Nowy numer 48/2020 Archiwum

Wezwani do szukania

Próbując zrozumieć potrzebę instrukcji „Nawrócenie duszpasterskie wspólnoty parafialnej”, trzeba przyjrzeć się procesom, jakie można było zaobserwować w Kościele, także w Polsce, w ciągu ostatnich dziesięcioleci.

Na początek trzy obrazy z końca lat 80. Lubelskie Studium Formacji Pastoralno-Liturgicznej. Jeden z wykładowców, ks. Stanisław Szczepaniec, pokusił się o refleksję nad soborowym określeniem Eucharystii, rozumianej jako źródło i szczyt. Jeżeli ma być w ten sposób przeżywana, musi mieć podbudowę sprawiającą, że ów szczyt wzniesie się wysoko. Składają się nań: liturgia godzin, nabożeństwa ludowe, celebracje słowa Bożego, katechezy. Jeżeli tego wszystkiego zabraknie, szczyt będzie małym kopczykiem, a ograniczone do niedzielnej Eucharystii życie zacznie w parafii zamierać.

Ćwiczenia z teologii pastoralnej. Prowadzący je adiunkt podzielił księży na dwie grupy. Każda z nich miała za zadanie przygotować program duszpasterski. Pierwsza dla Kościoła w ustroju totalitarnym, druga w demokratycznym. O ile księża z pierwszej wykazali się inwencją, drudzy kluczyli bezradnie wokół tematu, nie potrafiąc jasno określić celów i środków.

Wreszcie prowadzone w tym samym czasie przez mojego kolegę badania religijności w jednym z dużych polskich miast. W ankiecie znalazło się pytanie: „Co ci daje chrzest?”. Przeszło 60 proc. respondentów odpowiedziało: „Nie wiem”. Kilkanaście procent dało odpowiedzi, których należałoby się wstydzić.

Akademickie rozważania, jak widać, nie były oderwane od życia. Więcej, już wtedy, przed 30 laty, wskazywały na możliwy kryzys parafii i duszpasterstwa. Jednak świadomość podskórnych procesów nie docierała do większości duszpasterzy. Mieliśmy ciągle pełne Kościoły, dzieci i młodzież na lekcjach religii, i mówiliśmy o pustych świątyniach na Zachodzie. Nasze parafie, oczywiście nie wszystkie, stawały się coraz bardziej – jak trafnie określa instrukcja – miejscem „zamurowanym”, środowiskiem usiłującym zachować status quo, ale nie dającym już życia i nie służącym jego rozwojowi. Gdy zjawiska te zaczęły się nasilać, pojawiła się w polskim Kościele nowa grupa wiernych. Takich, którzy omijając swoje parafialne świątynie, wędrowali tam, gdzie mieli pewność lepszej oferty duszpasterskiej. I wcale nie chodzi o jakieś udziwnienia. Raczej o poszukiwanie miejsca, gdzie wiara może dojrzewać, a wspólnota daje doświadczenie bycia Ludem Bożym. Procesy opuszczania „terytorium geograficznego” i podążania w kierunku „terytorium egzystencjalnego”, odchodzenia ze wspólnoty urodzenia do wspólnoty adopcyjnej, zostały przed co najmniej 10 laty uruchomione. Obserwując je, śmiało możemy wnioskować, że instrukcja nie proponuje nowych rzeczywistości. Wychodzi od tego, co już w Kościele, także polskim, jest.

Co dalej? Z odpowiedzią na to pytanie nie mają problemu te parafie, które już stały się „terytorium egzystencjalnym”. O wiele trudniej będzie tam, gdzie przez lata świadczono usługi religijne, bez troszczenia się o wzrost wiary i jej misyjny dynamizm. „Zawsze tak było” niekiedy bywa betonowym murem, ścianą po ludzku nie do przebicia, hamulcowym duszpasterskiego nawrócenia. Jednoznacznej odpowiedzi na postawione wyżej pytanie nie ma. Czasem wręcz można odnieść wrażenie, że nie ma żadnej. Pozostaje wsłuchiwanie się w to, co „Duch mówi do Kościoła”, i rozeznawanie znaków czasu. Jedno nie ulega wątpliwości, a potwierdza to doświadczenie wielu duszpasterzy – czekających nas zmian nie da się zadekretować ani przyspieszyć. „Odnowy parafii nie może dokonać jedynie proboszcz i nie może ona być narzucona z góry, wykluczając lud Boży” – podkreślono w watykańskim dokumencie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama