Nowy numer 3/2021 Archiwum

Czas sklejania

Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski w kampanii stawiali na to, co nas dzieli. Teraz przyszła pora, aby odnaleźć to, co nas łączy – bez ideologicznych uprzedzeń i sztucznych podziałów.

Ideologiczne wątki do debaty wprowadził obóz prezydenta Andrzeja Dudy, racjonalnie kalkulując, że podniesienie kwestii światopoglądowych doprowadzi do polaryzacji elektoratu na płaszczyźnie niewygodnej dla jego konkurenta. Stąd wziął się pomysł Karty Praw Rodziny oraz inicjatywy legislacyjne związane z adopcją dzieci. Naturalne jest w tej sytuacji pytanie, czy w ostatnich miesiącach na tym obszarze wydarzyło się coś nowego, co wymagałoby nadzwyczajnej aktywności prezydenta. Nawet zgadzając się z poglądem, że Warszawa zarządzana przez Rafała Trzaskowskiego może stać się polem doświadczalnym dla projektu inżynierii społecznej, należy odnotować, że w swym programie Trzaskowski nie zapowiadał rewolucji światopoglądowej, a wspierający go obóz nie wystąpił z żadną inicjatywą legislacyjną na tym obszarze.

Tęczowa rewolucja?

Wydaje się, że sztabowcy prezydenta Dudy uwierzyli, że podobnie jak przed ubiegłorocznymi wyborami do Parlamentu Europejskiego, kiedy temat LGBT rzeczywiście skutecznie pomógł PiS w osiągnięciu bardzo dobrego wyniku, można ten manewr zastosować także obecnie. Tyle że wówczas przez Polskę przechodziły tęczowe marsze, w których wielokrotnie miały miejsce bluźniercze i obrażające katolików happeningi, a prezydent Warszawy podpisał dwuznaczną i kontrowersyjną kartę LGBT. Tym razem jednak ze strony obozu promującego kandydaturę Rafała Trzaskowskiego takich inicjatyw nie było.

Swój program dla rodziny prezydent Duda zawarł w Karcie Rodziny, przedstawionej w czerwcu. Niej nie tylko zapisał w niej obietnicę podtrzymania wsparcia socjalnego, ale i zaakcentował potrzebę ochrony dzieci i całej rodziny przed ideologią LGBT. Podkreślał, że zgodnie z konstytucją małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Wzmacniając ten przekaz, prezydent 6 lipca skierował do Sejmu projekt nowelizacji konstytucji, który zmierza do wykluczenia możliwości adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Jednak już teraz zgodnie z art. 114 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego „przysposobić można osobę małoletnią tylko dla jej dobra”. Z kolei art. 115 par. 1 tego kodeksu stanowi, że „przysposobić wspólnie mogą tylko małżonkowie”. Projekt prezydenta nie wnosi w tej sprawie zatem niczego nowego, natomiast podnosi obowiązujące normy prawne do rangi konstytucyjnej. Jego konsekwencją będzie konieczność takiego ukształtowania procedury adopcyjnej, aby w wyniku jej przeprowadzenia doszło do ustalenia stanu faktycznego i wykluczenia możliwości dokonania adopcji dziecka przez osobę, która pozostaje we wspólnym pożyciu z osobą tej samej płci, chociaż w świetle obowiązujących przepisów jest uznawana za osobę samotną. Zgadzając się co do istoty z tym projektem, wypada jednak zapytać, czy dobrym pomysłem jest wpisywanie tak szczegółowych kwestii do ustawy zasadniczej. Z całą pewnością zaś inicjatywy na wrażliwym obszarze nie powinny być zgłaszane na ostatnim etapie kampanii wyborczej.

Podobny wymiar ma prezydencki projekt nowelizujący zapisy ustawy Prawo oświatowe. Zakłada obowiązek konsultacji z rodzicami, w tym z radą rodziców, wprowadzania i realizowania zajęć dodatkowych w szkole. Proponowane przez prezydenta przepisy zakładają, że stowarzyszenie lub inna organizacja zamierzające podjąć działalność w szkole lub placówce oświatowej będą zobowiązane przekazać dyrektorowi szkoły prospekt informacji wychowawczej. Będzie on zawierał także informacje o doświadczeniu zawodowym osób, które realizują program w szkole, a także opis wykorzystywanych materiałów graficznych i pomocy dydaktycznych. To propozycja racjonalna. Pojawia się jednak wątpliwość, czy i ta inicjatywa nie powiela zapisów już istniejących. Problemem na tym obszarze nie jest brak przepisów, ale brak ich skutecznej egzekucji przez nauczycieli oraz gremia rodzicielskie. Dobrze byłoby więc przeprowadzić rzetelną analizę tej oświatowej propozycji, z uwzględnieniem opinii zarówno nauczycieli, jak i środowisk rodzicielskich, współpracujących ze szkołami.

Rzeczywisty program rewolucji obyczajowej i światopoglądowej prezentował w tych wyborach Robert Biedroń i poniósł sromotną klęskę. 2,5 proc. głosów, które padły na niego, to realne zaplecze takiego programu. Jest to więc margines niemający żadnych szans, aby swe postulaty narzucać większości. Trzaskowski, nawet gdyby wygrał, nie miałby żadnej możliwości narzucenia karty LGBT w całym kraju. Wymagałoby to bowiem zmian w wielu ustawach i nie ma najmniejszych szans, aby została uchwalona przez ten i następny parlament.

Dlaczego mają dość?

Zwolennicy Andrzeja Dudy w ostatnich dniach kampanii często uderzali w apokaliptyczne tony, sugerując, że zwycięstwo Trzaskowskiego będzie nieomal końcem świata. To oczywiście fałszywa wizja, wynikająca z mitologizacji urzędu prezydenta. Jak już pisałem, prezydentura w Polsce jest źle zdefiniowana ustrojowo. Jej siła tkwi wyłącznie w możliwościach, jakie dają prezydenckie weta. W czasie kampanii obaj kandydaci z wielkim zapałem opowiadali o swych planach, zapewniając, jak bardzo będą chcieli zmieniać Polskę na lepsze. W większości przypadków była to tylko propaganda. Żaden z prezydentów, bez względu na to, kim jest i jaki obóz reprezentuje, nie jest w stanie zrealizować żadnych tego typu obietnic, jeśli nie ma wsparcia parlamentarnej większości. W tym sensie nie wola Andrzeja Dudy, ale Jarosława Kaczyńskiego nadal będzie decydująca dla kierunku zmian w Polsce. Wydaje się, że wyborcy, którzy wspierali Trzaskowskiego, mieli tego świadomość. Z pewnością nie głosowali na niego z nadzieją, że wkrótce po swym zwycięstwie upowszechni w całym kraju zapisy warszawskiej deklaracji LGBT. Chcieli poprzez jego prezydenturę mieć ośrodek polityczny ograniczający monopol władzy PiS. Tę walkę przegrali, a obóz PiS wychodzi z tej kampanii wzmocniony.

Te wybory nie koncentrowały się także na kwestiach społecznych. Prezydent Duda oraz wspierający go obóz rządzący, a także propaganda publicznej telewizji sprowadzały wszystko do kwestii: albo my zwyciężymy i nasza polityka społeczna zostanie zachowana, albo wygrają nasi przeciwnicy, którzy wszystko odbiorą. Polityka społeczna PiS jest najważniejszym dokonaniem tej partii i trwale zapisała się zarówno w świadomości wyborców, jak i polityków. Nie ma w tej chwili w Polsce partii, która chciałaby ograniczyć programy społeczne czy zmienić reguły osiągania wieku emerytalnego. Co nie oznacza, że nie można racjonalnie dyskutować nad różnymi uwarunkowaniami i modyfikacjami tych programów.

Model prezydentury

Paradoksalnie obecna kampania wyborcza jest także ważnym przyczynkiem do debaty o faktycznych uprawnieniach Prezydenta RP. Pokazała, że Polacy chcą silnej prezydentury, a więc polityka, który jest rzeczywiście pierwszą osobą w państwie. Prezydent Duda, zwłaszcza na początku swej prezydentury, prezentował się jako polityk mało samodzielny, bez charyzmy, nierzadko idący na nadmierne kompromisy wobec Jarosława Kaczyńskiego. Wyborcy to zapamiętali i dlatego w czasie wieców Trzaskowskiego stale powracała wizja lokatora Belwederu, który nie odbiera nocą telefonów od prezesa PiS.

Po tych wyborach pojawia się szansa, że zjawiska świadczące o niepełnej suwerenności prezydenta nie będą miały już miejsca. Mówił o tym wyraźnie on sam w ostatnich dniach swej kampanii, podkreślając, że jego druga kadencja będzie inna aniżeli pierwsza. Jak to ujął, będzie odpowiadał wyłącznie przed Bogiem, historią i rodakami, co wskazuje na zamiar zbudowania mocniejszej pozycji prezydenta w życiu politycznym kraju. To racjonalny program. Nie chodzi przy tym o to, aby prezydent kłócił się z obozem, którego przecież, przynajmniej w sensie mentalnym, jest integralną częścią i w dużej mierze bazuje na tym samym elektoracie. Powinien jednak także dla tej drugiej połowy polskiego społeczeństwa, która zagłosowała na jego rywala, być gwarantem, że jej głos będzie słyszany i uwzględniany przy podejmowanych przez niego decyzjach. Prezydent dysponuje niemałym instrumentarium do pełnienia funkcji arbitra w sprawach spornych. Podczas pierwszej kadencji stworzył system ciał doradczych, z których nie było jednak wielkiego pożytku. Po części było to wynikiem mało spluralizowanego ich kształtu. Jeśli te gremia staną się rzeczywiście bardziej reprezentatywne i będą miały możliwość publicznego wypowiadania się w wielu ważnych kwestiach, niezależność prezydenta zostanie w istotny sposób wzmocniona.

Kampania prezydencka była czasem złych emocji i często nieracjonalnych podziałów. Teraz jest pora, aby posklejać narodową wspólnotę, gdyż podzieleni będziemy słabsi jako wspólnota i państwo. Tym bardziej że przed Polską jest coraz więcej wyzwań o charakterze globalnym, wymagających sojuszy ponadpartyjnych, a nie dalszej eskalacji podziałów. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się