Nowy numer 44/2020 Archiwum

Kiedy Pan Bóg kule nosi

Skąd pewność, że takie rzeczy jak Cud nad Wisłą to cud? Cóż, pewność tu na nic, chodzi o wiarę.

Jan Paweł II bardzo chciał być w Radzyminie, na miejscu pochówku bohaterów Bitwy Warszawskiej. Jego pragnienie spełniło się 13 czerwca 1999 roku. To było wielkie przeżycie dla wszystkich tam obecnych. Gdy papież witał się z nielicznymi żyjącymi jeszcze weteranami tamtej bitwy, na ich twarzach widać było ogromne wzruszenie. Niejeden z nich ukradkiem ocierał łzy.

Ojciec Święty też był poruszony. Długo klęczał przed mogiłą poległych. Gdy wstał z klęcznika, z tłumu rozległy się okrzyki: „Prosimy o słowo!”. Choć nie było to w planie, Jan Paweł II zwrócił się do zebranych. „Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem. Tutaj, na tym cmentarzu, spoczywają ich doczesne szczątki. Przybywam tu z wielką wdzięcznością, jak gdyby spłacając dług za to, co od nich otrzymałem” – powiedział.

Gdy papież bezpośrednio z cmentarza w Radzyminie przyleciał do Warszawy, przed katedrą na Pradze stwierdził: „Przed chwilą nawiedziłem Radzymin – miejsce szczególnie ważne w naszej narodowej historii. Ciągle żywa jest w naszych sercach pamięć o Bitwie Warszawskiej, jaka miała miejsce w tej okolicy w miesiącu sierpniu 1920 roku. Mogę spotkać jeszcze dzisiaj niektórych bohaterów tej historycznej bitwy o naszą i waszą wolność. Naszą i Europy. Było to wielkie zwycięstwo wojsk polskich, tak wielkie, że nie dało się go wytłumaczyć w sposób czysto naturalny i dlatego zostało nazwane Cudem nad Wisłą.

Czynnik ludzki

Przez pół wieku panowania w Polsce komunizmu sformułowanie „Cud nad Wisłą” nie funkcjonowało w obiegu publicznym. Zmowa milczenia otaczała nie tylko nadzwyczajność tego sukcesu, ale i sam fakt odparcia bolszewików. To zrozumiałe – radzieccy mocodawcy władz PRL woleli, żeby Polacy jak najszybciej zapomnieli o zdarzeniu, które powstrzymało pochód komunizmu na całą Europę. To była przecież ich klęska. Zaś motyw nadprzyrodzony w obliczu planowej ateizacji społeczeństwa w ogóle, rzecz jasna, nie wchodził w grę.

Po upadku komunizmu temat powrócił – a z nim spory, czy to był cud, czy też nie. Przeciwnicy tezy o nadprzyrodzonej ingerencji w przebieg bitwy wskazują często na geniusz dowódczy Piłsudskiego, na znaczenie zdobycia radiostacji, na sukcesy polskich kryptologów lub po prostu na szczęśliwy splot okoliczności.

Ten rodzaj myślenia zakłada hermetyczną odrębność rzeczy naturalnych i ponadnaturalnych, tak jakby w ingerencjach Boga w ludzką historię czynnik ludzki nie grał żadnej roli. Tak jakby „sploty okoliczności” nie mogły być po prostu elementem realizacji cudu. Tymczasem jest przeciwnie: obecność Boga w świecie zawsze jest spleciona z decyzjami i działaniem człowieka. Bóg w historii zbawienia współdziała z człowiekiem i bardzo wiele zależy od ludzkiej odpowiedzi na Jego łaskę. Widać to wyraźnie zarówno w Biblii, jak i w dziejach chrześcijaństwa. Element ludzki we wszelkich przedsięwzięciach był ważny, ale przesądzająca była zawsze Boża przychylność. Pomyślność narodu wybranego wynikała z reakcji jego członków na wolę Bożą, a szczególnie zależała od wierności władców. Wraz z królem Saulem na wzgórzach Gilboa poległ kwiat wojowników Izraela, a była to konsekwencja nieposłuszeństwa, jakie pomazaniec okazał Bogu. Z kolei błogosławieństwo spłynęło na naród za sprawą następcy Saula – Dawida. Zwyciężał on w bitwach, do czego przyczyniały się jego zdolności dowódcze, ale zawsze decydująca była łaska Boga. Podobnie było z jego sukcesami w rozwoju państwowości. Natomiast nic nie mogło zabezpieczyć losu narodu, jeśli ten zerwał jedność z Bogiem. Ani liczebność wojska, ani zasoby gospodarcze, ani potęga murów, ani nawet obecność świątyni nie były w stanie zapobiec katastrofie, gdy Bóg taką dopuścił. Nieraz jednak wisząca w powietrzu klęska obracała się w sukces, gdy naród uznawał swoje grzechy i w skrusze podejmował za nie pokutę.

Dostaliśmy czas

O nadprzyrodzonym charakterze polskiego zwycięstwa pod Warszawą był przekonany także Achilles Ratti, który, pełniąc funkcję nuncjusza, jako jedyny z zagranicznych dyplomatów w chwilach krytycznych pozostał w Warszawie. Gdy został papieżem, kazał wymalować na ścianach kaplicy domowej w rezydencji Castel Gandolfo dwa freski dotyczące kluczowych dla dziejów Polski wydarzeń. Jeden przedstawia obronę Jasnej Góry, a drugi – Cud nad Wisłą.

Pius XI wiedział, jakie byłyby konsekwencje zwycięstwa bolszewików. Decydowały się wtedy nie tylko polityczne losy Polski i innych państw Europy, ale przede wszystkim losy duchowe milionów ludzi. Odezwa Tuchaczewskiego do Czerwonoarmistów zapowiadała trudną do wyobrażenia katastrofę. „Na Zachodzie rozstrzygają się losy światowej rewolucji. Ponad trupem białej Polski wiedzie droga do ogólnoświatowej pożogi” – nie pozostawiał złudzeń bolszewicki dowódca. Sam nie wiedział, jak dalece prawdziwe mogły to być słowa. Ich rzeczywiste znaczenie stawało się jaśniejsze w kontekście objawień maryjnych w Fatimie. Zaledwie trzy lata wcześniej troje dzieci usłyszało tam adresowane do wszystkich wezwanie do nawrócenia i pokuty za grzechy. Wtedy z ust Maryi padły znamienne słowa: „Jeżeli moje prośby zostaną wysłuchane, Rosja nawróci się i nastanie pokój. Jeżeli nie, [kraj ten] rozpowszechni swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego”.

Rozpowszechnienie po świecie sowieckich błędów w 1920 roku oznaczałoby coś więcej niż tylko polityczną i społeczną dominację kolejnego imperium nad wielkimi obszarami globu. Mrok komunizmu spowiłby ziemię już wtedy. Nastąpiłby wysyp prześladowań na skalę, jakiej nie znały wieki przeszłe. System „kłamstwa i żelaza” pozwoliłby wypełznąć z ludzkich dusz najczarniejszym instynktom, niszcząc to, co w społeczeństwach najbardziej wartościowe. To się zresztą stało w wyniku II wojny światowej – ale chyba nie w taki sposób i nie w takim wymiarze, na jaki zanosiło się w roku 1920. Sto lat temu jeszcze dostaliśmy czas. Bitwa Warszawska na dwie dekady zatrzymała walec nieludzkiej ideologii. Wolny świat zdążył w tym czasie rozpoznać, jaka rzeczywistość kryje się za hasłami sprawiedliwości ludowej.

Jak Lepanto

Czy można założyć, że Bóg, który ma kontrolę nad każdym włosem spadającym z ludzkiej głowy, nie dba o to, co dzieje się z ludźmi, gdy chodzi o ich życie doczesne i wieczne? Dlaczego, działając w życiu jednostek, miałby nie ingerować w życie narodów?

Kościół od dawna żywi przekonanie, że pewne wydarzenia w jego historii nosiły wyraźny ślad Bożej interwencji. Tak było m.in. ze zwycięstwem wojsk chrześcijańskich nad tureckimi w bitwie morskiej pod Lepanto 7 października 1571 r. To starcie militarne, które oddaliło od serca Europy islamskie zagrożenie, zostało poprzedzone żarliwą modlitwą milionów chrześcijan. Był to w dużej mierze wynik zaangażowania św. Piusa V, który dla oddalenia niebezpieczeństwa szczególnie zalecał modlitwę różańcową. Tuż po bitwie miał się dowiedzieć o jej wyniku za sprawą nadprzyrodzonej wizji (goniec z wiadomością dotarł do Rzymu dopiero po dwóch tygodniach).

Grunt pod cud

Bóg zazwyczaj działa dyskretnie, ludzkiej wierze pozostawiając uznanie pewnych zdarzeń za cud. Czy w przypadku Bitwy Warszawskiej jednym z takich znaków nie była data, w której nastąpił przełom? Uroczystość Wniebowzięcia Maryi Panny to dla wierzących czytelna wskazówka, gdzie należy szukać właściwego źródła „zbiegów okoliczności”, które złożyły się na ocalenie Polski.

Jasne to było dla św. Jana Pawła II. „Myśl nasza kieruje się dzisiaj ku tym wszystkim, którzy pod Radzyminem i w wielu innych miejscach tej historycznej bitwy oddali swoje życie, broniąc ojczyzny i jej zagrożonej wolności. Myślimy o żołnierzach, oficerach. Myślimy o Wodzu, o wszystkich, którym zawdzięczamy to zwycięstwo po ludzku” – mówił papież przed katedrą warszawsko-praską. Jak widać, zwycięstwo „po ludzku” w niczym nie przeszkadzało zwycięstwu „po Bożemu”. Zwłaszcza że w tle tej bitwy trwała potężna modlitwa, która zjednoczyła praktycznie wszystkie zwaśnione środowiska niedawno odrodzonej Polski. Była to, co podkreślił papież, „modlitwa narodowa”, a jej zwieńczeniem okazało się dokonane przez episkopat poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusa narodu i oddanie go na Jasnej Górze w opiekę Maryi Królowej Polski.

Modlitwa narodowa… Zjednoczenie zwaśnionych stron w pełnym skruchy błaganiu Boga, powszechne uznanie swoich grzechów, zerwanie z pychą, rezygnacja z chorych ambicji. Czy nie to jest najistotniejsze? I czy nie takie otrzeźwienie jest w oczach Bożych najwłaściwszym gruntem pod cud?•

Najważniejsza z ważnych

Bitwa Warszawska, której setną rocznicę obchodzimy 15 sierpnia, tak naprawdę nie toczyła się w Warszawie i nie była bitwą w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Była wielką operacją wojenną toczoną na rozległym terytorium o długości około 450 kilometrów na wschód i północ od Warszawy. Również dzień 15 sierpnia ma znaczenie symboliczne, bo bitwa zaczęła się 13, a skończyła 25 sierpnia. W pierwszej połowie 1920 roku sytuacja na froncie wojny polsko-radzieckiej napawała optymizmem. W maju polskie wojska opanowały Kijów. Nikt nie podejrzewał, że wkrótce byt państwa polskiego może zostać zagrożony. W czerwcu ruszyła jednak potężna ofensywa bolszewicka. Na początku sierpnia Armia Czerwona dotarła aż na przedpola Warszawy. Za wojskiem do Polski przybyła grupa polityków radzieckich polskiego pochodzenia, z Feliksem Dzierżyńskim na czele. Utworzyli oni swą tymczasową siedzibę w Białymstoku i 30 lipca ogłosili „Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi”, w którym proklamowali przejęcie władzy w Polsce i zapowiedzieli utworzenie Polskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Już 3 lipca, w obliczu szybkich postępów bolszewików na froncie, utworzono w Warszawie Radę Obrony Państwa. Na jej apel do wojska zaczęli się zgłaszać ochotnicy. Łącznie było ich około 80 tysięcy. Naczelne dowództwo polskiej armii przygotowało plan kontruderzenia. Opracował go szef Sztabu Generalnego gen. Tadeusz Rozwadowski, a wykonał Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych Józef Piłsudski. Gen. Rozwadowski był wytrawnym strategiem. Podczas I wojny światowej, służąc w armii Austro-Węgier, był jednym z architektów zwycięstwa w bitwie pod Gorlicami w 1915 r. Polscy dowódcy wykorzystali fakt, że siły sowieckie były podzielone. Ich południowa część, tzw. Front Południowo-Zachodni, dowodzony przez Aleksandra Jegorowa (komisarzem politycznym przy nim był Józef Stalin), zbliżyła się zaledwie do Lwowa, którego nie udało się zdobyć. Północna część – Front Zachodni pod dowództwem Michaiła Tuchaczewskiego – dotarła znacznie dalej, nie tylko na przedpola Warszawy, ale nawet do Wisły na północny zachód od stolicy. Dowódca sowiecki zamierzał przekroczyć Wisłę na wysokości Płocka, Włocławka, Brodnicy lub Nieszawy i okrążyć polskie oddziały broniące Warszawy. Rozwadowski i Piłsudski uznali, że najlepszym wyjściem będzie zmasowane uderzenie od południa, od rzeki Wieprz, które przepołowi radzieckie siły Frontu Zachodniego na dwie części. Na początku bitwy większość polskich oddziałów broniła Warszawy, a trzy dywizje piechoty i jedna brygada kawalerii potajemnie zostały przesunięte za rzekę Wieprz. 16 sierpnia ruszyło natarcie, które kompletnie zaskoczyło bolszewików. Ich główne siły zostały odrzucone na wschód za rzekę Bug, a odcięte od nich oddziały, pozostające na północy i zachodzie, rozpoczęły ucieczkę w kierunku Prus Wschodnich. Poległo około 25 tys. żołnierzy nieprzyjaciela, a 65 tys. zostało wziętych do niewoli przez wojsko polskie lub internowanych w Prusach Wschodnich przez Niemców. Nieznana jest liczba rannych. Straty polskie to 4,5 tys. poległych, 10 tys. zaginionych i 22 tys. rannych.

Leszek Śliwa

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama