Nowy numer 9/2021 Archiwum

Testament Kościuszki

Naczelnik pragnął z niewolnika uczynić wolnego i świadomego swych praw obywatela.

Dzień 24 marca 1794 r. jest w historii Polski datą szczególną. To wtedy na krakowskim rynku Tadeusz Kościuszko przysięgał w obliczu Boga narodowi polskiemu, iż „powierzonej mu władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyje, lecz jedynie dla obrony całości jej granic, odzyskania samowładności Narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać jej będzie”. Zaraz po przysiędze Kościuszko pomaszerował do pobliskiego kościoła św. Jana, by modlić się przed obrazem Matki Bożej od Wykupu Niewolników. Ta modlitwa nabiera szczególnego znaczenia, gdy uświadomimy sobie, że cztery lata później nasz narodowy bohater sporządził testament, w którym cały majątek zgromadzony podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych przeznaczył na wykup i wykształcenie czarnoskórych niewolników. Między innymi dlatego dziś przed Białym Domem w Waszyngtonie stoi jego pomnik.

222 lata po sporządzeniu testamentu ten właśnie pomnik został zdewastowany w trakcie zamieszek po zabójstwie czarnoskórego George’a Floyda. Z pytań zadawanych demonstrantom przez dziennikarzy wynika, że większość z nich albo nie wiedziała, kim dokładnie był Kościuszko, albo nie słyszała o jego testamencie. Prawdopodobnie potraktowano pomnik jako kolejny symbol amerykańskiej historii napiętnowanej rasizmem. Jeszcze trudniej dociec, dlaczego napis Black lives matter (czarne życie ma znaczenie) pojawił się na warszawskiej kopii tego pomnika.

Ikona wolności

Nie jest do końca jasne, jak wypadłby nasz ogólnonarodowy test wiedzy o Tadeuszu Kościuszce. Z pewnością każdy słyszał to nazwisko, ale od kilku już dekad rzadko opuszcza ono szkolne mury. Za komuny ewidentnie nadużywano wizerunku, nazwiska i legendy naczelnika. Ale to i tak nic w porównaniu z wiekiem XIX. Wtedy kult Kościuszki był tak ogromny, że liczbę jego konterfektów liczono w setki tysięcy, wisiał bowiem w każdym szanującym się domu (nie tylko w Soplicowie). Naczelnik zastygł więc w wyobraźni rodaków w pomnikowej pozie niezłomnego bohatera i straciliśmy z oczu ludzki wymiar tej postaci. I jak to z pomnikami bywa, pokrywają się kurzem, czasem też niewybrednymi napisami. A przechodnie zastanawiają się: czego on właściwie dokonał? Insurekcja, kosynierzy, kilka przegranych bitew… Z czego zatem brała się jego tak szalona popularność?

Przypomnijmy, że od wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a zapewne i na kolejne stulecie, może aż do eksplozji gwiazdy Ignacego Paderewskiego, nie było Polaka tak rozpoznawalnego na całym Bożym świecie. Kościuszko był marką, ikoną wolności o znaczeniu wykraczającym daleko poza sprawę polską. Jego nazwisko otwierało każde drzwi w Paryżu, był bohaterem Ameryki, punktem odniesienia ruchów wolnościowych w Italii. W innym zapewne wymiarze niż w Polsce, gdzie stał się wręcz uosobieniem idei odrodzonej, idealnej Rzeczpospolitej.

Nie tylko uniwersały

Ameryka kocha i ceni Kościuszkę, bo też ma za co. Nie brak historyków, którzy wprost przyznają, że bez jego talentu nie udałoby się wygrać wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Armia Kontynentalna przegrywała w niej praktycznie wszystkie bitwy. Chwałę za sukces w tej najważniejszej, pod Saratogą, odbierał gen. Horatio Gates, ale zawsze podkreślał, że wiktorię zawdzięcza strategicznemu geniuszowi Tadeusza Kościuszki. Z solidną inżynierską podbudową, którą docenił sam Jerzy Waszyngton, powierzając później Polakowi ufortyfikowanie West Point.

A za co kolejne pokolenia rodaków ceniły Kościuszkę? Za to, że stając na czele insurekcji, stawiał sobie za cel nie tylko wypędzenie obcych wojsk z kraju, lecz także przebudowę państwa. Był republikaninem, w swym programie szedł jeszcze dalej, niż zakładała to Konstytucja 3 maja. Nie poprzestawał na ogłaszaniu wolnościowych uniwersałów, ale zadbał o wprowadzenie w obieg pierwszych polskich banknotów, zwanych wówczas biletami skarbowymi.

Przysięga na krakowskim Rynku była formą zamachu stanu, bo przecież Kościuszko ogłosił się dyktatorem, przejął pełnię władzy, choć w Warszawie wciąż gości przyjmował polski król. Ale w naszej, rodzimej odmianie republikanizmu było miejsce i dla króla, którego zresztą Kościuszko zawsze szanował. Ojczyzna z marzeń naczelnika była więc w gruncie rzeczy wciąż Rzeczpospolitą z Konstytucji 3 maja, ale z poszerzoną sferą wolności osobistej – już nie tylko o mieszczan, ale i chłopów.

Wolność plus 100 akrów

Kościuszko najczęściej przedstawiany jest w chłopskiej sukmanie. Można z jego „chłopomanii” żartować, można się nią wzruszać, można też dostrzec, że w tym szaleństwie była bardzo racjonalna metoda, którą przywiózł zza oceanu. Rzeczpospolita po swoim upadku nie miała regularnego wojska, ale przecież nie mieli go także zwycięzcy wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Kościuszko chciał porwać do walki o wolność cały naród, bo wiedział, że samym szlacheckim pospolitym ruszeniem nie wygra z potęgą imperatorowej. Stąd sukmana, kosa, ale i – nie zawsze pamiętane – buty, w jakie ubierał chłopów. Buty były wówczas oznaką godności. Kosynierzy bili się dzielnie, choć oczywiście amerykańskiego fenomenu nie powtórzyli.

Naczelnik nie traktował żołnierzy jak mięsa armatniego, każdy człowiek był mu bliski. Pisali o tym współcześni Kościuszce, jak trudno mu było żyć ze świadomością ogromnych ofiar poniesionych podczas sygnowanego jego imieniem powstania. Kościuszko nie myślał zresztą o chłopach wyłącznie w kategoriach wojskowych. Podobnie w Ameryce – nie chodziło mu jedynie o wykup niewolników. Pieniądze z testamentu chciał przeznaczyć na edukację oraz zapewnienie im godnych warunków życia. Konkretnie: po 100 akrów ziemi wraz ze sprzętem rolniczym oraz bydłem. Z kolei przedmiotem edukacji, którą chciał sponsorować, miały być nie tylko umiejętności zawodowe, ale także kompetencje obywatelskie. Marzył, by z niewolnika uczynić republikanina, gotowego bronić konstytucji oraz wolności swojej ojczyzny.

Liczy się człowiek

Kolor skóry miał w tym myśleniu Kościuszki znaczenie drugorzędne, liczył się człowiek i jego godność. O ciemnoskórych amerykańskich niewolnikach myślał w podobnych kategoriach jak o polskich chłopach. Chciał ich nie tylko uwolnić, ale uczynić świadomymi swoich praw i obowiązków obywatelami. „Każdy powinien umieć współżyć z sąsiadami: być zawsze dobrym i gotowym do pomocy oraz skromnym wobec nich. Każdy powinien dzieciom dać dobre wykształcenie, kochać swój kraj i spełniać obywatelskie obowiązki, by w ten sposób – zachowując dla mnie wdzięczność – czynić siebie samego możliwie szczęśliwszym” – pisał w swoim amerykańskim testamencie, ale słowa te można równie dobrze odnieść do włościan uwalnianych przez niego w Polsce.

Co istotne, chodziło nie tylko o republikańskie poglądy czy polityczną strategię, ale o życiową postawę. Kościuszko nie zachowywał barier wynikających z pochodzenia w stosunkach ze swoją armią w Polsce, a podczas służby na rzecz amerykańskiej wojny o niepodległość przez cztery lata korzystał z usług czarnoskórego ordynansa Agrippy Hulla. Był on wolnym człowiekiem, a jego relacje z polskim oficerem szybko przekształciły się w przyjaźń, na co istnieje wiele dowodów.

Zresztą Kościuszko nie wyjechał do Ameryki w roli najemnika, lecz ochotnika. Nie ma co kryć, ze sporą zadrą w sercu do polskiego magnata, który prośbę o rękę swojej córki (Ludwiki Sosnowskiej) miał skomentować słowami: „Synogarlice nie dla wróbla, a córki magnackie nie dla drobnych szlachetków”. Być może gdyby rękę Ludwiki dostał, nie popłynąłby do Ameryki. Nie zdobyłby tam sławy, nie wróciłby z jej kapitałem, by stanąć na czele powstania. Tak czy inaczej – osobiste doświadczenia także miały wpływ na poglądy naszego (i waszego) bohatera.

Unik Jeffersona

W latach 1797–1798 Tadeusz Kościuszko odbył triumfalny objazd po Stanach Zjednoczonych, już jako gwiazda amerykańskiej wolności. To wtedy zaprzyjaźnił się z Tomaszem Jeffersonem, wówczas jeszcze wiceprezydentem, na tyle blisko, by uczynić go wykonawcą swego testamentu. Chodziło o majątek, na który składał się niewypłacony wcześniej żołd amerykańskiego oficera, renta wojskowa oraz 250 ha ziemi. Swoją wolę Kościuszko potwierdzał wielokrotnie w korespondencji do współautora deklaracji niepodległości, ostatni raz na miesiąc przed swoją śmiercią. Jefferson zdecydował jednak, że nie podejmie się misji, co stanowczo oświadczył przed sądem hrabstwa Albemarle w stanie Wirginia 12 maja 1819 r. Tłumaczył się podeszłym wiekiem. Dziś testament Kościuszki pozostaje jedynie – i aż – zapisem ambitnej filozofii społecznej, do której z pewnością warto wracać.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama