Nowy numer 42/2020 Archiwum

Covid dusi Amazonię

Pandemia z ogromną siłą uderzyła w Amazonię. Rdzennym Indianom grozi wyginięcie. W płucach świata brakuje tlenu, żywności, lekarstw i mydła. W skrajnie trudnych warunkach pomoc organizują pracujące tam polskie misjonarki świeckie.

Jest tak źle, że chciałoby się krzyczeć, błagać o pomoc, choć wiem, że to niejedyne miejsce na świecie, gdzie ludzie cierpią – tak dramatyczną wiadomość otrzymałam od Beaty Prusinowskiej, polskiej misjonarki pracującej w Amazonii. Jej główną bazą jest peruwiańskie miasteczko El Estrecho, przy granicy z Kolumbią. Stamtąd wyrusza do indiańskich osad leżących wzdłuż rzeki Putumayo. Jest to rozległy teren zamieszkiwany przez rdzenne plemiona zdziesiątkowane niewolniczą pracą w czasie gorączki kauczukowej. Teraz do dżungli dotarł wirus. – Mamy kilkadziesiąt osób na kwarantannie. Brakuje jednak testów, a pobrane próbki trzeba wysyłać samolotem do odległego Iquitos – mówi B. Prusinowska. Wprowadzenie stanu wyjątkowego zablokowało ją w tym 600-tysięcznym mieście będącym stolicą peruwiańskiej Amazonii, a zarazem bazą logistyczną Wikariatu św. Józefa, gdzie pracują również Polacy – cztery misjonarki świeckie i sześciu księży. Teren wikariatu odpowiada połowie powierzchni Polski. Księża posługują m.in. w seminarium duchownym, do którego również dotarł wirus. Wszyscy jednak czują się dobrze.

Umierają w domach

Do odizolowanego Iquitos, dokąd nie prowadzą żadne drogi lądowe, wirusa przywieźli turyści i przedsiębiorcy, którzy przylecieli ze stołecznej Limy. W mgnieniu oka epidemia obnażyła niewydolność systemu opieki medycznej i ogromną korupcję, która panuje w tym kraju. W Iquitos 80 proc. personelu medycznego jest zarażone. W szpitalach nie ma już miejsc. Pozbawieni pomocy ludzie umierają w domach. – Znajoma pielęgniarka mówiła, że na pogotowiu ratunkowym z 30 lekarzy zostało tylko dwóch, ponieważ reszta jest zarażona albo zmarła. Z 50 pielęgniarzy tylko czterech przychodzi do pracy – mówi Prusinowska. W aptekach brakuje podstawowych leków, których ceny wzrosły nawet 20-krotnie. Ludzie się jednak nie poddali. Kiedy ich bliscy zaczęli umierać z powodu braku tlenu, zorganizowano zbiórkę społeczną, dzięki której dla szpitala udało się kupić maszynę do nabijania butli z tlenem. – Nie wszystkim się to spodobało. Są bowiem bezwzględne grupy, które zarabiały na sprzedaży tlenu zdesperowanym ludziom, chcąc się dorobić na ludzkim nieszczęściu – mówi Dominika Szkatuła.

To prawdziwa kobieta instytucja w wikariacie, gdzie pracuje od 38 lat. – Oderwałaś mnie od pakowania paczek z pomocą – słyszę w słuchawce. W głosie słychać zmęczenie, ale i radość, że pierwsza pomoc płynie już do wiosek zagubionych w sercu dżungli. Taki transport płynie dwa, trzy tygodnie. Trzeba się więc śpieszyć, by dotrzeć z pomocą, zanim będzie za późno. Na statki ładowane są maseczki ochronne, zestawy najpotrzebniejszych leków, rękawiczki i koncentratory tlenu. Do tego sól, zapałki, olej i cukier.

Peru jest trzecim krajem Ameryki Południowej pod względem liczby zgonów na milion mieszkańców. Jednak ludzie bardziej niż koronawirusa obawiają się tu głodu. – W wioskach jest łatwiej przeżyć, bo są pola, można złowić ryby czy upolować zwierzynę. Jak dostaną sól, to mogą to przechować, bo nie mają lodówek, ponieważ tam nie ma prądu. Jednak 70 proc. mieszkańców Iquitos żyje z dnia na dzień. Brak codziennego zarobku sprawia, że ludzie, którzy wyemigrowali za pracą, teraz mimo zakazów pod osłoną nocy zaczynają wracać do swych wiosek i roznosić wirusa – opowiada Szkatuła.

Biedni pomagają biedniejszym

Anię Borkowską łapię w biegu między kupowaniem leków a załatwianiem transportu koncentratorów tlenu z Kolumbii. – 30 misjonarzy, którzy normalnie pracują w wioskach, epidemia uwięziła w Iquitos. Dzięki temu cały sztab ludzi organizuje pomoc dla wiosek – mówi misjonarka, która jest ekonomem wikariatu. Śmieje się, że jej głównym zadaniem jest żebranina, bo ten ubogi wikariat ciągle potrzebuje środków. Pierwsze koncentratory tlenu kupiła, zanim epidemia wybuchła z ogromną siłą. Radziła się amerykańskiego lekarza, który znał realia Amazonii. Właśnie ten sprzęt lepiej się tu sprawdza. Urządzenie nie potrzebuje bowiem butli z tlenem, które można zdobyć i napełnić jedynie w Iquitos. Aparat koncentruje tlen z powietrza i pomaga osobom z problemami oddechowymi.

Misjonarka wskazuje, jak w czasie kryzysu opatrznościowa stała się inicjatywa papieża Franciszka dotycząca utworzenia Panamazońskiej Sieci Kościelnej (REPAM). – Dzięki temu poznaliśmy się i nawiązaliśmy współpracę. Wystarczy jeden telefon, a jezuici z Kolumbii pomagają mi w transporcie sprzętu kupowanego w Bogocie, a kapucyni z Ekwadoru dostarczają leki – mówi Borkowska. Oficjalnie granice są zamknięte. Te w dżungli nigdy nie były jednak szczelne. – Przewiezienie sprzętu łodzią z jednego brzegu na drugi nie jest problemem, a dzięki temu potrzebne rzeczy szybciej można dostarczyć potrzebującym – podkreśla. Pomysł zorganizowania zbiórki wśród Polaków (akcja „COVID-19 dusi dżunglę” na www.pomagam.pl) pojawił się po tym, jak misjonarki były świadkami śmierci młodej kobiety, która udusiła się, mimo że obok niej stała pełna butla. – Kiedy ją podłączono, okazało się, że zawór jest niewłaściwy, biegano po szpitalu w poszukiwaniu klucza francuskiego, by go zmienić… Nie udało się. Ta kobieta miała 35 lat i osierociła pięcioro dzieci – wspomina poruszona misjonarka. Wyznaje, że spotyka wielu dobrych ludzi, którzy w czasie kryzysu solidarnie chcą pomagać potrzebującym. Apteki w Iquitos taniej sprzedają misjonarkom leki, dostały też zniżkę na transport awionetkami z Limy, gdzie wszystko jest o wiele tańsze. – W wielu wioskach odbywały się zbiórki na podstawowe środki pomocy. Biedni pomagali jeszcze biedniejszym – mówi z entuzjazmem. Tak było np. w Pebas, gdzie pracuje ks. Paweł Sprusiński. Ludzie zamknięci w domach dzwonili do niego, by przyjechał i odebrał pieniądze, które chcieli przekazać na pomoc innym.

Zostań w wiosce

Na początku epidemii misjonarki zorganizowały akcję informacyjną na temat koronawirusa. Przekonały mieszkańców do konieczności izolacji. Polskiemu „Zostań w domu” odpowiadało „Zostań w wiosce”.

– Paradoksalnie wirus dotarł do dżungli wraz ze statkami z pomocą żywnościową. Ludzie, którzy pracowali przy rozładunku, zanieśli go do swych rodzin – mówi Gabriela Filonowicz, odpowiedzialna za szpital i 13 przychodni zdrowia nad rzeką Napo. Miasteczko Santa Clotilde, gdzie przebywa, jest w całkowitej kwarantannie. Pracuje tam dwóch lekarzy.

– Nie mamy personelu, nie mamy lekarstw, nie mamy mydła, które można by rozdać w wioskach. Ludzie umierają, bo brakuje nam tlenu. Walczymy o życie zarażonych koronawirusem, ale walczymy też o zdrowie kobiet ciężarnych, dzieci, które mają zapalenie płuc, ludzi, którzy ulegli wypadkom – mówi misjonarka. Sytuacja wygląda nie najlepiej przede wszystkim dlatego, że do szpitala i przychodni nie dotarła żadna pomoc ze strony rządu. Koronawirus nie sprawił też, że nagle zniknęły inne śmiertelne choroby, jak żółta febra, malaria czy denga.

Już przed pandemią ten teren uważany był za region skrajnej biedy. Kryzys tylko pogłębił drapieżne wykorzystywanie bogactw Amazonii. Zmniejszenie w tym okresie kontroli sprawiło, że kwitnie nielegalny wyrąb puszczy.

– W wielu miejscach nie można było wprowadzić izolacji, ponieważ władze ugięły się pod naciskiem wielkich potentatów, którzy potrzebowali taniej siły roboczej – zauważa o. Roberto Carrasco, który uczestniczył w synodzie dla Amazonii. Wirusa roznosili m.in. drwale nielegalnie przybywający do dżungli.

Dominika Szkatuła, która w wikariacie odpowiada za duszpasterstwo Indian, wskazuje, że niektórym grupom etnicznym grozi wyginięcie. – W naszym wikariacie mamy dziewięć grup indiańskich, to są ludy pierwotne. Wiemy z historii, że choroby, które przynoszono z zewnątrz, dziesiątkowały te grupy albo doprowadzały do ich wyginięcia – przestrzega misjonarka. Ze środków pozyskanych podczas zbiórki prowadzonej wśród Polaków misjonarki kupują maszyny do produkcji tlenu, leki, aparaty do mierzenia ciśnienia, agregaty prądotwórcze. – Z dżungli żyje cały świat. Wirus odciął oddech strażnikom dżungli – broniąc ich życia, bronimy siebie – mówi Dominika Szkatuła.

Władze Peru przedłużyły stan wyjątkowy do końca czerwca, ostrzegając, że nadejdzie drugie, mocniejsze uderzenie wirusa.

W tej sytuacji misjonarki intensyfikują działania na rzecz najuboższych, gdyż – jak mówią – „nie możemy zrobić wszystkiego, czego potrzebuje świat, ale świat potrzebuje wszystkiego, co możemy zrobić”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama