Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nasz Rembrandt

Był zbyt biedny, żeby zostać uczniem wielkiego Rembrandta, malarza, którego podziwiał. Z czasem dorobił się jednak prawie tak wielkiej pracowni, jaką miał holenderski mistrz, a jego styl potrafił sobie świetnie przyswoić. Wystawę obrazów Michaela Willmanna można podziwiać we Wrocławiu.

Gigantyczne obrazy Willmanna wymagają szczególnych warunków ekspozycyjnych. Właśnie takich, jakie zapewnia Pawilon Czterech Kopuł, piękny modernistyczny gmach, oddział Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Na wystawie „Willmann. Opus magnum” zgromadzono prawie sto dzieł, mniej więcej jedną trzecią zachowanej spuścizny artysty. Obrazy sprowadzono z muzeów i kościołów z całej Polski. Niektóre z nich znajdowały się w miejscach, w których były niewidoczne albo słabo widoczne dla zwiedzających. Na przykład po raz pierwszy eksponowane są po gruntownej konserwacji fragmenty malowideł ze stropu pałacu opatów lubiąskich w Moczydlnicy Klasztornej.

Wystawa, która potrwa do 4 października, stwarza niezwykłą okazję poznania dorobku tego artysty, nazywanego dziś śląskim Rembrandtem, którego jemu współcześni określali mianem śląskiego Apellesa, nawiązując do postaci najwybitniejszego malarza starożytnej Grecji. Kuratorem wystawy jest prof. Piotr Oszczanowski, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Z Królewca do Lubiąża

Michael Lucas Leopold Will- mann (1630–1706) pochodził z Królewca (dziś Kaliningrad w Rosji). Miał dziewięcioro rodzeństwa. Malować uczył się od ojca, malarza cenionego w rodzinnym mieście. Warsztat po ojcu odziedziczył jednak Tobias, starszy brat Michaela. Praca w rodzinnym warsztacie nie utrzymałaby dwóch mistrzów. W 1650 roku Michael wyruszył więc w świat, by najpierw udoskonalić swoje umiejętności, a następnie znaleźć pracę. W Niderlandach podziwiał dokonania Rembrandta i Rubensa, oglądał kolekcje malarstwa w Polsce i w Czechach, kupował wzorniki z popularnymi motywami ikonograficznymi. Uczył się jednak sam. Nie było go stać na to, by przez kilka lat tylko pobierać nauki, musiał zacząć zarabiać na życie. Na krótko zatrzymał się we Wrocławiu, gdzie otrzymał ważne zlecenie na obrazy do kościoła św. Elżbiety, który wówczas był najważniejszą świątynią luterańską w mieście. Tam zauważył go opat klasztoru cystersów w Lubiążu, o. Arnold Freiberger. W 1656 roku Willmann otrzymał pierwsze zlecenie od cystersów, z którymi po kilku latach związał się na stałe.

Dziś zamówienie, które opat złożył Willmannowi, wydaje się faktem banalnym, w rzeczywistości był to czyn rewolucyjny, wystawiający bardzo dobre świadectwo o. Arnoldowi Freibergerowi. Docenił on niezwykły talent malarza, nie zrażając się tym, że Willmann był wyznawcą nauk Kalwina. Jednym z dzieł, które młody kalwinista namalował wówczas dla cystersów, była „Koronacja Maryi”, obraz sprzeczny z wyznawaną przez artystę religią. Działo się to wszystko zaledwie 8 lat od zakończenia wojny trzydziestoletniej, konfliktu, który rozpalił w Europie wielką nienawiść między katolikami i protestantami. Opat i malarz potrafili się jednak porozumieć w duchu ekumenizmu, ponad podziałami.

Artysta spełniony

Po kilku latach, w 1660 roku Willmann zamieszkał w Lubiążu już na zawsze. Tam się ożenił i doczekał pięciorga dzieci. Po śmierci pochowano go w krypcie kościelnej. Opactwo miało ogromne zapotrzebowanie na dobrą sztukę i odgrywało na Dolnym Śląsku wielką rolę kulturotwórczą. Był to jeden z największych klasztorów w Europie (fasada ma 223 metry długości, a powierzchnia dachów 2,5 hektara!). W klasztornym kościele odbywały się pochówki Piastów Śląskich, a pałac opacki stał się jednym z najbardziej okazałych miejsc na Śląsku. Willmann wykonywał też obrazy dla cystersów z Henrykowa i wielu okolicznych kościołów. Uprawiał nie tylko malarstwo sztalugowe, ale również ścienne (słynne są jego malowidła z Krzeszowa) oraz grafikę.

Z czasem urządził w Lubiążu dwie pracownie. Na piętrze swego domu malował obrazy małe i średnie, a w osobnym budynku tworzył monumentalne kompozycje. Miał wielu uczniów, zatrudniał też szereg rzemieślników różnych specjalności, pomagających mu w przygotowywaniu płócien, budowie rusztowań czy transporcie gotowych dzieł. Pracownia Willmanna opisywana była wręcz jako mała fabryczka.

W 1663 roku artysta nawrócił się na katolicyzm. Stało się to podczas jego podróży do Berlina, na dwór elektora brandenburskiego, gdzie zaprzyjaźnił się z przebywającym tam wówczas o. Friedrichem Wolfem von Lüdinghausenem, jezuitą, kapelanem cesarza Leo- polda I. Rozmowy z nim doprowadziły Willmanna do decyzji o zmianie wyznania. Była to niewątpliwie decyzja szczera, niekoniunkturalna, bo artysta miał już wówczas ugruntowaną pozycję, pieniądze i sławę.

Męczennicy znowu razem

Rodzina artysty w XVIII wieku wyprowadziła się z Lubiąża, ale jego dzieła pozostały. Nawet gdy cystersi opuścili Lubiąż, po tym jak w 1810 roku król pruski zarządził sekularyzację dóbr zakonnych, obrazy wisiały tam nadal. W połowie XIX wieku dom Willmanna spłonął. Pożar przetrwały jednak dzieła dekorujące kościelne i pałacowe wnętrza. Dopiero koniec II wojny światowej spowodował rozproszenie kolekcji. Dzieła Willmanna trafiały do różnych muzeów i kościołów. Wiele z nich znajduje się dziś w Warszawie. Wielkim walorem wrocławskiej wystawy jest to, że możemy zobaczyć na niej obok siebie obrazy, które artysta zaplanował jako cykl, a które obecnie znajdują się w różnych miejscach. – Po raz pierwszy, po blisko 70 latach, scalony został wstrząsający w swej wymowie i przesłaniu cykl malarski martyriów pierwszych chrześcijan – mówi prof. Piotr Oszczanowski.

Jakie miejsce w historii sztuki zajmuje twórczość Michaela Willmanna? Specjaliści zgodnie twierdzą, że był on najwybitniejszym artystą związanym ze Śląskiem. Jego dzieła są istotne również dla kultury polskiej, bo przed XIX wiekiem w naszym kraju, jak też na terenach włączonych do Polski po II wojnie światowej żyło niewielu wybitnych malarzy. Między innymi dlatego nasze kolekcje są ubogie w porównaniu ze zbiorami wielu innych państw. Michael Willmann był Niemcem, zapewne dlatego w okresie PRL niewiele o nim mówiono i pisano, próżno byłoby szukać wzmianek o nim w podręcznikach szkolnych. To sprawiło zapewne, że jest w Polsce stosunkowo mało znany poza kręgami specjalistów. A był przecież artystą o wielkim talencie i pracowitości.

Z drugiej strony trzeba zaznaczyć, że w Niderlandach, Włoszech czy Hiszpanii pracowało w XVII wieku bardzo wielu artystów o umiejętnościach zbliżonych do „naszego Rembrandta”. Powinniśmy o tym pamiętać, podziwiając jego twórczość. •

Sąd nad Chrystusem

Oskarżony Jezus, ubiczowany i w cierniowej koronie, siedzi na środku pomieszczenia. Obok Piłat zasiada przy stoliku i pochyla się nad spisywanym przez siebie wyrokiem, zaczynającym się od słów: „My, Poncjusz Piłat, prefekt w Jerozolimie...”. Dookoła gromadzą się oskarżyciele: członkowie żydowskiej Wysokiej Rady. Każdy z nich trzyma przed sobą kartę ze swym imieniem i zarzutem, jaki formułuje pod adresem oskarżonego. Adwokata w tym sądzie nie ma, a od wyroku nie przysługuje odwołanie. Pod stolikiem czeka już za to misa z wodą i ręcznik, aby Piłat mógł umyć ręce od odpowiedzialności. Zresztą w prześwicie wyjściowej bramy w środku kompozycji widać jeszcze jeden wymowny napis z nagłówkiem: „Populus ad Pilatum” (lud do Piłata). Zawiera on treść okrzyków dochodzących z zewnątrz, spoza pretorium: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” (Mt 27,25). Ta scena jest bardzo rzadko przedstawiana na obrazach, bo nie znajduje potwierdzenia w Piśmie Świętym. W rzeczywistości Wysoka Rada i rzymski namiestnik nie sądzili Jezusa razem, w tym samym czasie. Michael Willmann, malując dzieło, oparł się na apokryfie (czyli starym piśmie mówiącym o wydarzeniach biblijnych, ale nie uznanym przez Kościół za natchnione i wiarygodne), odkrytym we włoskim mieście L’Aquila dopiero w 1580 roku. Apokryf zawierał sentencję wyroku podpisanego przez Piłata oraz spis imion członków Sanhedrynu i listę ich szczegółowych zarzutów. Bardzo szybko zdobył on wielką popularność w całej Europie. Już w 1581 roku ukazało się w Ratyzbonie jego pierwsze wydanie drukiem. Wkrótce zaczęły ukazywać się grafiki, na jakich zapewne oparł się Michael Willmann. Obraz należy do chrystologicznego cyklu malowanych farbą olejną na płótnie pięciu monumentalnych dzieł, które sporządził artysta własnoręcznie na zamówienie cystersów z Henrykowa. Należą one do szczytowych osiągnięć Willmanna. Wszystkie mają podobny półkolisty kształt i jednakowe wymiary: 345 na 530 centymetrów.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama