Nowy numer 2/2021 Archiwum

Maestro z misją

Przygotował własny nekrolog, w którym napisał: „Ja, Ennio Morricone, umarłem”. Jest pewne, że jego muzyka nie umrze.

W Rzymie 6 lipca w wieku 91 lat zmarł kompozytor, dyrygent. Niezwykłym talentem przypominał bohatera filmu Giuseppe Tornatore „1900: Człowiek legenda”, do którego skomponował muzykę. Tyle że po nim, inaczej niż po tamtym, płacze cały świat. Był rozpoznawalny, podziwiany i kochany, a jego muzykę z filmów „Misja” czy „Dawno temu na Dzikim Zachodzie” potrafi zanucić wielu, choć na chwilę przenosząc się do tego kawałka muzycznego nieba.

Maestro, jak zwracali się do niego Włosi, kilka dni wcześniej trafił do kliniki z powodu złamania kości udowej. Jego przyjaciel, prawnik Giorgio Assuma poinformował, że do ostatniej chwili zachował „pełną świadomość i wielką godność”. W niezwykłym nekrologu Morricone wyliczył wielu, do których kieruje ostatnie pożegnanie. Także „dalszych przyjaciół”, których „pozdrowił z wielkim sentymentem”. Uznajmy, że te słowa podarował i nam, zakochanym w jego muzyce. Skomponował ścieżki dźwiękowe do ponad 500 filmów i choć podobnie jak Wojciech Kilar tęsknił za tworzeniem muzyki czystej, został mistrzem kompozycji filmowej. Wiele jego utworów to przeniknięte metafizyką arcydzieła. – Nie myślę o mojej wierze, kiedy piszę jakiś kawałek. Ale moja wiara z pewnością wpływa na to, co komponuję – powiedział.

– Był przekonany, że wielka muzyka to język transcendencji – mówił kard. Gianfranco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury, który uczestniczył we wręczeniu kompozytorowi złotego medalu pontyfikatu przyznanego przez papieża Franciszka. – Przejawia się w niej tajemnica, również wtedy, gdy jest to muzyka świecka.

Morricone uważał, że piękno muzyki odnosi do wieczności i nieskończoności. Nieprzypadkowo w Kielcach został uhonorowany medalem „Przez sztukę do Boga”.

Utalentowany

Urodził się 10 listopada 1928 r. w Rzymie. Jego ojciec Mario był kompozytorem i jednym z najbardziej szanowanych włoskich trębaczy. To on nauczył go czytać nuty i grać na kilku instrumentach. Ennio zaczął komponować już w wieku 6 lat. Czas wojny naznaczył jego dzieciństwo. – Kiedy duce Mussolini ogłosił wojnę, moja matka, która słuchała go przez radio, wybuchła płaczem, a ja wraz z nią – wspominał. – Mimo że nie byliśmy biedni, gdy nastał głód, jedliśmy okruchy lepkiego, ciężkiego chleba.

W szkole podstawowej św. Jana w Rzymie uczył się razem z przyszłym reżyserem Sergio Leone. Filmowiec w dorosłym życiu nie pamiętał go jednak. – Gdy ponownie spotkaliśmy się w 1963 r., przypomniałem mu o tym. Natychmiast narodziła się między nami przyjaźń.

Morricone napisał muzykę do najważniejszych filmów Leone: „Za garść dolarów”, „Za garść dolarów więcej”, „Dobry, zły i brzydki”, „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, „Dawno temu w Ameryce”. Jego kompozycje potrafią nawet westerny zamienić w ponadczasowe wielowymiarowe przypowieści o życiu. Jako 12-latek wstąpił do Narodowego Konserwatorium im. św. Cecylii, gdzie pobierał lekcje gry na trąbce u Umberto Semproniego. W trakcie rozpoczętego w 1940 r. kursu harmonii jeden z nauczycieli zasugerował mu, by zaczął studiować kompozycję. Posłuchał go. Okazało się, że to był dobry wybór ustawiający mu życie. Zanim ukończył konserwatorium w klasie trąbki, orkiestracji i kompozycji, miał już na swoim koncie kilka ścieżek dźwiękowych do słuchowisk radiowych. W 1952 r. otrzymał dyplom w klasie instrumentacji, a w 1954 – kompozycji. Zajął się komponowaniem, ale pozostał też wierny trąbce. W 1956 r. rozpoczął pracę jako trębacz w zespole jazzowym, a także jako aranżer popowych piosenek dla radia. Od 1964 r. należał do awangardowego zespołu grupy kompozytorów „Gruppo di Improvvisazione Nuova Consonanza”, w którym grał na trąbce.

Nagrodzony

Całe życie poświęcił komponowaniu muzyki filmowej. Wśród reżyserów, z którymi pracował, była czołówka kina: Franco Zeffirelli, Pier Paolo Pasolini, Bernardo Bertolucci, Pedro Almodóvar, Brian De Palma, Giuseppe Tornatore, Federico Fellini, Alfred Hitchcock. Napisał muzykę do dwóch telewizyjnych filmów o Janie Pawle II w reżyserii Battiato z Piotrem Adamczykiem w roli głównej. Ma też na swoim koncie wiele przebojowych piosenek, skomponowanych m.in. dla Paula Anki, Mireille Mathieu, Stinga czy zespołu Pet Shop Boys. Jego kompozycje wykonują Dion, Streisand, Bocelli, Springsteen, a zespół Metallica jego utworem rozpoczyna każdy koncert. Lista nagród, które otrzymał, brzmi jak litania: trzy nagrody Grammy, trzy Złote Globy, sześć nagród BAFTA, dwie Europejskie Nagrody Filmowe, dziesięć statuetek Davida di Donatello, (włoski odpowiednik Oscara). Sześć razy do Oscara był nominowany, aż w 2007 r. otrzymał honorową nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej. W 2016 r. zdobył wreszcie statuetkę za muzykę do „Nienawistnej ósemki” Tarantino. Uroczystości wręczenia Oscara towarzyszyła edycja monumentalnego albumu „We All Love Ennio Morricone”. Znalazły się na nim jego utwory w wykonaniu takich artystów jak Springsteen, Waters, Pink Floyd, Hancock.

Stworzył też ponad sto kompozycji, które można zaliczyć do najbardziej przez niego cenionej muzyki czystej. Są wśród nich kantata na cześć Jana Pawła II, Msza Papieża Franciszka, kantata w hołdzie ofiarom ataku na World Trade Center „Voi- ces from the Silence” czy kantata na tysiąclecie wioski Sarsina „Dusza pełna pustki”. Morricone cenił papieża Benedykta XVI i właśnie do niego zwrócił się z prośbą o przywrócenie należnego miejsca w Kościele chorałowi gregoriańskiemu, którym się zachwycał. Denerwowało go łączenie muzyki świeckiej z tekstami religijnymi.

Wierzący

Jego utwory poprzez nawracające z coraz większą mocą motywy sprawiają wrażenie, że nie tylko muzyka, ale cały świat jest pełen harmonii i obecności Wszechmocnego. Nowatorsko używając pozornie mało ważnych instrumentów, takich jak harmonijka ustna czy fletnia Pana, i wprowadzając na pierwszy plan różnorodne efekty dźwiękowe – wycie kojotów, stukot końskich kopyt, gwizdanie – uzmysławia, jaką moc ma każdy z otaczających nas dźwięków. W muzyce potrafi docierać w niedostępne rejony, których nie da się wyrazić obrazem. Zagląda w dusze bohaterów, odkrywając ich tajemnice. W jego wielu filmowych tematach napotykamy mistrzowskie popisy, przy których warto się zatrzymać. Jak choćby monumentalny, nietypowy dla westernu koncert organowy w filmie „Za garść dolarów i więcej”, kiedy El Indio i jego ofiara czekają, aż wybrzmi melodia w zegarku z pozytywką i sięgną po broń. Jego hipnotyzujące brzmienie staje się peanem na cześć ich życia, które zawisło na włosku.

Dyrygowanie nazywał wyczynem ekstremalnym, bo wymagało kondycji fizycznej. Dbał o nią, gimnastykując się, pijąc kawę bezkofeinową, a z trunków tylko wino i… nieustannie pracując. Prawie do ostatnich dni był twórczo aktywny, dawał koncerty w różnych miejscach świata, gromadząc gigantyczną widownię. Z ponad 160-osobową orkiestrą i chórem występował m.in. w Crocus City Hall w Moskwie, Stadhalle w Wiedniu, O2 w Londynie. W Polsce grał kilkakrotnie, m.in. w 2009 r. na Festiwalu Solidarności w Stoczni Gdańskiej.

Mimo światowych sukcesów pozostał skromny. Nie przeniósł się do Hollywood, choć proponowano mu mieszkanie w Los Angeles. Mieszkał w pobliżu Koloseum. Cenił rodzinę, małą rzymską ojczyznę, klub piłkarski Roma i tradycyjne wartości. Nie nauczył się mówić po angielsku. Nawet odbierając statuetkę Oscara, wygłosił podziękowanie po włosku. Choć pod koniec życia przyznał, że chciałby władać angielskim i polskim.

Zakochany

W nekrologu pożegnał swoje dzieci: Marca, Alessandrę, Andreę, Giovanniego, synową Monikę, wnuki Franceskę, Valentinę, Francesca i Lukę. „Mam nadzieję, że rozumieją, jak bardzo ich kochałem” – podkreślił. „Na koniec, ale nie jako do ostatniej zwracam się do Marii” – napisał. „W stosunku do Niej ponawiam wyznanie nadzwyczajnej miłości, która nas łączyła i którą bardzo smutno mi zostawiać. To do Niej kieruję najboleśniejsze »do widzenia«”. Od 1964 r. był żonaty z Marią Travią. Jej dedykował dwa Oscary i wiele utworów. – Przez długie lata mało się widywaliśmy, bo albo pracowałem z orkiestrą, albo byłem zamknięty w studiu i tworzyłem – opowiadał w jednym z wywiadów. – Ona jedyna miała przywilej, że mogła wejść do mojego studia.

Całkiem niedawno otwarcie powiedział: – Ja i moja żona po ponad 60 latach nadal jesteśmy w sobie zakochani, dlatego to, że jesteśmy całe życie razem, wydaje nam się normalne. W miłości wytrwałość jest wszystkim. Nie wiem, czy istnieje uderzenie pioruna, czy nadprzyrodzona intuicja. Wiem, że jest siła, spójność, niezawodność i trwałość. I oczywiście wierność. Podkreślał, że żona go inspiruje i nieprzerwanie dodaje odwagi.

Na stoliku w gabinecie trzymał zdjęcia bliskich. – Jestem szczęśliwym człowiekiem – zwierzał się. – Co prawda dość często miewam zmienne nastroje. To dotyczy również moich utworów. Raz mi się podobają, a za chwilę jestem z nich niezadowolony. Moje życie to starcie wielkiej szczęśliwości z leciutką depresją. A rodzina daje mi poczucie szczęścia.

Ci, którzy słuchają jego muzyki, niewątpliwie też czują się szczęśliwi. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także