Nowy numer 27/2020 Archiwum

Czy homoseksualista (osoba LGBT) może zostać świętym?

- Homoseksualiści, osoby LGBT, tak jak my wszyscy, są powołani do świętości, przy całej świadomości, że dla nich może to być trudna droga - tłumaczy ks. prof. Andrzej Szostek MIC. Znany etyk z KUL wyjaśnia zasady katolickiej nauki moralnej w tej sferze. W związku z dyskusją toczącą się wokół osób LGBT, przypominamy obszerne fragmenty wywiadu KAI na ten temat z byłym rektorem KUL, a ongiś bliskim współpracownikiem Jana Pawła II.

Marcin Przeciszewski: Kościół naucza, że czyny homoseksualne są nieuporządkowane wewnętrznie i jako takie nie mogą być aprobowane, zaś osoby homoseksualne są powołane do czystości. Tymczasem środowiska LGBT mówią, że każda osoba jest powołana do miłości. A skoro niektórzy zostali obdarzeni orientacją homoseksualną, to powinni mieć prawo do życia w związkach, a brak akceptacji dla tych postulatów utożsamiają z dyskryminacją.

Ks. prof. Andrzej Szostek: Faktycznie pojawiają się coraz liczniejsze głosy homoseksualistów, którzy z powodu swego homoseksualizmu czują się upośledzeni, wykluczeni czy dyskryminowani, więc domagają się zmiany stanowiska zarówno od władz państwowych jak i od Kościoła. Władze państwowe winny – ich zdaniem - zgodzić się na prawną legalizację ich związków, a Kościół ma skorygować swoje nauczanie.

I co Ksiądz Profesor na to, jako etyk i specjalista od katolickiej doktryny moralnej?

W Katechizmie znajdujemy dwa po sobie następujące punkty, które koniecznie trzeba czytać razem. Oba znajdują się w rozdziale o znamiennym tytule: „Czystość a homoseksualizm”. W par. 2357 jest mowa o tym, że „akty homoseksualne w żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane”, gdyż „są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia”. Są to twarde słowa.

Ale zaraz po nim zamieszczony jest par. 2358, który jest pełen ciepła. „Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że w przypadku homoseksualizmu niekoniecznie mamy do czynienia z typowym grzechem. Grzech to wolny wybór tego, co sam podmiot uznaje za moralnie niedopuszczalne, tymczasem Katechizm podkreśla, że „pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne, których źródła nie są nam znane”, a „dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie”.

Otóż same skłonności homoseksualne, których korzenie i specyfika są wciąż przedmiotem sporów wśród seksuologów, psychologów i pedagogów, nie są jeszcze grzechem. Grzeszne może być dopiero nieuporządkowane poddanie się skłonnościom. To dotyczy zresztą nie tylko skłonności homoseksualnych, w wielu innych przypadkach człowiek musi swe skłonności kontrolować (być panem siebie!), stosować swoistą ascezę, co może człowieka wiele kosztować. Dlatego Katechizm dodaje dalej, że „osoby te są wezwane do wypełniania woli Bożej w swoim życiu i - jeśli są chrześcijanami - do złączenia z ofiarą krzyża Pana trudności, jakie mogą napotykać z powodu swojej kondycji”.

Co to w praktyce oznacza?

Katechizm przypomina, że wezwanie do wstrzemięźliwości i do ascezy nie dotyczy tylko homoseksualistów. Iluż mężczyzn twierdzi, że dla nich monogamia to zbyt ciężki krzyż! Mówimy im: trudno, trzeba te "zapędy poligamiczne" powstrzymać w imię wiernej miłości ślubowanej żonie, a także dla umocnienia panowania nad sobą. Nie można powstrzymać się od skłonności, bo się ją po prostu ma, natomiast można powstrzymać się od grzesznych zachowań, będących jej konsekwencją.

Coraz częściej wysuwanym postulatem środowisk LGBT jest legalizacja związków partnerskich między osobami homoseksualnymi, a w ślad za tym prawnego zrównania tych związków z małżeństwami. Argumentem jest równość wobec prawa, itd. Kościół stanowczo mówi "nie"! Dlaczego?

Kościół nie może uznać związków homoseksualnych jako równoważnych związków małżeńskich. Przecież nie ma tam tej pełni „daru dla siebie nawzajem”, nie ma też otwarcia na nowe życie.

Osoby homoseksualne mówią często, że czują się dyskryminowane bądź wykluczane ze wspólnoty Kościoła. Czy Ksiądz Profesor spotkał się z przypadkami takiej dyskryminacji?

Spotkałem się z takim skargami ze strony homoseksualistów. Mówią, że kiedy wyjdzie na jaw ich skłonność, niekoniecznie reklamowana przez nich samych, to mają poczucie, że ludzie się od nich odsuwają, że traktują ich obecność jako niepożądaną, że homoseksualista staje się „persona non grata”. Jest to istotny problem duszpasterski.

Kilka lat temu w Kościele w Austrii wybuchł spór o to, czy jawnie deklarujący się homoseksualista, choć pobożny katolik, może zasiadać w radzie parafialnej. Jakie jest zdanie Księdza Profesora?

Odróżniam dwie sytuacje. Może być ktoś, kto ma skłonności homoseksualne, ale nimi się nie chwali, a odczuwa je jako pewnego rodzaju krzyż. Nie widzę powodu, aby był on wykluczony z aktywności parafialnej. Kościół aprobuje obecność w swojej wspólnocie osób ze skłonnościami homoseksualnymi. Aprobuje to, że trzeba pomagać sobie w radzeniu sobie ze swymi skłonnościami, w przezwyciężaniu różnorakich słabości.

Natomiast jeśli ktoś jest jawnym homoseksualistą i ogłasza, że żyje ze swym partnerem, to dyskwalifikuje się jako kandydat do uczestnictwa w radzie parafialnej. Jego udział w niej mógłby sugerować, że Kościół godzi się na związki homoseksualne. Może on oczywiście pozostać w Kościele jako wierny, traktowany z należnym każdemu szacunkiem, pamiętając zarazem, że swój związek z partnerem musi starać się tak kształtować, by nie naruszał on przyjętych w Kościele moralnych zasad.

Jak powinna wyglądać praca duszpasterska z osobami homoseksualnymi? Na czym powinno polegać „towarzyszenie” tym osobom, o co zresztą apeluje papież Franciszek?

Ostrożny byłbym z konkretnymi wskazówkami, gdyż sam w takim duszpasterstwie nie pracuję. Ale odwołam się do pewnego przykładu. Znane są np. osobne szkoły dla dzieci upośledzonych, ale niektórzy takie rozwiązanie krytykują, szczególnie odnośnie do dzieci lekko upośledzonych, gdyż nie stwarzają one okazji do integracji ze zdrowymi. Najpiękniejszą szansą rozwoju jest możliwość uczestnictwa takiego dziecka, osoby z upośledzeniem, w normalnym środowisku. Pokazuje to praktyka wspólnot "Wiara i światło". Ludzie ci nie przestaną być upośledzeni, ale stają się bogatsi wewnętrznie właśnie poprzez kontakty z tymi, którzy nie są upośledzeni, a którzy są ich przyjaciółmi. Oni są bogatsi wewnętrznie i sobą innych ubogacają.

Podejrzewam, że gdyby stworzyć osobne, odrębne duszpasterstwa dla homoseksualistów, mogłaby to być forma ich wykluczenia. Oczywiście, należy z nimi organizować spotkania, nastawione na rozważanie ich problemów, dla innych grup także są organizowane takie spotkania. Potrzebne jest specjalne towarzyszenie im, ale chyba nie tworzenie odrębnych grup czy wspólnot. Powinni uczestniczyć w pełnym życiu parafialnym.

Ale przyznaję, że to "towarzyszenie", o którym mówi papież Franciszek, jest wielkim zadaniem dla duszpasterzy. Winno być to towarzyszenie im – jak i każdemu z wierzących – na drodze nawrócenia jaką proponuje Kościół, w perspektywie zbawienia. A droga ta dla nikogo nie jest łatwa ani prosta, także dla osób ze skłonnościami homoseksualnymi.

A co należy powiedzieć zwykłym wiernym, co mają zrobić, kiedy zauważą, że ktoś jest homoseksualistą?

To co jest napisane jasno w Katechizmie: winni odnosić się do takiego homoseksualisty z szacunkiem. Z pewnością warto z nimi rozmawiać a może nawet zasugerować pewnego rodzaju pomoc, jeśli byłaby ona potrzebna. Ale przede wszystkim nie należy wycofywać swojej życzliwości, nie wycofywać się z przekazania tej osobie znaku pokoju. Pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy obarczeni różnymi słabościami, że nasz Kościół to Kościół grzeszników. Wszyscy spowiadamy się z różnych grzechów i nie przeszkadza to nam w nawiązywaniu wzajemnych relacji.

Homoseksualistów trzeba traktować jako normalnych ludzi, współpracować z nimi, przyjaźnić się - tak, jak z każdym innym członkiem wspólnoty. Do nikogo nie należy odnosić się wyłącznie przez pryzmat jego odmienności lub słabości. Tak się rodzi ksenofobia i rasizm, tak się tworzy atmosfera sprzyjająca wykluczeniu. Dotyczy to także homoseksualistów. Kościół nie akceptuje praktyk homoseksualnych, ale wiedza o tym, że ktoś jest homoseksualistą, nie powinna zamykać innych sfer naszych wzajemnych relacji, wzajemnej życzliwości.

Symboliczne przekazanie "znaku pokoju", nie powinno być jednak odbierane jako aprobata dla czynów homoseksualnych.

Boję się dwóch postaw. Z jednej strony chęci "ukamienowania" kogoś, kto został przyłapany na grzechu - tak jak kobiety, którą przyłapano na cudzołóstwie - a z drugiej aprobaty zachowań, które na aprobatę nie zasługują.

Pan Jezus powiedział wyraźnie: „Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz!”.

No właśnie. Ten fragment Ewangelii Janowej bardzo mnie porusza. Spróbujmy postawić się w sytuacji tej kobiety. Grozi jej śmierć przez ukamienowanie - ale nawet gdyby do tego nie doszło, to ma świadomość, że doznała już śmierci społecznej: przyłapano ją na cudzołóstwie.

Tymczasem Jezus tym, którzy ją przyprowadzili, rzuca propozycję: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. I zaczęli się rozchodzić, począwszy od starszych. Uświadomili sobie, że ich przewaga nad nią nie polega na tym, że ona zgrzeszyła, a oni nie, tylko, że oni mieli więcej szczęścia, bo nikt ich nie złapał. Swoją drogą chwała im za to, że nikt z nich nie okazał się tak pysznym, by za kamień chwycić. I oto Jezus uratował tej kobiecie nie tylko życie fizyczne, ale także społeczne. Nikt jej nie może wytykać palcem, bo zaraz usłyszy: "A co Ty zrobiłeś, żeś od razu uciekł?"

Najważniejsza jest konkluzja: „Idź i odtąd nie grzesz!”. Wracając do sprawy homoseksualizmu raz jeszcze powtórzmy: trzeba pamiętać o różnicy pomiędzy skłonnością do homoseksualizmu, być może uciążliwą i kłopotliwą, a aprobatą dla zachowań homoseksualnych.

Mówi się, grzesznikom powinniśmy okazać miłosierdzie. Co to w istocie znaczy?

Miłosierdzie winno być pełną akceptacją osoby, ale bez akceptacji grzechu. Każdą osobę trzeba akceptować taką, jaka jest, z jej zaletami i słabościami. Nikt z nas nie jest święty, jesteśmy wszyscy pielgrzymami na drodze do świętości.

A czy homoseksualista może zostać świętym?

Oczywiście. Homoseksualiści, tak jak my wszyscy, są powołani do świętości, przy całej świadomości, że dla nich może to być trudna droga krzyżowa. Św. Paweł też miał tajemniczy „krzyż Pański”, który niektórzy kojarzą z padaczką. I prosił trzykrotnie, by go Pan od niego uwolnił, na co usłyszał: „Moc w słabości się doskonali”. Taka jest droga do świętości - i jest to droga każdego i każdej z nas.

Dziękuję za rozmowę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama