Nowy numer 28/2020 Archiwum

Smok doleciał

Kiedyś loty człowieka w kosmos wywoływały ogromne emocje. Potem spowszedniały. Przez ostatnich kilka dni emocje sprzed dziesiątków lat częściowo powróciły. I nie ma się co dziwić.

Po raz pierwszy od prawie dekady rakieta wystartowała z terenu USA i wyniosła w przestrzeń kosmiczną amerykańskich astronautów. Już samo to jest wydarzeniem. Ale to nie wszystko. Rakieta Falcon-9 (Sokół) jest pierwszą od bodaj 40 lat nową konstrukcją wynoszącą ludzi w kosmos. Na dodatek została wybudowana przez prywatną firmę SpaceX należącą do wizjonera i miliardera Elona Muska. A to wciąż nie wszystko. Jej kapsuła Dragon (Smok) jest niepodobna do nieczego, co dotychczas zanosiło ludzi na orbitę. Może mieścić aż siedmiu pasażerów, jest – jak na tego typu konstrukcje – duża i bardzo nowoczesna. W zasadzie wygląda jak duży symulator lotu. Nie ma guzików ani pokręteł, tylko całą ścianę dotykowych ekranów. No i ma zabezpieczenia, których nie miał żaden z dotychczas latających z ludźmi w kosmos obiektów. Nie powinno dziwić, że start osobiście obserwował prezydent USA Donald Trump i… dziesiątki milionów ludzi na całym świecie.

Rakieta powraca

Rakieta miała zostać wystrzelona w zeszłą środę, ale niepewna pogoda pokrzyżowała plany, lot uznano za zbyt ryzykowny i odwołano. Kolejna próba – tym razem zakończona sukcesem – miała miejsce w sobotę wieczorem (czasu polskiego). Wszystko odbyło się zgodnie z planem. Nawet to, że pierwszy człon rakiety Falcon bez problemu wylądował na specjalnym lądowisku. To jedna z wielu innowacji rakiet ze SpaceX. Do tej pory rakiety – zarówno amerykańskie, jak i rosyjskie – były w ogromnej większości (zwykle w całości) jednorazowego użytku. Poszczególne człony rakiet czy zbiorniki na paliwo albo lądowały w oceanie, albo spalały się w wyższych partiach atmosfery, albo stawały się kosmicznymi śmieciami. Między innymi to powodowało, że wynoszenie ludzi czy towarów w kosmos było koszmarnie drogie, a to z kolei skutecznie powstrzymywało szybki rozwój usług kosmicznych. Od kilku lat SpaceX testowało technologię, dzięki której człony rakiet same wracały na Ziemię i mogły być powtórnie wykorzystywane. W końcu – czy wyrzucamy na złom samolot po odbyciu każdego rejsu? Albo samochód po przejechaniu trasy z domu do pracy?

Po 19 godzinach od startu kapsuła Dragon bezbłędnie zadokowała w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. W kapsule było dwóch astronautów – Bob Behnken oraz Doug Hurley, Amerykanów, którzy w przeszłości byli już w kosmosie. Latali tam na pokładzie promów kosmicznych. W czasie lotu musiało im towarzyszyć niesamowite uczucie podróży w warunkach zupełnie dla nich nowych. Dragon nie wymaga obsługi. Oczywiście gdy sytuacja wymknie się spod kontroli, gdy pojawią się jakieś trudności, można go pilotować ręcznie, ale jest on tak zaprojektowany, że w standardowych warunkach nie jest to konieczne. Choć w kapsule jest miejsce dla siedmiu osób, leciały tylko dwie.

To był pierwszy załogowy lot kapsuły Dragon w kosmos. I ostatni kończący długą listę testów. Astronauci mieli za zadanie kontrolować wszystkie parametry lotu, zalecano także, by przynajmniej na jakiś czas wyłączyli systemy automatyczne, po to by móc spróbować manualnie sterować lotem kapsuły. Na Ziemi nie mają takich szans. Samo dokowanie też nastąpiło automatycznie, choć w przypadku wcześniejszych konstrukcji zawsze odbywało się ręcznie.

Turystyka i Mars

Dla Elona Muska i jego SpaceX ostatnie dni były okazją, by zaprezentować się jako poważny gracz na rynku technologii kosmicznych, równorzędny partner największej na świecie agencji kosmicznej. Jest bez wątpienia pierwszy i tego nikt mu nie odbierze. NASA podpisała z nim wielomiliardowy kontrakt na transport ludzi i towarów na niską orbitę Ziemi. Drugą prywatną firmą, która podpisała podobny kontrakt, jest Boeing. Tyle tylko, że ten gigant lotniczy, który ma duże doświadczenie w budowie satelitów, na ostatniej prostej dał się przegonić. Start pierwszej misji załogowej Boeinga ma nastąpić w ciągu następnych miesięcy. Na stację kosmiczną mają latać obydwa statki.

Dla Muska sukces ostatnich dni był ważny z finansowego i wizerunkowego punktu widzenia. Teraz już nikt nie powie o nim, że jest szaleńcem i mitomanem. A jeśli ktoś już bardzo będzie chciał to powiedzieć, będzie musiał jeszcze dodać: „skutecznym”. Muskowi potrzebne są pieniądze na utrzymanie kosmicznej infrastruktury i projektowanie, a w dalszej perspektywie budowanie elementów składowych misji turystycznych, na których chce zarabiać, i misji na Marsa. To jest jego prawdziwy cel – kolonizacja Czerwonej Planety. Mówi o tym od wielu lat, ale chyba dopiero teraz większość słuchaczy zaczęła jego słowa traktować poważnie. Bo jeżeli ktoś jest w stanie od zera wybudować firmę, która skutecznie wysyła ludzi na orbitę, która stworzyła rakiety wracające na Ziemię i kapsułę, której bliżej do „Gwiezdnych wojen” niż do kapsuł Apollo, to co stoi na przeszkodzie, by wysłał załogową misję na Marsa?

Elon Musk, o czym w „Gościu” pisałem już wiele razy, jest wizjonerem-celebrytą. Skutecznym wizjonerem-celebrytą. Potrafi nie tylko doprowadzić do celu to, co sobie wymyślił, ale zrobić to w najlepszym stylu. Jego projekty są dopracowane nie tylko technicznie, ale także wizerunkowo. Tak było i tym razem. Miejsce, z którego była wystrzeliwana rakieta, zostało wybrane nieprzypadkowo. Właśnie stąd ponad 50 lat temu ludzie wylatywali na Księżyc. Na miejsce startu astronauci lecący w kapsule Dragon dojechali białym elektrycznym SUV-em. Oczywiście marki Tesla, która także należy do Elona Muska. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę? Może tak. Kilka lat temu Musk wysłał w kosmos inną wersję samochodu Tesla. Czerwony kabriolet został uwolniony w przestrzeni kosmicznej i poleciał „ku gwiazdom”. Za kierownicą został umieszczony manekin w kombinezonie – takim, jaki mieli na sobie astronauci wysłani kilka dni temu w kosmos. Czerwony kabriolet mógł wysłać w kosmos tylko Musk. A kombinezony wyglądają jak z filmu, nie jak ze świata realnego. Przy czym są wygodniejsze, bezpieczniejsze i praktyczniejsze.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się