Nowy numer 48/2020 Archiwum

Warto rozmawiać

Jak zareagowałby Ignacy Loyola, widząc nasze okołowyborcze pyskówki, w których żadna z walczących na śmierć i życie stron nie dopuszcza drugiej do głosu?

Coraz rzadziej śledzę internetowe dyskusje, ale ilekroć na nie zerkam, zdumiewa mnie to, jak wiele osób drażni słowo „dialog”. Kojarzy się ono coraz częściej z rezygnacją z własnych poglądów czy przekonań. Od jakiegoś czasu zachwyca mnie proponowana przez założyciela jezuitów zasada „ocalenia mowy”.

Loyola nie był mięczakiem nucącym pod nosem postmodernistyczną mantrę: „Co to jest prawda?”. To był wojak z krwi i kości, hulaka kochający pojedynki i hazard, który uziemiony w czterech ścianach z rozoraną w boju nogą sięgnął po „Żywoty świętych” jedynie dla zabicia czasu. Doskonale znał smak potyczek i zmagań (również tych werbalnych). Jeśli pisał o „ocaleniu mowy drugiego”, nie chodziło mu o rezygnację ze swych przekonań.

Każdy dobry człowiek

Zasada zwana po łacinie praesupponendum to reguła porozumienia i dialogu, którą Loyola zamieścił w 22. numerze książeczki „Ćwiczeń duchownych”. Jakże aktualnie brzmi jej treść: „Abyśmy bardziej pomagali sobie wzajemnie i postępowali w dobrem, trzeba z góry założyć, że każdy dobry człowiek winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego niż do jej potępienia. A jeśli nie może jej ocalić, niech spyta go, jak on ją rozumie; a jeśli on rozumie ją źle, niech go poprawi z miłością; a jeśli to nie wystarcza, niech szuka wszelkich środków stosownych do tego, aby on, dobrze ją rozumiejąc, mógł się ocalić”. Zasada ta nie polega na rezygnacji z własnych przekonań. „Wielu boi się, że wchodząc w dialog ekumeniczny, będzie musiało ukryć swą katolicką tożsamość, zapomnieć o kulcie świętych, czyśćcu, Różańcu. Nic bardziej mylnego! – opowiadał mi o. Adam Strojny, członek wspólnoty Chemin Neuf. – To często powtarzane kłamstwo! Nie mogę udawać kogoś, kim nie jestem. To zawsze podkopuje relacje. Jedność możemy budować jedynie na prawdzie”.

Niesłychanie ważne jest początkowe sformułowanie założyciela jezuitów: „Każdy dobry człowiek”. Ignacy z góry przyjął, że jego rozmówca jest dobry, szczery, daleki od manipulacji i ma dobre intencje. Słowa „dobry człowiek” są podkreśleniem jego godności dziecka Bożego, a sformułowanie: „Jeśli rozumie ją źle” zaznaczeniem, że jako istoty omylne mamy prawo błądzić.

Szóstka czy dziewiątka?

– Musimy zaakceptować fakt, że Kościół jest i zawsze był różnorodny – wyjaśnia jezuita o. Roman Groszewski. – Osoby Trójcy Świętej różnią się między sobą, a przecież żyją w jedności. Duch Święty kocha różnorodność. Jest w nas sporo lęku przed „innym”, a różnorodność jest wpisana w naturę rzeczywistości; próba podporządkowania wszystkiego jednemu modelowi musi skończyć się porażką. Różnorodność uczy nas współpracy i tego, że potrzebujemy siebie nawzajem. Święty Ignacy doskonale rozumiał kruchą kondycję człowieka i dlatego proponował: „Staraj się ocalić zdanie bliźniego”, czyli innymi słowy podpowiadał: „Starajcie się wpierw wysłuchać”…

Założenie drugie? Często patrzymy na tę samą rzeczywistość z diametralnie różnych punktów widzenia. Doskonale pamiętam rozmowę z o. Jackiem Salijem. „Jasne, są w Kościele zasady trwałe, nienaruszalne, ale zazwyczaj nie dyskutujemy o dogmatach” – opowiadał dominikanin. „Przypomnijmy sobie wielką kłótnię o Państwo Kościelne, która zakończyła się 90 lat temu. Dziś widzimy, że w gruncie rzeczy była to kłótnia błogosławiona. Bo przeciwnicy Państwa Kościelnego szczęśliwie doprowadzili do jego upadku, a dzięki jego obrońcom Stolica Apostolska zachowała międzynarodową suwerenność. Słowem: dopracowano się sytuacji, która zbliżona jest do ideału. To, o czym mówię, dotyczy tylko sporów, w które ludzie wchodzą w dobrej woli. Otóż przy tego rodzaju konfliktach często bywa tak, że strony ostro się spierają, wyklinają, popełniają nawet elementarne błędy, a tak naprawdę są takimi dwoma konikami ciągnącymi wóz we wspólnym zaprzęgu. Koniki z reguły wzajemnie na siebie prychają, ale przecież wóz ciągną. I wóz idzie do przodu”.

Buduj mosty!

Ignacjańska zasada „ocalania mowy” to absolutna podstawa procesu pojednania. Ksiądz Wojciech Węgrzyniak wymienia na jednym oddechu kilka zasad niezbędnych do realizacji tego procesu: „Pojednanie nie jest możliwe, dopóki trwa pogarda czy nienawiść wobec innych; jeśli któraś ze stron uważa pewne wartości za ważniejsze od wartości pojednania. Pojednanie musi kosztować wszystkie strony; nie oznacza ono jednomyślności, ale wewnętrzną zgodę na to, by to, co nas dzieli, nie było źródłem bólu. Nie oznacza też konieczności podążania tą samą drogą, ale otwartość na spotkanie i rozmowę na skrzyżowaniu dróg z tymi, którzy nie idą w tym samym kierunku”. Krakowski biblista dodaje: „Świętą Trójcą pojednania jest rozmowa, prawda i wybaczenie”.

– XVI-wieczny tekst reguły „ocalenia zdania drugiego” zauroczył mnie nie tylko swą prostotą, ale także aktualnością – opowiada o. Robert Więcek, jezuita. – Myślę, że ta zasada musi należeć do podstawowych w naszym sposobie mówienia, dyskutowania, dialogowania. W pierwszym rzędzie nie możemy nigdy zapomnieć, że w relacji-spotkaniu są dwie strony (dwie lub więcej osób), które mają tę samą godność i to samo prawo do wypowiedzenia tego, co myślą. Czy naprawdę „z góry zakładamy” owo ocalenie wypowiedzi drugiego? Ignacy przewidział możliwość, w której wypowiedź drugiego nie może być uratowana. W takim przypadku zaprasza, aby pytać, jak osoba rozumie swoją wypowiedź, tzn. abyśmy uwalniali się od naszych schematów, naszych sposobów myślenia, sądzenia, oceniania. „Jeśli on rozumie ją źle…” – innymi słowy, możemy zauważyć brak zrozumienia u mówiącego – „niech go poprawi z miłością”. Nie chodzi wcale o głupie i nieprzemyślane przytakiwanie wszystkiemu, co drugi człowiek do mnie mówi.

Po co stosować tę regułę? By sobie nawzajem pomagać: dobrze mówić, dobrze rozumieć, umiejętnie przekazywać własne myśli, bez narzucania swego, z pokorą (ale i jasno, bez lęku) wykazywać błędy, oczekując, że drugi też mi je pokaże (to dla naszego wspólnego wzrostu). Jedni dla drugich jesteśmy pomocą i ta rzecz dotyczy każdego z osobna i całej wspólnoty.

Świadectwo dojrzałości

Jak mocno w tym kontekście brzmią słowa nieodżałowanego ks. Krzysztofa Grzywocza, który w książce „Od niezdrowej religijności do dojrzałej wiary” przypominał: „Dojrzały lider, ksiądz, teolog, katecheta wspierają wolność i samodzielność, a nie boją się jej, nie zawężają. Fanatyk natomiast zawęża wolność do zasad. Stosuje kategorię »musisz« – bez wyjaśnień dlaczego. Podporządkowuje innych swoim poglądom i boi się innych poglądów. Nie słucha. Na początku bywa to trudne do zauważenia. Ludzie zaburzeni, szczególnie ci o zaburzeniu fanatycznym, są niezwykle sprawnymi manipulantami. To taka inteligencja, która jest kompensacją zaburzenia osobowości. (…) On ma świetne argumenty i szybko po nie sięga, sprawnie zbija twierdzenia innych osób, manipulując cytatami Pisma Świętego, teologią, wypowiedziami papieży. Osoby fanatyczne nie są wolne, są uwikłane w swój infantylizm i lęk. Stąd sztywność w moralności i w nauczaniu. Jak było, tak ma być – to jest jego wewnętrzny świat. Jak jest sztywno, to jest bezpiecznie. Człowiek dojrzały natomiast, oprócz sfery dogmatycznej, ma w sobie sferę eksperymentu, poszukiwania nowych rozwiązań. To, że tak było kiedyś, nie znaczy, że tak ma być dzisiaj. Świat się zmienia. Duch Święty jest Duchem żywym”.

Bądź jak Jezus

– Praesupponendum – to trudne do przeczytania i wypowiedzenia łacińskie słowo, jest jednym z najpiękniejszych sposobów stawania się podobnym do Jezusa – uważa jezuita Bartłomiej Brzóska. – W tej zasadzie chodzi o to, by postarać się wczuć w sytuację i sposób myślenia drugiego człowieka po to, by go niesprawiedliwie nie osądzić za jego wypowiedź lub sposób zachowania. Bo być może ta osoba jest dobra i ma dobre intencje, tylko w zły lub źle zrozumiany sposób je realizuje. Albo ja w zły sposób odczytuję przekaz drugiego. Ignacy podpowiada nam, żebyśmy byli podobni do Jezusa – pełni miłości i życzliwości dla innych. Fundamentem Ewangelii oraz „Ćwiczeń duchownych” jest pragnienie Jezusa, by ocalić wszystkich ludzi i doprowadzić do zbawienia nawet największych grzeszników. Wynika to stąd, że każdy człowiek nosi w sobie Boga i jest przez Niego kochany. Nie ma takiej osoby na świecie, która byłaby z tego wykluczona. Kolejnym krokiem praesupponendum jest życzliwe zwrócenie komuś uwagi. Nawrócenie bliźniego możliwe jest czasem tylko dzięki pokazaniu mu własnego życia jako świadectwa podążania za Jezusem. Trzeba jednak wówczas rzeczywiście chcieć dobra tej osoby. Gdy będziesz kochać, zobaczysz w swoim życiu cuda. Jeżeli nie zależy ci na kimś, komu chcesz zwrócić uwagę, lepiej w ogóle tego nie rób – twierdzi.

Czytam o zasadzie „ocalenia zdania bliźniego” tuż po burzliwym czasie kampanii wyborczej i lekturze wielu warczących internetowych tekstów, których autorzy mieli jasny cel: zdeklasowanie, ośmieszenie i zdyskredytowanie przeciwnika, i zastanawiam się, jak wyglądałaby nasza codzienność, gdybyśmy stosowali tę regułę w publicznych dyskusjach czy rozmowach przy domowym stole…•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także