GN 43/2020 Archiwum

Cena zwycięstwa

Bitwa Warszawska przekreśliła bolszewickie plany podboju nie tylko Polski, ale i Europy. Polska zapłaciła za ten sukces wielką liczbą ofiar oraz stratami materialnymi, ale także utratą terytoriów na południu i północy.

Słusznie podkreślamy, że zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej ocaliło całą chrześcijańską cywilizację w Europie, której los byłby przesądzony, jak pokazała historia terenów podbitych przez bolszewików. Jednak takie myślenie wcale nie dominowało wówczas wśród europejskiej elity, która przyglądała się polskim zmaganiom z dystansu; chętnych do pomocy nie było wielu. Sojusznikiem w chwili dziejowej próby okazały się Węgry, przesyłając nad Wisłę transporty broni i amunicji, bez której trudno byłoby zatrzymać wojska Tuchaczewskiego i Budionnego. Wspierała nas także Francja, dostarczając broń oraz przysyłając do Warszawy misję wojskową składającą się z blisko 1000 oficerów, szkolących kadry nowo utworzonej Armii Polskiej. Wcześniej wyposażyła armię gen. Józefa Hallera, której znaczenie było nie do przecenienia.

Sympatykiem bolszewików były natomiast Niemcy, które nie obawiały się eksportu rewolucji, miały za to nadzieję, że upadek Polski rozwiąże po ich myśli konflikt o Górny Śląsk. Sukcesy nieprzyjaciela nie martwiły także władz czeskich i litewskich, liczących, podobnie jak Niemcy, na korzystne dla siebie rozwiązanie sporów terytorialnych z Polską. Czesi i Niemcy blokowali transporty broni i amunicji do Polski, a Litwini przepuścili wojska bolszewickie przez swoje terytorium. Toczyliśmy więc tę wojnę osamotnieni, płacąc poważnymi ustępstwami za minimalne nawet wsparcie ze strony Zachodu.

Złe dziedzictwo Wersalu

Traktat wersalski podpisany 28 czerwca 1919 r. był dla państwa polskiego fundamentalnym dokumentem, gdyż wytyczał nasze granice zachodnie, chociaż w sposób niepełny i dalece odbiegający od oczekiwań i zabiegów. Nie otrzymaliśmy całej Wielkopolski, a decyzja o powstaniu Wolnego Miasta Gdańska ograniczała nam dostęp do morza. Przede wszystkim jednak w Wersalu postanowiono, że o dalszych losach Górnego Śląska oraz Warmii, Mazur i Powiśla zadecyduje plebiscyt przeprowadzony pod międzynarodowym nadzorem. Plebiscyt miał także rozstrzygnąć o przyszłości Śląska Cieszyńskiego oraz Spisza i Orawy. Jednocześnie byliśmy w sporze z Litwą o Wilno i Wileńszczyznę, a z Ukraińcami o Galicję Wschodnią. Tak więc w trakcie wojny polsko-bolszewickiej kwestia nie tylko wschodnich granic była nadal otwarta. Jednocześnie w Wersalu zdecydowano, że nasze wschodnie granice będą „oznaczone później przez Główne Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone”. Naczelnik Piłsudski wyciągnął z tego jednoznaczne wnioski. „Wszystko to, co Polska w sensie granic otrzyma na zachodzie, będzie podarunkiem koalicji, bo tam nic własnym siłom nie zawdzięczamy. Natomiast zdobycze na wschodzie będziemy zawdzięczali wyłącznie sobie, naszym własnym siłom” – napisał w instrukcji dla Leona Wasilewskiego w lutym 1919 roku.

To myślenie zdeterminowało jego dalsze działania i przesądziło o podjęciu w kwietniu 1920 r. ryzykownej, ale być może jedynej słusznej decyzji, aby wspólnie z siłami ukraińskimi ruszyć na Kijów. Celem było rozbicie wojsk bolszewickich oraz stworzenie naszym sojusznikom warunków do budowy własnego państwa, oddzielającego Rzeczpospolitą od bolszewickiej Rosji. Kiedy jednak losy wojny po kilku tygodniach obróciły się na naszą niekorzyść, musieliśmy w lipcu 1920 r. prosić Zachód o pomoc wojskową i dyplomatyczną w zatrzymaniu bolszewickiej ofensywy. Miejscem rozmów był belgijski kurort Spa, gdzie obradowała Rada Najwyższa Sprzymierzonych i gdzie udał się premier Władysław Grabski, zabiegając o pomoc w wojnie z bolszewikami.

Rozdarty Cieszyn

Warunkowe wsparcie, jakie w Spa uzyskał premier Grabski, zostało okupione bolesnymi stratami. Pod naciskiem Wielkiej Brytanii i Francji polskie władze zgodziły się, aby o podziale Śląska Cieszyńskiego zdecydował nie plebiscyt, ale decyzja mocarstw zachodnich. Już 28 lipca 1920 r. Rada Ambasadorów dokonała tego podziału. Polska otrzymała ok. 1002 km² – 44 proc. spornego terenu, a Czechosłowacja ok. 1280 km². Czesi jednak otrzymali wszystkie kopalnie Zagłębia Karwińskiego, hutę w Trzyńcu oraz węzeł kolejowy w Boguminie. Podzielony został także Cieszyn. Na terenach Zaolzia pozostało ok. 140 tys. osób o wyraźnie wykrystalizowanej polskiej świadomości narodowej. Podobnie krzywdzące nas decyzje zapadły w Spa w odniesieniu do Spisza i Orawy. Polska otrzymała 27 miejscowości, zamieszkanych przez 30 tys. mieszkańców, a strona czechosłowacka 44 miejscowości z 40-tysięczną ludnością, w większości polską.

Przegrany plebiscyt

Jeszcze gorsze były skutki porażek na froncie wojny polsko-bolszewickiej dla kształtu północnej granicy. 11 lipca 1920 r., kiedy wojska polskie znajdowały się w stałym odwrocie, odbył się plebiscyt na Warmii, Mazurach oraz na Powiślu, gdzie ponad 70 proc. ludności posługiwało się językiem polskim. Obejmował trzy powiaty na Warmii, osiem na Mazurach i cztery na Powiślu. Rezultat był dla strony polskiej tragiczny. Blisko 98 proc. mieszkańców opowiedziało się za pozostaniem w granicach niemieckiej Rzeszy. Składało się na to wiele przyczyn, wśród których skutki wielowiekowej polityki germanizacyjnej były najważniejsze. Swoją rolę odegrały także niemiecki terror w okresie poprzedzającym plebiscyt oraz udział 34 tys. Niemców tutaj urodzonych, przywiezionych do głosowania z innych regionów.

Wiele świadectw potwierdza jednak i to, że uczestniczący w plebiscycie obawiali się głosować za przynależnością do państwa, które w ciągu kilku tygodni mogło przestać istnieć. Niemiecka propaganda stale ich straszyła, że Polska lada moment upadnie pod naporem bolszewickiej nawałnicy. W efekcie Polsce przyznano jedynie 8 gmin (5 na Powiślu i 3 na Mazurach).

Gorsza konwencja gdańska

Wojna polsko-bolszewicka pogorszyła nasze pozycje także na obszarze Wolnego Miasta Gdańska. Artykuł 104. Traktatu Wersalskiego przewidywał, że teren ten będzie włączony do polskiego obszaru celnego, a specjalna konwencja miała zapewnić Polsce swobodne, bez żadnych ograniczeń korzystanie z portu oraz wszelkich urządzeń komunikacyjnych. Jednak w Spa zdecydowano, że strona gdańska będzie mogła jeszcze negocjować lepsze dla siebie warunki konwencji. Brytyjski premier Lloyd George chciał nawet, aby zarząd i własność portu oraz dróg i urządzeń z nim związanych nie należały do Polski. Ostatecznie konwencja została podpisana dopiero w listopadzie 1920 r. Władze Wolnego Miasta Gdańska wykorzystywały później nieprecyzyjne zapisy, blokując m.in. osiedlanie się obywateli polskich na jego terenie. Takich przeszkód nie czyniono natomiast Niemcom pragnącym tam zamieszkać. Nie przestrzegano także zapisów gospodarczych konwencji, komplikując proces zakładania polskich przedsiębiorstw i spółek handlowych, jak również przywóz towarów polskich i zatrudnianie obywateli polskich.

Niewiele brakowało, aby w Spa podobne decyzje jak te dotyczące Śląska Cieszyńskiego podjęto także wobec Górnego Śląska. Zdecydowane stanowisko Francji zablokowało zamiar dyplomacji brytyjskiej, aby to sojusznicy podjęli decyzję w sprawie podziału tego terytorium. Przesądziło zachowanie polskiej ludności na Górnym Śląsku, która w odpowiedzi na niemieckie prowokacje wywołane fałszywymi informacjami o tym, że Warszawa już padła, na rozkaz Wojciecha Korfantego rozpoczęła walkę zbrojną. Powstanie zakończyło się polskim sukcesem i nikt już nie myślał o odwołaniu plebiscytu na Górnym Śląsku.

Trudny bilans

Zwycięstwo w wojnie polsko-bolszewickiej odniesione zostało za cenę ok. 60 tys. poległych oraz niezliczonych wręcz strat materialnych, zwłaszcza w centralnej i wschodniej Polsce. Skutkowało to później hiperinflacją i zahamowało rozwój gospodarczy kraju na długie lata. Ocalono jednak suwerenność, a kończący wojnę traktat ryski w 1921 r. przyniósł stabilizację także na wschodnich granicach. W jego wyniku udało się zachować część polskiego dziedzictwa na Wschodzie, ale jednocześnie powstał problem ułożenia stosunków z mniejszościami narodowymi, zwłaszcza ukraińską i białoruską. Do końca okresu międzywojennego nie został on rozwiązany. Poza ryską granicą na sowieckiej Ukrainie i Białorusi pozostało blisko półtora miliona Polaków, najczęściej pochodzenia plebejskiego bądź wywodzących się z drobnej szlachty. Ich tragedia dopełniła się w 1937 r., kiedy w ramach tzw. polskiej operacji NKWD wymordowało ponad 110 tys. naszych rodaków, a dziesiątki tysięcy przesiedlono na Syberię i do Kazachstanu. Poza granicami zachodnimi, północnymi i południowymi pozostały liczne skupiska polskiej ludności na Śląsku Opolskim, na Warmii, Mazurach oraz na Zaolziu, szykanowane i poddawane polityce wynaradawiania. Ocalała jednak II Rzeczpospolita, bez której kontynuacja narodowych dziejów byłaby niemożliwa. Jej istnienie było najważniejszym owocem zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się