Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dom Dawida

Czy Izrael igra z ogniem, zapowiadając aneksję części Zachodniego Brzegu Jordanu?

Zapewne tak. Tyle że z punktu widzenia Palestyńczyków igraniem było już samo powstanie Państwa Izrael. Chyba każdy wyczuwa napięcie w tym ostatnim zdaniu: bo jeśli mamy wątpliwości (zrozumiałe) co do aneksji Zachodniego Brzegu, to nie da się uciec od pytania, czym będzie się ono różnić od wcześniejszego zajęcia przez Izrael Jerozolimy i innych terytoriów, które Palestyna uznaje za swoje ziemie. Dlaczego tamte zdobycze wydają się nam dzisiaj naturalne, a kolejna aneksja niedopuszczalna? Czy to tylko kwestia oswojenia się z faktami dokonanymi? Czy też istnieje jakaś granica w tym odzyskiwaniu historycznych ziem należących do Żydów, i tą granicą jest właśnie Zachodni Brzeg? A jeśli tak, to co sprawia, że rozciągnięcie władzy nad historyczną Judeą i Samarią wydaje się przekroczeniem czerwonej linii? Jak w tym wszystkim uznawać prawo Izraela do posiadania własnego państwa i terytorium, a jednocześnie rozumieć racje Palestyńczyków, którzy czują się wypierani przez Żydów ze swoich ziem?

Pole minowe

Zajmowanie się konfliktem palestyńsko-izraelskim przypomina stąpanie po polu minowym. Każde zdanie grozi wejściem na minę, bo niemal każdy wątek i każda próba nazwania tej rzeczywistości oznacza otwarcie nieskończonej liczby pytań, a najczęściej wystawienie się na ostrzał. W zachodnioeuropejskiej narracji dominuje przekaz skoncentrowany na krzywdzie Palestyńczyków oraz zachłanności na ziemię i dominację obecnych władz Izraela. Z kolei proizraelskie środowiska (gatunek niemal wymarły w Europie, za to rozwijający się mocno w USA), odbijając piłeczkę, pokazują Palestyńczyków wyłącznie przez pryzmat radykalnego Hamasu, który nie przebiera w środkach w walce z – jak twierdzi – syjonistycznym okupantem. W samym zaś Izraelu nie ma bynajmniej jedności w ocenie ekspansjonistycznej polityki premiera Benjamina Netanjahu. W ostatnich tygodniach protest przeciwko planowanej aneksji podpisały setki ważnych postaci, w tym nawet byli oficerowie wojska i służb specjalnych.

Zapowiedź formalnego włączenia części Zachodniego Brzegu Jordanu to jeden z punktów umowy koalicyjnej, która pozwoliła stworzyć rząd po 500 dniach politycznego pata. Partia Likud zawarła niedawno porozumienie ze swoim głównym konkurentem i w ten sposób Niebiesko-Biali, centroprawicowa partia Beniego Ganca, stworzyła unikatowy rząd z rekordową liczbą ministrów i dwoma „wymiennymi” premierami (przez pierwsze 18 miesięcy będzie nim Netanjahu, później zastąpi go Ganc). Z tych dwóch polityków najbardziej do aneksji Zachodniego Brzegu dąży Netanjahu. Boi się, że jeśli wybory w USA w listopadzie wygra Joe Biden, a nie Donald Trump, sprawa może zostać pogrzebana. Po drugie, chciałby dokonać tego w czasie swojej „zmiany” w rządzie. A po trzecie – ma to umocnić go w oczach obywateli w jego osobistej batalii przed sądem (zarzuty dotyczą m.in. korupcji i nadużycia władzy). To jednak tylko powody taktyczne. A jakie są strategiczne przyczyny, dla których Izrael chce anektować Zachodni Brzeg.

Pas bezpieczeństwa?

Najpierw sprecyzujmy pojęcia – umowa koalicyjna (ale też tzw. plan pokojowy zaproponowany parę miesięcy temu przez Jareda Kushnera, zięcia Donalda Trumpa) przewiduje aneksję części Zachodniego Brzegu, a dokładnie Doliny Jordanu. W praktyce od czasu wojny sześciodniowej w 1967 roku Izrael administruje całym Zachodnim Brzegiem. Dopiero w połowie lat 90. Palestyńczykom udało się wywalczyć autonomię, która objęła Strefę Gazy oraz Zachodni Brzeg, który jednak nadal jest kontrolowany przez wojsko izraelskie. Kością niezgody jest od dawna rozbudowa osiedli żydowskich na tym terytorium. Palestyńczycy uznają to za politykę faktów dokonanych, która ma na celu wyprzeć stamtąd Arabów. W praktyce proporcje są ciągle na korzyść tych drugich: niespełna 3 mln Palestyńczyków sąsiaduje z ok. 500–600 tys. żydowskich osadników. Tylko w Dolinie Jordanu, o którą tak naprawdę chodzi w planach aneksji, mówimy o ok. 70 tys. Palestyńczyków i kilkunastu tysiącach Żydów. Jako główny powód władze Izraela podają względy bezpieczeństwa – to najsłabszy, w tym momencie, argument, bo zasadnicza część tych terytoriów graniczy z Jordanią, z którą Izrael ma zawarty traktat pokojowy. Pozostają oczywiście argumenty takie jak dostęp do wody i żyznej ziemi oraz względy historyczne. Tyle że żadne z nich nie są wystarczające, by mogli zgodzić się na to Palestyńczycy.

Pat mat

Izrael ma zielone światło na aneksję od USA. I czerwone światło od niemal całej reszty świata – nie tylko arabskiego, ale również Zachodu (sprzeciw wyraziła także Polska). Panuje zgoda, że formalnie włączenie tych ziem do Państwa Izrael pogrzebie ostatecznie jakiekolwiek próby rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Tyle tylko, że Izrael ma jeden ważny argument: przekonuje, że Palestyńczycy, a z pewnością Hamas, nie są w stanie zaakceptować żadnego porozumienia, bo nie uznają prawa Izraela do istnienia. To nie jest do końca prawda, bo są po stronie palestyńskiej siły, które są gotowe do rozmów, choć i one nie są w stanie pogodzić się m.in. z faktem zajęcia przez Izrael Jerozolimy, co dla Żydów również jest kwestią nienegocjowalną.

Jak w tej patowej sytuacji ma zachować się filosemita, który jednocześnie rozumie cierpienie Palestyńczyków? Z punktu widzenia prawa międzynarodowego Izrael ma prawo do posiadania własnego państwa (czego odmawia mu większość świata muzułmańskiego), a zarazem nie ma prawa do jednostronnej aneksji kolejnych terytoriów. Tyle że w praktyce nie tylko polityka decyduje o stosunku do działań Izraela. W reakcjach na umacnianie pozycji Izraela na Bliskim Wschodzie pewną rolę odgrywają względy religijne lub przynajmniej cywilizacyjne. Co tylko komplikuje sprawę.

Walka duchowa

Czy to oznacza, że aneksja Doliny Jordanu będzie dla Izraela tym samym, co zdobycie Jerozolimy? – Jerozolima zawsze była w sercach wszystkich Żydów. Jedno z życzeń, jakie przekazywali sobie w diasporze, brzmiało: „Za rok w Jerozolimie”. To było pragnienie Żydów, by tu wrócić i odbudować Jerozolimę – mówi mi Eyal Friedman, Żyd mesjański. – Jerozolima jest miejscem, które Bóg wybrał dla siebie. Wierzę, że Bóg odzyskuje to, co należy do Niego. To Żydzi są suwerenami w Jerozolimie. Nie dlatego, że jesteśmy wyjątkowo dobrymi ludźmi, tylko ze względu na Niego. Wierzę, że Mesjasz powróci przez Jeruzalem, i dlatego jest taka walka o to miejsce. To jest walka duchowa. Nie tylko polityczna. Jerozolima należy do Boga, została dana Żydom, jesteśmy tutaj, by przygotować drogę na Jego powrót. Może nie robimy tego zbyt dobrze, ale to powód, dla którego wróciliśmy do Jerozolimy – mówi Eyal.

Wprawdzie mój rozmówca podkreśla wyjątkowość Jerozolimy, jednak gdyby trzymać się konsekwentnie tej logiki, należałoby w podobnym kluczu czytać i inne zdobycze czy odzyskiwanie terytorium. Na to jednak nie ma pełnej zgody nawet wśród chrześcijan. Przeciwny interpretacji wydarzeń politycznych jako spełniających się proroctw jest m.in. o. Nikodemus Schnabel, benedyktyn i były administrator opactwa i kościoła Zaśnięcia NMP na górze Syjon. – Wszyscy liderzy tutejszych Kościołów są przeciw takiej perspektywie. Chrześcijanie zawsze byli gdzieś pośrodku tych konfliktów. W Strefie Gazy domy chrześcijan były zniszczone przez rakiety izraelskie. Ludzie, którzy są bardzo proizraelscy, zapominają, że tutaj są też arabscy chrześcijanie, którzy nie czują żadnej solidarności ze strony chrześcijan zachodnich, popierających Izrael. Nie można mylić umiłowania narodu żydowskiego i jego wybraństwa przez Boga z popieraniem wszystkiego, co tutaj robią – mówi o. Schnabel.

Znaki czy polityka?

Jest faktem, że praktycznie wszystkie Kościoły „tradycyjne” na Bliskim Wschodzie są zdecydowanie bardziej propalestyńskie i tym samym odrzucają poparcie dla wszelkich działań Izraela, w tym także te dotyczące aneksji kolejnych terytoriów, co jest charakterystyczne dla chrześcijan ewangelikalnych z USA. Stanowisko Kościoła katolickiego zostało wyrażone w dokumencie z 2015 roku z okazji 50. rocznicy deklaracji „Nostra aetate”. W punkcie dotyczącym rozumienia „ziemi przodków” czytamy: „Chrześcijan zachęca się, by rozumieli tę więź religijną, która swymi korzeniami sięga tradycji biblijnej, choć nie powinni podejmować szczególnej interpretacji religijnej takiego związku. Co do istnienia państwa Izrael i jego wyborów politycznych, trzeba je widzieć w perspektywie, która nie jest sama w sobie religijna, lecz odwołuje się do ogólnych zasad prawa międzynarodowego. Trwanie Izraela należy jednakże postrzegać jako fakt historyczny i znak, który należy interpretować w ramach planu Bożego”. Przyznam, że od zawsze mam problem z tym fragmentem. Z jednej strony oddaje to, co powiedział o. Schnabel (wyborów politycznych Izraela nie rozpatrujemy w perspektywie religijnej), ale zarazem to ostatnie zdanie wyraźnie mówi, że trwanie Izraela… należy interpretować jako znak. I to jest po części bliskie temu, co mocno promują środowiska ewangelikalne, choć nieraz stanowczo przekraczają granicę, popierając każde polityczne działanie władz Izraela jako wyraz woli Boga. Ale jedna rzecz wydaje się wspólna: i katolicy, i tzw. wolne Kościoły uznają fakt istnienia współczesnego Izraela za znak czasu. A jeśli tak, to nadal otwarte pozostaje wyrażone na początku pytanie: jeśli samo utworzenie – po ludzku prawie niemożliwe – Państwa Izrael, zdobycie Jerozolimy, uznajemy już dziś za znak, to dlaczego aneksja Judei i Samarii budzi nasze wątpliwości?•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także