Nowy numer 48/2020 Archiwum

Utrudnić kontakt z wściekłym wirusem

Prof. Marian Zembala mówi o pandemii, odmrażaniu gospodarki i wrażliwości rodzinnej.

Barbara Gruszka-Zych: Czy to, co jest najgorsze w pandemii wirusa COVID-19, mamy już za sobą?

Prof. Marian Zembala: Myślę, że gaszenie pandemii może potrwać do grudnia tego roku, ale jej najsilniejsza faza jest za nami. Mam codzienny kontakt telefoniczny z kolegami lekarzami z dwunastu krajów europejskich i wszyscy boimy się najbliższych dwóch tygodni. To one pokażą, czy odmrożenie gospodarki, które sprawiło, że możemy łatwiej wyrwać się z zamkniętych domów, nie wywoła ekspansji wirusa i nawrotu zakażeń. Jeśli tak się nie stanie, będziemy mieć potwierdzenie, że najgorsze już za nami.

W Polsce nie przeżywaliśmy tak tragicznych chwil jak Włosi w Lombardii.

Na szczęście, dzięki Bogu i ludziom, u nas nie stało się to, co spowodowało katastrofę, także w pewnym sensie humanitarną, w północnych Włoszech. Tam szpitale nie były w stanie przyjąć chorych na intensywną terapię, bo brakowało miejsc. W naszym kraju wystarcza ich dla chorych wymagających wsparcia respiratorem. Drugim ważnym powodem tego, że w Polsce zachorowania nie przyrastały tak dynamicznie, była zwiększona liczba badań identyfikujących COVID-19. W wypadku podejrzenia objawów klinicznych można było stwierdzić, czy dana osoba jest zarażona, i skierować ją na kwarantannę. Wczesna identyfikacja ognisk epidemicznych przez badanie rodzin osób zarażonych i ich izolację społeczną spowodowała, że dzisiaj możemy widzieć światełko w tunelu.

Śmiertelność chorych też jest u nas mniejsza.

To napawa mnie optymizmem. Uczciwość wymaga, żeby stwierdzić, że liczba zmarłych w naszym kraju jest mniejsza w stosunku do liczby zgonów we Włoszech czy Hiszpanii. Mimo powszechnego biadolenia nad polską służbą zdrowia to świadectwo jej sprawności.

Czy izolacja Śląska od reszty kraju z powodu dużego wskaźnika zachorowań miałaby sens?

Niedawno zadzwonił do mnie mój pacjent z Knurowa, emerytowany inżynier pracujący wiele lat w kopalni. „Bardzo pana proszę, żeby pan zareagował” – prawie krzyczał do słuchawki, bo był zdenerwowany. „Na jakimś portalu internetowym przeczytałem: »Niech Ślązacy dostaną tę autonomię, niech rząd ich odetnie, niech się uduszą, a wtedy cała reszta Polski wyjdzie na prostą i skończy się pandemia«”. Prosił mnie, żebym zareagował na tę nieprawość. Przestrzegam przed podobnym niechrześcijańskim myśleniem. Poradziłem mu, żeby skomentował ten wpis informacją, że podobne fobie pojawiły się w Brazylii w stosunku do plemion indiańskich, gdzie ze względu na niedostateczne warunki sanitarne mocno rozprzestrzeniła się epidemia. Doszło do tego, że proponowano, by otoczyć kordonem zakażone tereny, i sugerowano, że najlepiej by było, gdyby ich mieszkańcy poumierali. Wtedy biskup Kurytyby kategorycznie zaprotestował i nazwał to barbarzyństwem.

Czy to jest dobre, że w aktualnie względnej stabilizacji zachorowań rząd stopniowo odmraża gospodarkę?

Robi to po to, żeby sparaliżowane czasowo życie mogło wrócić do normy. Może się to stać tylko przez stopniowe odmrażanie różnych gałęzi gospodarki. Nie tylko tych decydujących o naszej podstawowej egzystencji, ale i tych, które sprawiają, że mamy gdzie zarabiać i za co żyć. W każdym czasie każdy z nas musi pamiętać, że podstawowym warunkiem przetrwania pandemii jest dbałość o dyscyplinę w kwestii zachowywania dystansu społecznego. Pozostawanie, o ile to możliwe, w izolacji, noszenie masek i rękawiczek.

Wielu narzeka na uciążliwość związaną z noszeniem maseczek.

Maska jest po to, żeby utrudnić kontakt z tym wściekłym wirusem. Jeśli astmatyk narzeka, że mu przeszkadza, niech założy przyłbicę, która mniej utrudnia oddychanie, a również chroni przed zakażeniem drogą kropelkową. To się najczęściej zdarza w środkach komunikacji miejskiej, w dużych zbiorowiskach ludzkich, na przykład w domach pomocy społecznej czy w zakładach pracy takich jak kopalnie.

Ludzie zaakceptowali maski, ale rękawiczki nie bardzo.

Jest tak z prostego powodu – maska jest zdecydowanie tańsza niż rękawiczki. Nie musimy jednak kupować rękawiczek chirurgicznych – wygodniejszych, ale dość drogich. Wystarczą lateksowe czy kauczukowe kosztujące od 4 do 6 zł, dostępne w supermarketach i na stacjach benzynowych. Chronią nas, kiedy dotykamy przedmiotów, z którymi przed nami miał styczność chory objawowy czy bezobjawowy. Trzeba też jak najczęściej używać żeli czy płynów antybakteryjnych.

W wielu miejscach zostały otwarte żłobki i przedszkola, a dzieci, często nie mając objawów, mogą być przecież nosicielami wirusa. Czy to bezpieczne posunięcie?

Zamknięcie żłobków i przedszkoli uniemożliwiało pracę matkom małych dzieci. Dlatego trzeba było zdecydować się na to kompromisowe rozwiązanie. Kraje bardzo dobrze zorganizowane i bogate, takie jak Norwegia, Szwecja, Niemcy czy Holandia, też uruchomiły żłobki i przedszkola. Jako lekarz nieepidemiolog powiem, że ryzyko, iż dziecko przeniesie wirusa na dorosłego, nie jest duże. I na szczęście dzieci łatwiej go pokonują, bo ich organizm jest silniejszy. Objawy zakażenia u maluchów zwykle przypominają przeziębienie. Każda rozsądna matka, widząc pokasłujące dziecko, powinna zostać z nim w domu.

Szczęśliwi są ci, którzy w opiece nad dziećmi mogą liczyć na pomoc rodziny.

W sytuacji pandemii bardzo ważna okazała się wrażliwość rodzinna. To było możliwe w rodzinach wielopokoleniowych. Ale ludzie samotni, zamknięci w blokowiskach nieraz przeżywali smutne chwile, tak jak jeden z moich pacjentów – 71-letni pan Sebastian z Tychów. Tuż przed pandemią został wypisany z naszej kliniki po operacji serca. Kilka dni później zatelefonował do mnie i powiedział, że jest mu przykro nie tylko dlatego, że siedzi w domu sam, bo żona już nie żyje, a dzieci mieszkają za granicą – córka w Australii, a syn w Wielkiej Brytanii. „Wie pan, czemu jest mi przykro?” – pytał. „Bo kiedy wychodzę na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza, sąsiad zwraca mi uwagę: – Schowaj się szybko, bo jeszcze mnie zarazisz. A jak tego zaraz nie zrobisz, to zadzwonię po policję”. Pocieszyłem go, że jeśli jest mu bardzo ciężko, niech dzwoni do mnie.

Nie zazdroszczę temu panu sąsiada.

Trzy dni później znów odebrałem od niego telefon. „Chciałem panu przekazać dobrą wiadomość” – usłyszałem. „Z maską na twarzy odwiedził mnie kolega z chóru parafialnego, w którym śpiewam. Przyniósł mi ciasto i powiedział, że wszyscy na mnie czekają. Czuję, że po tej jego wizycie szybciej zdrowieję”. Kilka dni temu dowiedziałem się, że pan Sebastian był już na pierwszej próbie chóru. Chciałbym, żeby to przesłanie o świadczeniu sobie wzajemnej pomocy dotarło do takich ludzi jak jego sąsiad. Ma rację papież Franciszek, który jest przekonany o tym, że wirusa pokonamy tylko wtedy, gdy będziemy walczyć razem. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także