Nowy numer 33/2020 Archiwum

Nie odwracaj wzroku

Jednym z wątków filmu „Obrazy bez autora” jest problem odpowiedzialności za zbrodnie dokonane w czasie wojny przez ludzi, których obowiązkiem było leczyć chorych.

Florian Henckel von Donnersmarck rzadko kręci filmy. Jego nagrodzony Oscarem debiut „Życie na podsłuchu” opowiadał historię funkcjonariusza Stasi, fachowca od podsłuchów, który w pewnym momencie zwątpił w sens tego, co robi. „Życie na podsłuchu” perfekcyjnie przedstawiało działalność budzącej lęk NRD-owskiej służby bezpieczeństwa, wpisując się w nurt kina rozliczającego się z totalitarnym systemem. Zrealizowany ponad dekadę później film „Obrazy bez autora” jest również rozliczeniowy, z tym że jego akcja obejmuje trzy dekady niemieckiej historii. To także film o artyście zmuszonym do dokonywania wyborów pod presją okoliczności zewnętrznych, na które nie ma wpływu. O ile drugim bohaterem „Życia…” był zasłużony dla władzy pisarz, konformista, któremu dosyć późno otworzyły się oczy, bohater „Obrazów…”, Kurt Barnert, jest malarzem na początku swej twórczej drogi. Opowieść o jego życiu rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych, od lat 30. do 60. ubiegłego wieku.

Nie mów nikomu

Podobnie jak „Życie na podsłuchu” najnowszy film Donnersmarcka oparty jest na faktach. Reżysera zainspirowała biografia Gerharda Richtera, niemieckiego malarza, którego obrazy osiągają obecnie zawrotne ceny. Wystarczy wspomnieć, że w 2015 roku jeden z nich został sprzedany na aukcji w Londynie za ponad 30 milionów euro. Sam Richter, zapytany o komentarz na temat cen swoich obrazów, stwierdził, że „to jest taki sam absurd jak kryzys bankowy. Tego nie da się pojąć, to jakaś głupota”. Reżyser konsultował scenariusz z malarzem, ale ten nie zgodził się na wykorzystanie w filmie swojego nazwiska i, jak twierdzi, sugerował, by bohater zajął się inną dziedziną sztuki. Odmówił również obejrzenia filmu przed premierą. Ostatecznie widział tylko trailer. W rozmowie z dziennikarzem magazynu „New Yorker” zarzucił Donnersmarckowi, że ten mimo wyraźnej prośby o uszanowanie jego życzenia „w rzeczywistości zrobił wszystko, aby połączyć moje nazwisko z filmem, w czym zresztą pomogła mu prasa. Na szczęście najważniejsze gazety bardzo sceptycznie i krytycznie podeszły do tej sprawy. Niemniej jednak udało mu się nadużyć i znacząco wypaczyć moją biografię!”. W filmie nie pada nazwisko malarza, ale rzeczywiście wiele wątków pokrywa się z tym, czego dowiadujemy się z biografii. Trudno przecież przypuszczać, by media nie zainteresowały się życiem najdroższego niemieckiego malarza.

W prologu filmu mały Kurt Barnert w 1937 roku wraz ze swoją ciotką Elisabeth zwiedza w Dreźnie wystawę „Sztuki zdegenerowanej”. Ekspozycja zorganizowana w Monachium przez NSDAP miała charakter objazdowy, w jej ramach zaprezentowano kilkaset dzieł uznanych za wytwory „obrażające niemieckie uczucia”. Chodziło przede wszystkim o sztukę nowoczesną i dzieła artystów pochodzenia żydowskiego. – Taką sztukę i ty możesz tworzyć. Kandinsky dostał za jeden obraz 2 tysiące marek, czyli więcej, niż zarobi niemiecki robotnik. Jak takie coś ma uwznioślać duszę? – mówi z pogardą oprowadzający widzów przewodnik, który jednocześnie podkreśla zalety „zdrowej”, wspieranej przez władze sztuki niemieckiej. Inne zdanie ma Elisabeth. – Mnie się to nie podobało, ale nie mów nikomu – komentuje wystawę i słowa przewodnika ciotka Kurta. Jej słowa: „Nigdy nie odwracaj wzroku” zapadły Kurtowi głęboko w pamięć.

Można sprzedać wszystko

Pytanie zadane przez kustosza wystawy będzie powracało w filmie kilkakrotnie w związku z obowiązującymi w danym okresie politycznymi ideologiami. Po raz pierwszy w czasach rządów Hitlera, kiedy państwo odrzucało sztukę nowoczesną, a następnie po wojnie, kiedy w szkole artystycznej, do której uczęszczał Kurt, jedynym dopuszczalnym stylem w malarstwie był realizm socjalistyczny. – Picasso malował realistycznie, później wpadł w pułapkę dekadenckiego, obscenicznego formalizmu. Artysta służyć ma interesom ludzi pracy. Podejście „ja, ja, ja” prowadzi do nieszczęścia, do tego, że artysta staje się utrzymankiem dekadenckich, burżujskich kolekcjonerów – poucza wykładowca słuchających go w skupieniu studentów szkoły artystycznej.

Jednak Donnersmarck nie poprzestaje na tym. W dalszej części filmu, kiedy w dniach otwartych zachodnioniemieckiej akademii sztuki jeden z uczniów oprowadza gości po pracowniach wykładających tu malarzy, reżyser pokazuje, do czego może doprowadzić pęd za nowatorstwem za wszelką cenę. Warto zwrócić uwagę na wykład, jaki student malarstwa robi starszej parze, przekonując ją o wartości swego dorobku. Scena ta dowodzi, że mając utalentowanego pośrednika, można sprzedać nawet dzieła niezasługujące na tę nazwę. Nie ma wątpliwości, że reżyser pozwolił sobie na kpinę.

Wspomniana na początku postać ciotki Kurta pojawia się w filmie tylko w krótkich, ale znaczących scenach. Elisabeth jest młodą, wrażliwą dziewczyną, która, chociaż nie wiemy tego dokładnie, przeżyła chwilowe załamanie nerwowe lub została dotknięta chorobą psychiczną. Być może pamięć o niej stanowi źródło późniejszej twórczości Kurta. Historia Elisabeth wiąże się z wątkiem, który dominuje w pierwszej części filmu i znajduje swoje rozwiązanie w finale, bo nie tylko „wynaturzona” sztuka nie podobała się władzom III Rzeszy. Nie podobali się jej również ludzie, którzy odstawali od definiowanej przez nie normy. Tym wątkiem jest wcielany w życie w Niemczech program selekcji, mający na celu stworzenie „czystej” rasy germańskiej, który w latach 30. i 40. Niemcy wcielili w życie. Najpierw przeprowadzono przymusową sterylizację dziesiątek tysięcy upośledzonych umysłowo, a później wielu z nich zamordowano w ramach tzw. Akcji T4.

Wasze pióro to wasz miecz

Warto wspomnieć, że po przedostaniu się informacji o mordowaniu chorych do wiadomości publicznej zaprotestował Kościół katolicki. Po kazaniu wygłoszonym przez biskupa Clemensa Augusta von Galena 3 sierpnia 1941 r. w kościele St. Lambert w Moguncji, który nazwał „zabijanie z litości” zwyczajnym morderstwem, akcję oficjalnie wstrzymano. „Biada ludowi Niemiec, gdzie zabija się niewinnych, a ich mordercy pozostają bezkarni” – powiedział m.in. biskup. Wkrótce akcję jednak wznowiono i realizowano potajemnie. Film bezpośrednio nawiązuje do problemu eugeniki i eutanazji, kiedy jeden z bohaterów bierze udział w naradzie zorganizowanej dla lekarzy przez SS. – Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy żyć w świecie wolnym od mongołów i innych zdeformowanych jednostek. Czerwony plus oznacza, że to jednostka bezwartościowa – wyjaśnia i dodaje, że jeżeli na karcie pacjenta lekarze zaznaczą plus na czerwono, to chory zostanie poddany eutanazji. – Wasze pióro to wasz miecz – mówi.

Reżyser podejmuje też wątek odpowiedzialności, albo raczej braku odpowiedzialności, za zbrodnie dokonane w czasie wojny przez ludzi, których obowiązkiem było leczyć chorych, a którzy sprzeciwili się swemu powołaniu. Ci, którzy przetrwali wojnę, często robili karierę, służąc wiernie nowemu totalitarnemu systemowi we wschodnich Niemczech, a z kolei inni – zamazując przeszłość – stali się szanowanymi członkami społeczeństwa w RFN.

Wielowątkowy film Donnersmarcka trwa prawie trzy godziny i chociaż zabrakło w nim realizacyjnej precyzji „Życia na podsłuchu”, nie jest to czas stracony. Opowieść o ludziach uwikłanych w meandry niemieckiej historii z biegiem akcji coraz bardziej wciąga. Z pewnością na uwagę zasługuje kreacja Sebastiana Kocha, który wystąpił w roli profesora Carla Seebanda, pozostawiając w cieniu postać głównego bohatera w interpretacji Toma Schillinga. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także