Nowy numer 33/2020 Archiwum

Serialowe mistyfikacje

Seriale, nie tylko te produkowane dla Netflixa, przekazują często widzom fałszywy obraz polskiej rzeczywistości.

Wreszcie możemy się czymś pochwalić. Zrealizowany w Polsce dla Netflixa miniserial „W głębi lasu” zajmuje czołowe miejsce w rankingu najpopularniejszych seriali na największym światowym portalu VOD. Nie brakuje też w internecie entuzjastycznych recenzji tego serialu, który – moim zdaniem – nie wychodzi ponad przeciętność, bo zawiera wady wielu podobnych produkcji będących ekranizacjami książkowych bestsellerów. Główną z nich jest watowanie produkcji scenami, które nie mają żadnego znaczenia dla przebiegu akcji, by opowieść rozciągnąć do sześciu, jak w przypadku „W głębi lasu”, czy nawet więcej odcinków. Przede wszystkim osłabiają one napięcie odgrywające przecież w serialu kryminalnym ważną rolę.

To dołożyła polska ekipa

O ile książka Harlana Cobena, będąca podstawą scenariusza, podobnie jak inne taśmowo produkowane przez niego powieści, zaskakuje czytelnika licznymi zwrotami akcji i w miarę spójną konstrukcją fabuły, o tyle serialowa opowieść, niestety, jest nudna. Oczywiście twórcy mogą się tłumaczyć, że w ich serialu równie ważny jak kryminalna zagadka jest kontekst obyczajowy i społeczny, w jakim rozgrywa się akcja, dlatego pierwsza część została aż tak rozbudowana. Dopiero w drugiej części opowieść nabiera pewnej dynamiki, chociaż niektórym rozwiązaniom dramaturgicznym brakuje logiki.

Coben chwali adaptację, czego wyraz dał w wywiadzie dla Wirtualnej Polski. Powiedział, że napisał hit i poprosił polski zespół, żeby „zrobił cover”. Nawiązał również do wątku antysemityzmu, jaki wybrzmiewa w pierwszej części serialu. – To ma być moja piosenka, ale żeby opierała się na polskiej kulturze, polskim punkcie widzenia… W książce tego nie było. To dołożyła polska ekipa i obsada. Nie znałem specyfiki lat 90. w Polsce. Potem to było zrozumiałe, podobało mi się, jak potoczyła się ta historia i zgodziłem się na to – powiedział. Oczywiście amerykański pisarz, tworząc książkę dla swoich czytelników, nie musi znać dokładnie kontekstu społecznego polskich lat 90. Zresztą twórcy adaptowanych dla telewizji popularnych powieści czy opowiadań rzadko krytykują powstałe ekranizacje, które zapewniają im rozgłos i sukces finansowy. Natomiast należałoby chyba tego oczekiwać od polskich realizatorów, którzy zastępują na przykład napięcie z powodów rasowych wątkiem rzekomego tradycyjnego polskiego antysemityzmu. Czy obraz zaszczuwania serialowych bohaterów pochodzenia żydowskiego ma coś wspólnego z polską rzeczywistością lat 90.? Nie oznacza to oczywiście, że w Polsce nie było czy nie ma antysemitów. Są to jednak postawy marginalne, które trudno porównywać ze skalą napięć rasowych, z jakimi mamy do czynienia w Stanach Zjednoczonych. Nie zmienia to faktu, że incydenty antyżydowskie zostają wyolbrzymione za granicą. Netflix ma miliony subskrybentów we wszystkich krajach. Komercyjny sukces, który serial zawdzięcza w znacznej mierze nazwisku autora literackiego oryginału, sprawia, że po raz kolejny w świat pójdzie przekaz o nietolerancji i antysemityzmie Polaków, utrwalając krążące na ten temat stereotypy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także