysł ich ożywienia wpadł zespół Les Femmes, złożony z trzech śpiewaczek operowych z okolic Trójmiasta. Na co dzień solistki specjalizują się m.in. w kolażach operowych, budując spektakle muzyczne z arii, pieśni i innych fragmentów dzieł różnych kompozytorów muzyki klasycznej i łącząc je spójną fabułą. W swoim bogatym repertuarze mają też program „Sacrum w operze”, często grany w kościołach. To właśnie podczas kolejnych wykonań tego programu stopniowo dojrzewała w nich myśl o stworzeniu projektu, który stanie się częścią przestrzeni sakralnej, niejako wtopi się w nią. – Słowa „Gorliwość o dom Twój pożera mnie” nie dawały mi spokoju – zwierza się Joanna Sobowiec-Jamioł, opiekunka projektu. – Wołały o przywrócenie sacrum, o odejście od „koncertowania”. Kiedyś, gdy siedziałam w kościele, przyszła myśl, że przecież są trzy symboliczne kobiety, które możemy zagrać – to trzy Marie pod krzyżem! W tym samym czasie – przypadkiem! – odwiedziłam Muzeum Narodowe w Warszawie, chcąc poznać sławny późnogotycki ołtarz z Pruszcza Gdańskiego, w którym obecnie mieszkam. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Gdy zobaczyłam trzy Marie pod krzyżem Chrystusa, byłam pewna, że czekają na nas.

Rekolekcje na scenie

Teraz trzeba było zbudować postaci, o których – może poza Matką Bożą – wiemy stosunkowo niewiele. Solistki poświęciły temu przygotowaniu niemal cały Wielki Post ubiegłego roku, przemieniając swoją pracę w formę rekolekcji. – Te rekolekcje trwają także na scenie i po zejściu z niej – twierdzi Natalia Krajewska-Kitowska, śpiewająca sopranem lirycznym. – Mam wrażenie, że będzie to dla nas proces ciągły, budujący dojrzałość w relacji człowiek–Bóg, ale także w relacjach międzyludzkich.

Natalia wciela się na scenie w postać Marii Kleofasowej: – To osoba, o której wiemy najmniej, co z jednej strony jest trudne, ale z drugiej – bardzo otwierające dla artysty. Maria była krewną Matki Bożej. Z istniejących przekazów dowiedziałam się, że była tą, która przygotowywała posiłki, dbała o to, żeby było czysto – a więc o przysłowiowy „wikt i opierunek” dla Pana Jezusa i Jego najbliższych w Galilei. Nic skomplikowanego – dla mnie to jednak dowód, że musiała być wrażliwa, troskliwa i czuła. Taka „święta dnia powszedniego”. Uczę się od niej, że nawet w tak drobnych, zwykłych czynnościach mogę się umacniać w drodze ku niebu. Dlatego w naszym spektaklu Maria Kleofasowa jest „narratorem” wydarzeń. Niczym antyczny chór staje się głosem ludu. Z drugiej strony – widzimy ją w bardzo osobistej relacji „sam na sam” z Misterium. Trwając w swojej „mikro” posłudze, dostąpiła zaszczytu bycia świadkiem najmocniejszych i najpiękniejszych wydarzeń dla człowieka i świata.

Chora z miłości

– Podczas poznawania Marii Magdaleny zaskoczyła mnie jej emocjonalność, przekraczanie granic i całkowite rozkochanie się w Tym, który pierwszy ją umiłował – opowiada Joanna Sobowiec-Jamioł, sopran koloraturowy. – Maria Magdalena zaczęła ożywać we mnie i ja w niej. Zaczęłyśmy się przenikać. Szybko się okazało, że moja bliskość z Jezusem jest bardzo podobna do jej czułości. Maria Magdalena utwierdziła mnie w przekonaniu, że to, co się we mnie tliło, warto rozpalić i przestać się bać. Tak jak Maria Magdalena zaczęłam wszędzie szukać „Umiłowanego mej duszy”, zaczęłam być „chora z miłości”.

Przed ogromnym wyzwaniem stanęła śpiewająca mezzosopranem Emilia Osowska, która wciela się w rolę Matki Bożej. – Maryja jest jednym z filarów Kościoła – podkreśla solistka. – Jest postacią rozpoznawalną na całym świecie i doczekała się tysięcy wizerunków. Kreując postać Matki Bożej w „3 Mariach”, postanowiłam jednak wrócić do korzeni. Do dziewczyny z Nazaretu. Pochyliłam się nad Maryją z Pisma Świętego. Sięgnęłam do literatury biblijnej i znawców Pisma. Chciałam, aby Matka Jezusa była bardzo prawdziwa i aby Jej przeżywanie męki i zmartwychwstania działo się tu i teraz. W spektaklu Maryja spodziewa się nadchodzących wydarzeń, ale nawet Ona nie jest przygotowana na tak wielki ogrom cierpienia swojego Dziecka i pod krzyżem Jej serce zostaje rozdarte na pół. Od pozostałych dwóch Marii odróżnia Ją nieustanna ufność i wierność Bogu. Ona wie, że to, co się dzieje, ma sens i nigdy nie zwątpiła w Miłość. Matka Jezusa jest też pierwszym, bardzo dyskretnym świadkiem zmartwychwstania. Podczas gdy Maria Magdalena i Maria Kleofasowa nadal szukają Pana, Ona już wszystko wie... Jako Emilia Osowska wciąż dorastam do roli Maryi – Matki Jezusa.

Opowieść ponad czasem

Już od pierwszych dźwięków oratorium zdajemy sobie sprawę, że nie uczestniczymy w zwykłym koncercie, ale że mamy do czynienia z misterium. W nastrój tajemnicy wprowadza nas „Modlitwa kroków”, współczesny wiersz Danuty Bilczewskiej, przejmująco wyśpiewany przez Emilię Osowską. Jej głos na tle klarnetu i narastającego stopniowo brzmienia instrumentów perkusyjnych zapowiada, że będziemy nie tylko świadkami, ale i uczestnikami najważniejszych wydarzeń w dziejach świata. W następnych utworach dołączają dwie pozostałe solistki, kwintet smyczkowy i harfa, ale nadal mamy do czynienia z kameralnymi środkami muzycznymi. Tym bardziej więc rośnie podziw dla artystów, że tak wiele udało im się tymi środkami opowiedzieć. Podobnie zresztą jest ze scenografią Cypriana Wieczorkowskiego, której podstawę stanowi figura gotyckiego ostrołuku, pojawiająca się na scenie w różnych konfiguracjach. Ostrołuk staje się często bramą, ale i „ramą” dla solistek, podkreślającą fakt ożywienia późnogotyckiego ołtarza. Jeśli dodamy do tego piękne kostiumy Małgorzaty Wasik, do złudzenia przypominające stroje, które pojawiają się w dziele antwerpskich rzeźbiarzy, stanie się dla nas jasne, że mamy do czynienia ze sztuką najwyższej próby. A przecież to, co najważniejsze, i tak rozgrywa się w przepięknych głosach wokalistek, w ich świetnym warsztacie aktorskim, w starannie dobranych tekstach z różnych epok i w znakomitej kompozycji, łączącej nowoczesność z tradycją.

Muzykę do spektaklu skomponowała Anna Rocławska-Musiałczyk, która z zespołem współpracowała kilkakrotnie już wcześniej – tyle że jako pianistka. – Ten projekt pozwolił mi spojrzeć na Les Femmes z zupełnie innej strony – opowiada. – Do pomysłu ożywienia postaci trzech Marii podeszłam z ogromnym przejęciem, bo dla kompozytora jest on bardzo inspirujący. Bodźcem były teksty wybrane przez dziewczyny. Ich różnorodność dała mi ogromny wachlarz możliwości. Są wśród nich fragmenty Pisma Świętego, dawne pieśni kościelne i ludowe, a także współczesna poezja. I choć bezpośrednich przekazów o Marii Magdalenie czy Marii Kleofasowej mamy stosunkowo niewiele, to udało się opowiedzieć tę historię inaczej, niejako ponad czasem.

Św. Jan nie ucieka

Mimo ogromnej różnorodności tekstów i przenikania się w spektaklu wielu tradycji muzycznych, udało się stworzyć spójne dzieło. – Na pewno dużą rolę odgrywają tu sami wykonawcy – twierdzi skromnie kompozytorka. – To oni zespalają moją muzykę. Pomógł w tym także kameralny skład.

Spektakl podzielony jest na trzy części. Pierwsza z nich opowiada o tym, co działo się przed ukrzyżowaniem Jezusa. Drugą, centralną częścią jest samo ukrzyżowanie. Wreszcie trzecia – prowadzi nas do odkrycia Zmartwychwstałego. Finałową modlitwę „Ojcze nasz” poprzedza poruszający wiersz Romana Brandstaettera „Modlę się”, zaczynający się od słów: „Czuwam nad tymi,/ Którzy nie wierzą/ W mojego Syna.// Pragnę im pomóc.// Są moimi dziećmi./ Jak wszyscy.// Chociaż nic o tym/ Nie wiedzą”. To ważny sygnał, że przesłanie „3 Marii” skierowane jest do wszystkich, tak samo jak dla wszystkich jest Ewangelia. Bo przecież ten spektakl to Dobra Nowina opowiedziana językiem sztuki dotykającej współczesnego człowieka. Kto wie, być może dotknie także niewierzących?

Prawykonanie spektaklu nie mogło odbyć się gdzie indziej niż w świątyni, z której pochodzi antwerpski ołtarz. Publiczność słuchała oratorium w wielkim modlitewnym skupieniu, by na koniec nagrodzić artystów owacjami na stojąco. Choć wcześniejszy plan, by pokazać „3 Marie” w Niedzielę Palmową, zweryfikował koronawirus, okazało się, że warto było czekać. Oratorium zabrzmiało po raz pierwszy 13 września. To znacząca data: wigilia uroczystości Podwyższenia Krzyża Świętego. – Dzień premiery jest dla mnie wzruszający z jeszcze jednego względu – dodaje Joanna Sobowiec-Jamioł. – 13 września siedemnaście lat temu, kilka minut po dziewiętnastej, brałam ślub z moim mężem Piotrem Jamiołem, który w spektaklu dyryguje zespołem instrumentalnym i którego traktujemy jak św. Jana, bo ciągle nam towarzyszy i nie ucieka z Golgoty. Jest dla nas dużym wsparciem. Dziś, po siedemnastu latach, stajemy przed tym samym ołtarzem. Wtedy jako Joanna i Piotr, teraz – jako św. Maria Magdalena i św. Jan.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama