Nowy numer 48/2020 Archiwum

Kamień na kamieniu

Zburzenie świątyni jerozolimskiej w roku 70 to koniec epoki. Właśnie mija 1950 lat od tego straszliwego zdarzenia.

Jerozolima była jak wspaniały cedr, najpiękniejszy z dostojnych drzew Wschodu. Otoczona potężnymi murami, usiana pałacami, zadziwiała nawet Rzymian. Jednak niezrównaną urodą błyszczała świątynia – przybytek Boga. Niedawno skończono jej rozbudowę. Izrael był dumny: oto prawdziwy cud świata!

Jeśli jednak miasto było cedrem, to śmiertelnie podciętym. Jeszcze stał, ale jego dni były policzone. W roku 62 mało kto zdawał sobie z tego sprawę, dlatego dziwili się ludzie, gdy niejaki Jezus, syn Ananusa, zaczął krążyć po mieście i wołać rozdzierająco: „Głos ze Wschodu! Głos od Zachodu! Głos od czterech wiatrów! Głos na Jerozolimę i na świątynię! Głos na cały naród!”. Nawet nocami niosło się po ulicach rozpaczliwe wołanie „Biada Jerozolimie!”.

Rządził wtedy w mieście prokurator Albin. „Nie było takiego zła, którego by on nie uczynił” – napisał o nim Józef Flawiusz, kapłan świątyni i naoczny świadek tamtych wydarzeń, a później historyk na usługach Rzymu. Prokurator obciążał Żydów nieludzkimi podatkami, ale pozwalał na rozboje żydowskim sykariuszom, którzy dzielili się z nim łupem. Sykariusze wyłonili się ze stronnictwa zelotów. Niegdyś jedni i drudzy byli radykalnymi patriotami. Teraz stali się organizacjami bandytów. Następca Albina, Gesjusz Florus, okazał się jeszcze gorszy. Doprowadził do tego, że zdesperowani Żydzi wzniecili powstanie.

Najpierw zareagował wielkorządca Syrii Cestiusz Gallus. Postawił na nogi XII legion i wojska pomocnicze. Wczesną jesienią 66 roku z 30-tysięczną armią dotarł do Jerozolimy, ale połamał sobie zęby na potężnych murach świątyni. Jego odwrót i klęska pod Beth Horon rozzuchwaliły powstańców. Ufortyfikowali cały kraj, łudząc się, że powróciły czasy Machabeuszy i oto Izrael odzyskał niepodległość.

Terror wewnętrzny

Cesarz Neron na dowódcę wojsk interwencyjnych wyznaczył Tytusa Flawiusza Wespazjana. Ten szybko zebrał ponad 60 tys. wojska i wraz ze swoim synem Tytusem wiosną 67 roku wkroczył od północy na tereny ogarnięte rewoltą. Opanowanie Galilei poszło sprawnie, z wyjątkiem twierdzy Jotapata, która broniła się 47 dni. Cenę, jaką zapłaciła za opór, było 40 tys. zabitych. Twierdza Giskala poddała się szybko, a Jan, jej dowódca, umknął do Jerozolimy, gdzie stał się fanatycznym przywódcą zelotów.

W stolicy zaś, mimo zbliżającego się wojennego walca, trwała wojna domowa. „Na zewnątrz świątyni wszystko było zalane krwią, a gdy nastał dzień, leżało 8500 zabitych” – pisał Flawiusz o jednej tylko nocy terroru, jaki zapanował w mieście.

Tymczasem z Rzymu przyszła wieść o śmierci Nerona. Otwarła się szansa na tron cesarski dla Wespazjana, który istotnie po roku objął panowanie w imperium. Do tego czasu armia rzymska w Palestynie zatrzymała się. Jerozolima nie wykorzystała szansy i dalej niszczyła samą siebie. Zeloci pod dowództwem Jana z Giskali łupili mieszkańców, mordowali i gwałcili. W końcu zdesperowani mieszkańcy wezwali na pomoc ludzi innego watażki Szymona Bar Giora. To tylko podwoiło terror. „Z trupami mieszkańców miasta mieszały się trupy przybyszów i z trupami kapłanów trupy świeckich, a krew zabitych z różnych stanów utworzyła jezioro w obrębie świętych murów” – ubolewał Flawiusz. Wtedy też w bezmyślnym szale niszczenia spalone zostały olbrzymie zapasy żywności.

Ścisną cię wałem

Był przełom marca i kwietnia roku 70, gdy Tytus ruszył na Jerozolimę. Wiódł ze sobą cztery legiony i wiele oddziałów posiłkowych. Razem znacznie ponad 60 tys. żołnierzy. Przepuścił tłumy pielgrzymów, zmierzających do stolicy na święto Paschy, słusznie spodziewając się, że tłok w mieście podziała na jego korzyść. Gdy Rzymianie podeszli pod miasto, zwalczające się stronnictwa w Jerozolimie wreszcie się pogodziły, aby stawić czoło wspólnemu wrogowi.

Zaczęły się dni oblężenia. Dla zbudowania urządzeń oblężniczych wycięto wokół Jerozolimy wszystkie drzewa. Na miasto poleciał grad pocisków wyrzucanych z balist i katapult. Po 15 dniach, przez wyłom w zewnętrznym murze, Rzymianie opanowali dzielnicę Bezeta. Kolejne tygodnie bezustannych zmagań przyniosły upadek drugiego muru.

W mieście zaczął się dawać we znaki głód. Kto mógł, wykradał się na zewnątrz, żeby znaleźć do zjedzenia choćby kępy trawy lub zdechłe zwierzęta. Tytus dla postrachu kazał krzyżować złapanych nieszczęśników. Rozpinano ich naprzeciw miasta w liczbie ponad 500 dziennie, ale bez skutku.

Gdy Żydzi podkopali się pod wieże oblężnicze, doprowadzając do ich zawalenia się, Tytus postanowił poczekać, aż obrońcy padną z głodu i wycieńczenia. Aby całkowicie odciąć miasto od dróg ucieczki i zaopatrzenia, kazał usypać dookoła niego szaniec. Legioniści, rozciągnąwszy się w łańcuch, w 3 dni wznieśli prawie 8-kilometrowy wał zaopatrzony w 13 ufortyfikowanych posterunków.

Spełniły się wtedy słowa Jezusa, które z płaczem wypowiedział nad Jeruzalem: „Przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd” (Łk 19,43).

Koszmar

Odtąd nikt już nie opuścił miasta. Głód stał się niewyobrażalny. Za odrobinę zgniłego zboża płacono całymi majątkami. Ludzie żuli własne sandały i skórę z tarcz. Wielu nieszczęśników w przypływie rozpaczy biegło ku rzymskim posterunkom tylko po to, żeby skonać w mękach na krzyżu. Upiorny las krzyży między murami a wałem stał się w końcu tak gęsty, że zaczęło brakować miejsca na ich postawienie. Na wale zaś stali żołnierze i ostentacyjnie pożywiali się regularnie otrzymywanymi posiłkami. Doprowadzało to oblężonych do szaleństwa.

Ludzie w mieście umierali całymi rodzinami. Nikt nie miał siły grzebać zmarłych, więc zwłoki zrzucano po prostu z murów.

„Głębokie milczenie zapadło w mieście i nastała noc pełna śmierci; ale jeszcze straszniejsi od tego byli bandyci” – zanotował historyk. Mówił o zelotach. Ale nawet ci wpadli w przerażenie, gdy któregoś dnia, czując zapach pieczonego mięsa, wpadli do jednego z domów. Znaleźli tam kobietę, która zjadała zabite przez siebie i upieczone własne niemowlę.

Wiadomość o tym zdarzeniu rozeszła się po całym mieście. Dotarła też do Tytusa, który przysiągł, że taką hańbę pogrzebie w ruinach miasta.

Agonia

Zaczął się sierpień, najsmutniejszy ze wszystkich, jakie pamiętał Izrael. Rzymianie zdobyli twierdzę Antonia i zrównali ją z ziemią, żeby odsłonić północną stronę świątyni, gdzie opór był największy. Tego dnia ustała codzienna ofiara w świątyni. Od wieków nie zdarzyło się to ani razu, a zdarzyć się ponownie nie miało już nigdy.

Zeloci wciąż jeszcze walczyli. Potężne mury świątyni, zbudowane przez Heroda z ogromnych sześciennych głazów, świetnie spojonych, nie poddawały się taranom. Nie powiódł się też szturm, bo gdy legioniści wtargnęli na koronę murów, zostali zepchnięci przez wściekły kontratak Żydów.

Wreszcie, gdy Tytus kazał podłożyć ogień pod bramy, udało się wedrzeć do wnętrza. Rzymianie w nieustannej walce przemierzyli dziedziniec Izraelitów, dziedziniec kapłanów i znaleźli się w okolicy Przybytku. Wtedy to, wedle relacji Flawiusza, „jeden z żołnierzy, nie czekając rozkazu ani nie obawiając się takiego czynu – lub raczej popchnięty jakimś demonicznym impulsem – chwycił płonącą głownię i podniesiony przez współtowarzysza rzucił ogień do wnętrza świątyni”. Wnętrze Przybytku, wyłożone drewnem cedrowym, natychmiast się zajęło. Tytus kazał gasić, ale żołnierze byli pochłonięci szaleństwem grabieży. Dotarł więc z wyższymi dowódcami do wnętrza „świętego świętych” i zanim ogień opanował to miejsce, kazał wynieść co się da ze sprzętów świątyni. Była wśród nich menora, siedmioramienny świecznik, który później z innymi przedmiotami poniesiono w triumfalnym pochodzie w Rzymie.

W świątyni trwała jeszcze rzeź niedobitków. Stosy trupów urosły wokoło ołtarza całopalenia, który teraz wyglądał jak skała wystająca z krwawego jeziora.

Koniec epoki

Tak w płomieniach ognia i kłębach dymu konał Izrael Starego Przymierza. To, co się stało w sierpniu 70 roku, w mistycznym sensie zaczęło się w roku 33, gdy na wzgórzu Golgota konał Jezus Chrystus. Wtedy, w piątek o godzinie 15, na sąsiednim, świątynnym wzgórzu Moria rozdarła się zasłona Przybytku. Zaczęło się Nowe Przymierze – zbawienie dla wszystkich narodów. Świątynia traciła rację bytu.

Dlaczego jednak epoka ta skończyła się w tak okropnych okolicznościach? Odpowiedź zdaje się zawierać w zapowiedzi Jezusa w Ewangelii Łukasza: „Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia” (19,44-45).•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także