Nowy numer 28/2020 Archiwum

Jaka prezydentura?

Wybory prezydenckie są dobrą okazją, aby zastanowić się nad rolą tego urzędu w naszym systemie politycznym. Czy chcemy silnej prezydentury, czy jedynie osoby, która będzie nas reprezentowała?

Problem z obecnym modelem prezydentury polega na tym, że został on stworzony niekonsekwentnie, bez wyraźnie zarysowanego kształtu i miejsca w systemie politycznym. Zwłaszcza od czasu uchwalenia w 1997 r. konstytucji (która w istotny sposób osłabiła siłę urzędu prezydenckiego, zmniejszając wymaganą większość sejmową, potrzebną do odrzucenia jego weta, z dwóch trzecich do trzech piątych) każdy kolejny prezydent RP znajduje się w dwuznacznej sytuacji.

Reprezentant i strażnik konstytucji

Konstytucyjne prerogatywy prezydenta RP sprowadzają się głównie do reprezentacji zewnętrznej oraz ogólnie sformułowanego zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi. Prezydent ratyfikuje wszystkie międzynarodowe umowy i konwencje, ma także zasadniczy wpływ na kształt korpusu ambasadorskiego i w ten sposób możliwość kształtowania polityki zagranicznej rządu. Jednak to konstytucyjny minister spraw zagranicznych decyduje o jej kierunku. Jeśli jest z obozu przeciwnego aniżeli prezydent, rodzi to szereg poważnych komplikacji. Okoliczności przygotowania do uroczystości katyńskich w kwietniu 2010 r., kiedy zabrakło konsultacji pomiędzy Ministerstwem Spraw Zagranicznych a Kancelarią Prezydenta RP, są najbardziej spektakularnym, a zarazem tragicznym przejawem problemów, jakie mogą wystąpić, kiedy prezydent, premier i minister spraw zagranicznych są z przeciwstawnych opcji politycznych.

W odniesieniu do zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi konstytucja nie daje prezydentowi uprawnień dowódczych czy prawa do wydawania rozkazów jednostkom bojowym. Zwierzchnictwo jest cywilne i wiele w tym względzie zależy od dobrej współpracy prezydenta z politycznym kierownictwem Ministerstwa Obrony Narodowej. Prezydent jednak podpisuje nominacje generalskie, i jest to z pewnością ważny instrument kształtowania kadr dowódczych polskiej armii. Prezydent Andrzej Duda skorzystał z niego w czasie konfliktu z min. Antonim Macierewiczem, kiedy na dłuższy czas wstrzymał wszystkie nominacje generalskie, aby zademonstrować swój sprzeciw wobec decyzji ministra.

Ważnym konstytucyjnym obowiązkiem prezydenta RP jest czuwanie nad przestrzeganiem ustawy zasadniczej. Zobowiązany jest więc do podejmowania działań mających zapobiegać naruszaniu konstytucji oraz zapewnić jej realizację. Dysponuje w tym zakresie dość precyzyjnymi instrumentami. Może zawetować ustawy, które uznaje za niekonstytucyjne, bądź w przypadku wątpliwości skierować je do Trybunału Konstytucyjnego. Problem powstaje, kiedy autorytet Trybunału jest przez część uczestników życia politycznego podważany. To sprawia, że ten sposób sprawowania przez prezydenta funkcji kontrolnych nad procesem stanowienia prawa jest uwikłany w bieżący konflikt polityczny. Istotną prerogatywą prezydenta jest natomiast prawo do nominowania sędziów, ale jedynie spośród osób wskazanych przez Krajową Radę Sądownictwa, oraz do wyboru I prezesa Sądu Najwyższego, ale także z grona wskazanych przez Zgromadzenie Ogólne sędziów Sądu Najwyższego.

Dla budowania hierarchii społecznego prestiżu ważne są kompetencje prezydenta w kwestii nadawania najwyższych odznaczeń państwowych i orderów.

Strukturalny brak równowagi

Generalnie jednak pozycja prezydenta w naszym systemie nacechowana jest oczywistym brakiem równowagi. Posiada bardzo silny mandat, gdyż wyłaniany jest w drodze powszechnych wyborów, a jednocześnie brakuje mu szerokich kompetencji. We wszystkich obszarach swej aktywności zależny jest od woli aktualnej większości parlamentarnej. Ponieważ destrukcyjna siła jego urzędu, wyrażająca się w prawie weta, jest silniejsza aniżeli możliwość kreowania pozytywnych rozwiązań, każdy prezydent stoi przed dylematem: być zakładnikiem obozu politycznego, który wsparł go w walce o prezydenturę, czy próbować budować własną pozycję, ryzykując z nim konflikt. Oczywiście można wskazać pozytywne strony prezydenckiego weta, którego większość parlamentarna nie była w stanie odrzucić. Weto prezydenta Lecha Wałęsy w lipcu 1994 r., którego rządząca wówczas lewica nie potrafiła obalić, zapobiegło wejściu w życiu fatalnej nowelizacji ustawy, która doprowadziłaby do aborcji na życzenie. Z tego uprawnienia dwukrotnie skutecznie skorzystał także prezydent Andrzej Duda, ryzykując spór z obozem Zjednoczonej Prawicy. Zrobił to, wetując fatalnie przygotowaną przez resort sprawiedliwości reformę systemu sądownictwa oraz wetując ustawę w sprawie Regionalnych Izb Obrachunkowych, co pozbawiło PiS narzędzia do kontroli samorządów. W jednym i drugim przypadku prezydent wzniósł się ponad lojalność wobec własnego obozu politycznego, co jednak nie było przyjmowane ze zrozumieniem przez część jego elektoratu.

Ten dylemat przeżywał każdy z urzędujących prezydentów. Lech Wałęsa walczył o model silnej prezydentury. Szybko jednak pokłócił się z własnym zapleczem, tworzonym początkowo przez braci Kaczyńskich. Po wielu targach z całą klasą polityczną otrzymał zapisy tzw. małej konstytucji z 1992 r., dające mu m.in. prawo do desygnowania premiera oraz opiniowania kandydatów na ministrów spraw zagranicznych, wewnętrznych i obrony. Wałęsa próbował stworzyć własne ugrupowanie w parlamencie, ale nie zakończyło się to sukcesem. Pozostała mu jedynie gra z poszczególnymi partiami, obliczona na doraźne korzyści, bez możliwości realizacji strategicznych planów politycznych.

Aleksander ­Kwaśniewski dość harmonijnie współpracował z kolejnymi rządami koalicji SLD-PSL, ale pełnił głównie funkcje reprezentacyjne, natomiast w życiu politycznym odgrywał rolę drugoplanową. Jego znaczenie wzrosło, kiedy do władzy doszła koalicja AWS-UW i rządził premier Jerzy Buzek. Wtedy prezydent Kwaśniewski wielokrotnie torpedował rządowe reformy, skutecznie chroniąc pozycję obozu postkomunistycznego. Jednak kiedy w 2001 r. wybory wygrało SLD, pod kierownictwem Leszka Millera, jego pozycja zdecydowanie się obniżyła. Podobne były losy prezydentury Bronisława Komorowskiego, akceptującego praktycznie wszystkie decyzje podejmowane przez gabinet Donalda Tuska.

Dwie możliwości

Podczas kampanii wyborczej obóz rządzący podkreśla, że wartością prezydentury Andrzeja Dudy jest jego dobra współpraca z sejmową większością. Skoro jednak prezydent ma być tylko dopełnieniem układu ukształtowanego w czasie wyborów parlamentarnych, powstaje pytanie, czy pełniący ten urząd powinien być wybierany w wyborach powszechnych. Myśląc o skutecznej prezydenturze, należy odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie, jaka prezydentura będzie naprawdę skuteczna, a więc posiadająca mandat proporcjonalny do zadań tego urzędu.

Są w tym zakresie dwie możliwości. Prezydent może pełnić funkcje reprezentacyjne, być autorytetem moralnym dla większości społeczeństwa, jak w Niemczech, we Włoszech, na Węgrzech czy na Słowacji. Nie ma jednak większych kompetencji w sprawach rządzenia. Tyle że nie ma potrzeby, aby prezydenta o niewielkich kompetencjach wybierać w wyborach powszechnych. To marnowanie sił i środków zarówno państwa, jak i obywateli. Powinien być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe, a więc obie izby parlamentu, tak jak dzieje się w krajach, gdzie funkcjonuje taki model prezydentury. Wybory powszechne mają sens jedynie w przypadku prezydenta, który ma szerokie kompetencje i który w istotny sposób może decydować o naszych wspólnych losach. Taki jest model prezydentury we Francji czy w Stanach Zjednoczonych, spośród krajów demokratycznych, oraz w Rosji i na Białorusi, gdzie jednak władza prezydencka nieograniczona żadnymi kadencjami zamienia się w istocie w dyktaturę. Najważniejszymi kompetencjami „silnego” prezydenta powinno być prawo do nominowania szefa gabinetu, prawo do wydawania dekretów, pełna kontrola nad resortami siłowymi oraz polityką zagraniczną państwa.

Pomysły prezesa

Zwolennikiem silnej prezydentury było kiedyś Porozumienie Centrum, kierowane przez braci Kaczyńskich. Prezydentem miał być Wałęsa, wysunięty po to, aby dokonać radykalnej zmiany w kraju. Kaczyńscy z Wałęsą szybko się jednak skłócili i stali się później nieprzejednanymi krytykami jego prezydentury, ale z postulatu stworzenia silnego urzędu prezydenckiego nie rezygnowali. Możliwość realizacji tych planów powstała, gdy prezydentem został Lech Kaczyński, a na czele rządu stanął Jarosław Kaczyński. W styczniu 2010 r. PiS zaprezentował w Sejmie projekt istotnych zmian konstytucyjnych. Głowa państwa otrzymałaby m.in. prawo odmowy powołania premiera lub innego członka rządu, jeżeli zaistnieje uzasadnione podejrzenie, że nie będzie on przestrzegał prawa. Ciekawym rozwiązaniem był pomysł, aby prezydent stanął na czele Rady do spraw Sądownictwa, która miała zastąpić Krajową Radę Sądownictwa. Biorąc pod uwagę obecne problemy z tym gremium, może warto byłoby wrócić do tamtych propozycji. Prezydent miałby też prawo „odsuwania osób skompromitowanych od sprawowania wymiaru sprawiedliwości”. Gdyby wówczas zostało to zrealizowane, pozwoliłoby uniknąć nam wielu zawirowań i problemów z reformą sądownictwa.

Po katastrofie smoleńskiej i śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego nikt już do tych planów nie wracał. Donald Tusk chciał mieć w Bronisławie Komorowskim spolegliwego wykonawcę swoich planów, a Jarosław Kaczyński skupił się na tworzeniu silnej opozycji. Gdy prezydentem został Andrzej Duda, prezes PiS do pomysłu wzmocnienia prezydentury już nie wrócił. Kiedy zaś zaczął o tym mówić prezydent Duda, odciął się od tych pomysłów. Przekonywał, że nie ma żadnej gwarancji na przyszłość, że urząd ten zawsze będzie pełniła osoba, która sprosta oczekiwaniom i wyzwaniom swoich czasów. Prezydent Duda próbował zainicjować debatę na ten temat, ogłaszając pomysł referendum konstytucyjnego. Wśród przedkładanych obywatelom do oceny kwestii znajdować się miała m.in. propozycja wzmocnienia władzy prezydenckiej, ale prezydent musiał otrzymać zgodę Senatu na przeprowadzenie tego referendum. Jednak zdominowana wówczas przez PiS izba wyższa ten pomysł zablokowała, ze szkodą dla szerszej debaty publicznej.

Silna prezydentura

Jestem za silną prezydenturą i ograniczeniem władzy parlamentu, który w obecnym kształcie przestał być forum debaty publicznej, a stał się polem bezpardonowego starcia rywalizujących ze sobą obozów politycznych. Przejawem atrofii życia politycznego są losy kolejnych inicjatyw obywatelskich, które, chociaż wspierane przez setki tysięcy obywateli, bez żadnej debaty i szerszej refleksji trafiają do sejmowej zamrażarki. Skrajnie upartyjnione życie polityczne pozbawia klasę polityczną wrażliwości na pojęcie dobra wspólnego. Jego obrońcą mógłby być silny prezydent, dysponujący odpowiednimi prerogatywami nie tylko jako symboliczna głowa państwa, ale i szef egzekutywy, odpowiedzialny za poczynania administracji i niebojący się korzystać ze swych uprawnień na obszarze tworzenia prawa. Jestem przekonany, że w przypadku silnej prezydentury wrażliwość na poglądy obywateli byłaby większa, chociażby dlatego, że dla całego społeczeństwa najważniejszym autorytetem politycznym byłby urzędujący prezydent, a nie żaden z partyjnych liderów.

Jedno jest pewne. Prezydent jest niezbędną częścią polskiego systemu konstytucyjnego i nie można dopuścić do sytuacji, aby przesuwanie w nieskończoność terminu wyborów doprowadziło do tego, że 6 sierpnia, kiedy zakończy się kadencja prezydenta Andrzeja Dudy, urząd ten nie będzie obsadzony. Gdyby do tego doszło, oznaczałoby to destabilizację państwa i otwierało drogę do kolejnego poważnego kryzysu politycznego. Dlatego nowy prezydent powinien być wybrany w wyborach powszechnych w najbliższym możliwym terminie. Natomiast dyskusja o kształcie prezydentury jest ciągle przed nami. Powinien być on dostosowany do realnych możliwości i kompetencji sprawującego ten urząd. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama