Nowy numer 27/2020 Archiwum

Przy nim chciało się żyć

– Dla „innych dzieci Kościoła” ks. Józef Tischner był adresem, pod który można było się udać. Takich adresów trochę dzisiaj brakuje – mówi Wojciech Bonowicz, autor biografii legendarnego kapłana i filozofa, który zmarł 20 lat temu.

Magdalena Dobrzyniak: Tischner to wybitny duszpasterz, człowiek gór, filozof, kapelan Solidarności, kaznodzieja dzieci, wykładowca u aktorów i polonistów… O jakim Tischnerze najchętniej opowiadasz?

Wojciech Bonowicz: Dla wielu ludzi jest on interesujący jako ksiądz, który potrafił wyłamać się ze schematów i był symbolem szerokiego myślenia, otwartego na ludzi stojących daleko od Kościoła. Ten Tischner powraca w rozmowach najczęściej. Dla innych intrygująca jest różnorodność jego zaangażowań. Każdy, od przedszkolaka do profesora uniwersytetu, mógł coś od niego zaczerpnąć. Tischner umiał połączyć różne role i w każdej był autentyczny. W każdej przekazywał to samo – to znaczy nadzieję.

Co miało największy wpływ na to, że taki Tischner nam się zdarzył?

Już jako dziecko żył jakby w dwóch światach. Z jednej strony był typowym dzieckiem góralskim, poznawał świat przez pracę fizyczną, przez bliskość zwierząt, przez zabawę. Ale był też dzieckiem nauczycielskim. Bardzo wcześnie nauczył się czytać. Chłonął książki, zadawał wiele pytań. Rodzice pilnowali, żeby nie patrzył na rówieśników z góry. To na pewno wpływało na jego otwartość. Drugi element to ludzie, z którymi zetknął się w Krakowie. Ksiądz Kazimierz Kłósak, ks. Jan Pietraszko, ks. Karol Wojtyła – to byli duchowni o znakomitym zapleczu intelektualnym, żyjący skromnie, wręcz ubogo. Tischner żył tak jak oni: rozdawał książki, które posiadał, bardzo późno kupił sobie samochód, nosił się skromnie.

Jak to się stało, że został księdzem?

Z początku pragnął być pisarzem lub dziennikarzem, potem zainteresował się filozofią, pociągał go też przykład takich postaci jak doktor Judym, gotowy poświęcić życie ludziom potrzebującym. Jest tajemnicą, co zdecydowało, że ostatecznie wybrał kapłaństwo. Powołanie w jego przypadku przyszło do kogoś, kto był już bardzo dojrzały wewnętrznie i w związku z tym nie miał szczególnych rozterek. Nie przeszkodziło mu nawet to, że ojciec początkowo się sprzeciwił i wymógł na nim, by przez rok postudiował coś innego. Trzeba też pamiętać, że czasy dla Kościoła były trudne. W roku 1950 za decyzję o wstąpieniu syna do seminarium mogła zapłacić cała rodzina. Powołanie Tischnera było więc bardzo świadome, przemyślane. Nie było porywem.

Jak ten wolny duch, ksiądz chodzący po manowcach odnajdywał się w Kościele?

Trzeba powiedzieć, że kłopoty wewnątrz instytucji Kościoła nie zaczęły się dla niego w latach 90., tylko dwie dekady wcześniej, kiedy podjął spór z tomizmem, czyli właściwie z całym kościelnym nauczaniem. Tischner mówił: to jest niezłe, ale potrzeba otwarcia na współczesną filozofię, na fenomenologię, hermeneutykę. To budziło kontrowersje, ale miał nad sobą parasol ochronny w postaci kard. Karola Wojtyły i zaufania, którym metropolita krakowski go darzył i którego nigdy nie wycofał, także jako papież. Wojtyła szukał ludzi wolnych, z którymi mógł otwarcie rozmawiać, i taki był klimat w Kościele krakowskim. To też określiło sytuację ­Tischnera, bo nawet wtedy, kiedy część kolegów zamykała przed nim drzwi, zawsze było wiadomo, że w Watykanie jest ktoś, kto uważnie czyta, co Tischner pisze, i kto wie, że chodzi mu o dobro Kościoła.

Ile jest prawdy w opowieściach, że miał zostać prymasem czy następcą kard. Wojtyły w Krakowie?

Dostępne jest 38% treści. Chcesz więcej? Wykup dostępu do całego artykułu. Cena 1,23. Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama