Nowy numer 44/2020 Archiwum

Krew Ameryki

Podziały rasowe w USA to ciągle otwarta rana. Wbrew pozorom jednak problem nie jest wcale… czarno-biały. A płonąca Ameryka to bardziej starcie cywilizacji niż zamieszki na tle rasowym.

George Floyd miał 46 lat. Był Afroamerykaninem, kierowcą i ochroniarzem w jednym z klubów. Derek Chauvin ma 44 lata, jest białym Amerykaninem i policjantem od blisko 20 lat. Czarny George Floyd został uduszony przez białego Dereka Chauvina podczas zatrzymania w Minneapolis w stanie Minnesota. Floyd leżał skuty kajdankami, przygnieciony kolanem przez Chauvina. Przez kilka minut błagał o uwolnienie głowy, by mógł złapać oddech. Chauvin przygniatał jego kark nawet wtedy, gdy Floyd już się nie ruszał. Całą scenę nagrał telefonem jeden z przechodniów.

Mit rasizmu?

To wstrząsający obraz, który – co było jasne – obiegł cały świat. I który podpalił Amerykę. Przez blisko 100 miast przeszły demonstracje, z których część miała charakter pokojowy, inne były agresywne i przerodziły się w totalną demolkę wszystkiego, co stanęło na drodze, uderzając również w bronionych rzekomo Afroamerykanów (podpalone i splądrowane sklepiki i atak na ich właścicieli, w tym również czarnoskórych). Słuszne oburzenie ludzi w wielu miejscach zostało zagospodarowane czy raczej sterroryzowane przez ruch Antifa, który nie kryje swoich rewolucyjnych, destrukcyjnych celów. Sytuacja właściwie dość szybko wymknęła się spod kontroli, a w mediach mniej poprawnych politycznie można znaleźć nagrania, na których aktywiści ruchu Black Lives Matter każą białej Amerykance uklęknąć z zawiązanymi oczami i przepraszać za to, że jest biała.

I to by było tyle tzw. nagich faktów. Choć w tym wypadku trzeba by raczej powiedzieć – brutalnych faktów. Reszta to emocje, które kolejny raz uruchomiły lawinę pytań o podziały rasowe w USA. I gdy jedni twierdzą, że Stany Zjednoczone ponownie padają ofiarą własnego mitu założycielskiego (niektórzy mówią o grzechu założycielskim), jakim były niewolnictwo i segregacja rasowa, inni przekonują, że to raczej dzisiejszy rasizm jest mitem i narzędziem politycznej poprawności. I że brutalne i godne potępienia zachowanie białego policjanta wobec czarnoskórego obywatela było „zwykłym” zabójstwem, a nie motywowanym rasistowskim uprzedzeniem morderstwem. Czy między rosnącym gniewem ulicy, niepomagającymi tweetami prezydenta Trumpa i wykorzystującą tę sytuację konkurencją jest miejsce na rzeczowe pytania o podziały rasowe w USA? I na dyskusję o tym, komu najbardziej zależy, by tymi podziałami – zarówno realnymi, jak i wykreowanymi – podpalić całą Amerykę?

Woda dla białych

Pamiętajmy, że mówimy o państwie, w którym segregacja rasowa została zniesiona dopiero w 1964 roku, a więc 100 lat po zniesieniu niewolnictwa. Oznacza to, że jeszcze pół wieku temu w ojczyźnie demokracji i równości Afroamerykanie (wtedy ciągle jeszcze nazywani Murzynami) byli obywatelami drugiej kategorii. W praktyce oznaczało to zarówno problemy z dostępem do edukacji i tym samym wielu zawodów, jak również miejsc rozrywki, basenów czy restauracji. W tejże Ameryce nawet uliczne krany z wodą do picia były przeznaczone osobno dla białych i osobno dla czarnych. Starsi Afroamerykanie ciągle pamiętają, a młodsi chętnie tę pamięć zachowują, że w komunikacji miejskiej musieli zajmować wyłącznie ostatnie miejsca. Co ciekawe, największymi przeciwnikami zniesienia segregacji rasowej byli nie republikanie, ale demokraci, dziś chcący uchodzić za obrońców praw czarnej Ameryki. Honor demokratów ratował wprawdzie prezydent John F. Kennedy, który zachęcał do przyjęcia ustawy, tyle tylko, że jego środowisko polityczne ją zablokowało. Temat dokończył następca Kennedy’ego, prezydent Johnson, bardziej z konieczności wyciszenia przynajmniej jednego źródła niepokojów (trwały marsze przeciwko wojnie w Wietnamie i jednocześnie marsze poparcia dla Martina Luthera Kinga) niż z przekonania. Pewnie dlatego zniesienie segregacji w praktyce było długim i bolesnym procesem. Niektórzy twierdzą, że trwa on do dzisiaj – większość Afroamerykanów w sondażach wyraża zdanie, że nadal są oni traktowani jak niepełnoprawni obywatele. Podobne nastroje rosną szczególnie po takich akcjach policji jak przypadek w Minneapolis. Głośną sprawą było m.in. zabicie w 2014 roku młodego Afroamerykanina przez białego policjanta w Ferguson, na przedmieściu St. Louis. Doszło do potężnych rozruchów w całych Stanach. Protestujący wskazywali, że podobnych przypadków – brutalności białych policjantów wobec nieuzbrojonych Afroamerykanów – było dużo więcej. A gdy również policjant z Ferguson został uniewinniony, fala rozruchów przeszła ponownie przez całą Amerykę.

Prawda statystyk

Oczywiście takie sytuacje, z pewnością bulwersujące, są odpowiednio podkręcane przez media, które pogłębiają w Afroamerykanach poczucie dyskryminowania przez policję. Tyle tylko, że jeśli spojrzeć na oficjalne statystyki, sytuacja nie jest tak – nomen omen – czarno-biała. Spójrzmy na rządowe dane z trzech ostatnich lat: okazuje się, że w tym samym okresie policjanci zastrzelili dwukrotnie więcej białych niż czarnych w różnego rodzaju akcjach, zarówno w trakcie strzelaniny z policją, jak i w sytuacjach, gdy zastrzelony był nieuzbrojony. Ktoś może powiedzieć, że przecież w skali całego kraju Afroamerykanie stanowią zdecydowaną mniejszość w porównaniu z białymi, więc te statystyki i tak „zawyżają” reprezentację czarnoskórych wśród zabitych przez organy ścigania. Tyle tylko, że punktem odniesienia tych porównań nie może być cała populacja Amerykanów, lecz dane dotyczące przestępstw w poszczególnych grupach. Wtedy okazuje się, że ok. 50 proc. wszystkich zabójstw w Stanach dokonują Afroamerykanie. A zatem jasne jest, że to oni mają częściej do czynienia z policją. Co więcej, dane rządowe pokazują jeszcze jedną ważną rzecz: że zabici czarnoskórzy obywatele USA są najczęściej ofiarami innych Afroamerykanów. „Aż 70 proc. zabójstw popełnianych jest przez czarnych na czarnych” – mówił niedawno w rozmowie telewizyjnej czarnoskóry (!) prawnik i prezenter radiowy Larry Elder. Rozmowę prowadził biały prezenter, starający się udowodnić, że rasizm w USA jest systemowy. Oczywiście rodzi się pytanie o powód, dla którego właśnie wśród Afroamerykanów przestępczość jest tak wysoka. I tu jedną z odpowiedzi jest właśnie „systemowe” skazanie na wykluczenie i brak dostępu do tego, co mają biali. Czy to nadal skutek stosunkowo niedawno zniesionej segregacji rasowej?

Równość jako dyskryminacja?

Marek Wałkuski w swoim „Wałkowaniu Ameryki” przytacza opinię czarnoskórego profesora studiów afroamerykańskich z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, który twierdzi, że podczas gdy 72 proc. białych po ukończeniu liceum idzie na studia, tylko 56 proc. czarnych wybiera tę samą drogę, co, moim zdaniem, nie jest aż tak dużą dysproporcją. Z pewnością byłoby dużo gorzej, gdyby nie prowadzona od dekad tzw. akcja afirmacyjna, mająca na celu wyrównywanie szans białych i czarnych obywateli USA. Ta idea ma gorących przeciwników: w praktyce bowiem wiele uczelni wprowadza limity przyjęć białych kandydatów po to, by wypełnić miejsca przeznaczone dla czarnych. To budzi wątpliwości, bo kryterium nie są tu umiejętności, tylko pochodzenie rasowe, co bywa określane jako nowy rodzaj rasizmu, tyle że obracającego się przeciwko białym. Skrajnym przykładem była akcja „dzień bez białych”, jaką popularny dziś ruch Black Lives Matter wspierał na amerykańskich uczelniach: na teren uniwersytetów nie mieli prawa wchodzić ani biali studenci, ani biali profesorowie. Zwolennicy „afirmacji” przekonują, że bez takich wyrównujących szanse działań podziały i nierówności między białymi i czarnymi byłyby jeszcze większe. Tyle tylko, że to nie klasyczny rasizm jest główną przyczyną dzisiejszych nierówności. Marek Wałkuski pisze, że „w USA istnieje niechęć białych do czarnych, ale nie ma ona wiele wspólnego z kolorem skóry, tylko z dezaprobatą dla wysokiej przestępczości, patologii i roszczeniowej postawy Afroamerykanów”. Jak bardzo złożone są te relacje, przekonałem się ponad trzy lata temu w Waszyngtonie. W tłumie wiwatującym na cześć zaprzysiężonego właśnie Donalda Trumpa stało dwóch czarnoskórych wyborców – byli wyraźnie pozytywnie nastawieni do nowego prezydenta. Podeszła do nich oburzona biała Amerykanka i „uświadamiała”: „Chłopaki, przecież to jest rasista!”.

Antifa nie przejdzie

Nie ma wątpliwości, że część przetaczających się przez Amerykę protestów wynikała ze zrozumiałego oburzenia zabójstwem George’a Floyda. Problem w tym, że tego, w co przerodził się słuszny protest, obronić się nie da. Choć część amerykańskich, a za nimi światowych mediów zrobiła sporo, by pomóc odbiorcom „zrozumieć” przestępcze działania Antify, która podpaliła – dosłownie – Amerykę. Ruch, gromadzący wszelkiego rodzaju „antyfaszystów” (choć w praktyce stosujący metody faszystowskie), sprawnie zagospodarował społeczne oburzenie nie tylko zabójstwem Floyda, ale wszelkimi nierównościami, jakie dzielą dziś Amerykanów. Antifa jest emanacją tego samego prądu, który od paru dekad de facto chce zanegować same podstawy demokracji i wywrócić porządek światowy metodami, których nie powstydziliby się bolszewicy. Ich ofiarami są nie tylko konserwatyści czy liberalna (gospodarczo) prawica, ale również środowiska umiarkowanej lewicy. Źródła tego, co dziś określa się jako ruch Antifa, sięgają wczesnych lat zimnej wojny, gdy Sowieci zaczynali tworzyć rozbudowaną sieć grup i ruchów mających na celu destabilizację zachodnich społeczeństw. Współczesna Antifa traktuje przemoc jako główne narzędzie walki z rzeczywistością – można powiedzieć: z cywilizacją. Jej aktywność w obecnej sytuacji w USA szkodzi sprawie, o którą chcą walczyć zwykli Amerykanie: bo rasizm i nierówności nie są przecież całkiem wydumane. I mit (czy grzech) założycielski najwyraźniej wymaga jeszcze odpokutowania. Tyle że taka rewolucja (której ofiarą padają również Afroamerykanie) jest drogą donikąd.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama