Nowy numer 49/2020 Archiwum

Siostry

Ludzie, którzy przed 75 laty angażowali się w ratowanie Żydów, żyją wśród nas. Jedną z takich osób jest Krystyna Zub. W rodzinnym Chorzowie pomogła rodzicom ocalić niemowlę urodzone w będzińskim getcie.

Niemowlęciem była żydowska dziewczynka Lusia Taus. Śląska rodzina Zroskich przechowywała ją od 1943 r. Działo się to w sercu Chorzowa, w kamienicy przy ulicy Wolności 40. Krystyna Zub, córka Klary i Teofila Zroskich, miała wtedy 9–11 lat. Pomagała rodzicom w opiece nad małą Lusią i kochała ją jak rodzoną siostrę.

Lusia Taus urodziła się 19 lipca 1942 r. w getcie w Będzinie. Jej rodzice próbowali ratować ją i siebie. – Siostra mojej mamy, mieszkająca w Sosnowcu Maria Dyrda, miała kontakt z rodzicami Lusi. Ci rodzice chcieli, żeby moja mama wzięła Lusię w góry. Tam mieli się spotkać. Moi rodzice myśleli, że bierzemy Lusię do siebie tylko na kilka dni – relacjonuje Krystyna Zub.

Dziecko spod stajni

Niemowlę trafiło do Zroskich w marcu 1943 r. Klara i Teofil z 9-letnią Krysią pojechali z nim do Koszarawy w Beskidach i czekali tam na rodziców małej Żydówki. Państwu Tausom nie udało się jednak tam dotrzeć. Niemcy przeprowadzali wtedy w będzińskim getcie przerażające akcje wyłapywania Żydów. Rodziców Lusi na szczęście nie wysłali prosto do Auschwitz, ale umieścili w obozie w Będzinie-Małobądzu, pilnowanym przez strażników.
Co więc robić z dziewczynką? Każdy dzień przechowywania żydowskiego niemowlęcia był dla rodziny śmiertelnie niebezpieczny. W razie wpadki ci Ślązacy zapewne trafiliby do Auschwitz. W górach nikt Zroskich nie znał, więc mogli tam udawać, że Lusia jest ich dzieckiem. Jak jednak mieliby wytłumaczyć jej pochodzenie sąsiadom w centrum Chorzowa? Klara i Teofil Zroscy podjęli wtedy kolejną, heroiczną decyzję. – Wróciliśmy z małą do Chorzowa i tak już zostało – wyjaśnia skromnie Krystyna Zub.

Zroscy obmyślili dla Lusi legendę, przeznaczoną dla sąsiadów. – Mówiliśmy, że to jest córka mojej cioci Wiktorii, zamieszkałej w Wielkiej Dąbrówce pod Piekarami. Ciocia Wiktoria miała więcej dzieci, więc tłumaczyliśmy, że wzięliśmy Lusię, żeby cioci było lżej – wspomina pani Krystyna.

Wkrótce Klara Zroska z Lusią na ręku poszła na spacer pod obóz w Będzinie-Małobądzu. Chciała, żeby rodzice małej mogli chociaż z okna na nią popatrzeć. Szła z nimi siostra Klary, Maria Dyrda, pochodząca z Chorzowa mieszkanka Sosnowca. Inna żydowska para rzuciła wtedy Ślązaczkom pod nogi gryps ze zdjęciem ich 5-letniej córki Miry Rembiszewskiej i z błaganiem o jej ratowanie. Siostry przez chwilę, spacerując, zastanawiały się. Potem znów podeszły pod okno, a Maria Dyrda powiedziała po śląsku: „Przyrychtujcie (przygotujcie) dziecko!”.

Rembiszewscy błyskawicznie wyciągnęli wtedy 5-latkę z zamaskowanego bunkra pod obozową stajnią. Musieli przeprowadzić na bok konie i odsunąć słomę z obornikiem, żeby tam wejść. Cudem przekonali Mirę, żeby grzecznie i cicho poszła z „ciocią”. Pozostali Żydzi odwrócili uwagę strażników, a najwyższy z więźniów podał dziewczynkę ponad ogrodzeniem dwom Ślązaczkom.

Mira doczekała w rodzinie Dyrdów w Sosnowcu końca wojny i powrotu mamy. Dwie małe Żydowki – Lusia i Mira – czasem się odwiedzały i traktowały się jak kuzynki.

Cześć Klarze i Teofilowi

Tymczasem po Lusię po wojnie początkowo nikt się nie zgłaszał. W czasie kolędy Zroscy zapytali więc proboszcza z parafii św. Jadwigi w Chorzowie, czy powinni ją ochrzcić. Ksiądz zaprzeczył. Radził jeszcze poczekać, czy jednak nie znajdą się bliscy dziewczynki. Wtedy mała nie będzie przecież dalej wychowywana w chrześcijaństwie, lecz w judaizmie. – Powiedział też, że lepiej niech to będzie dobry żyd niż zły katolik – wspomina dziś pani Krystyna.
Wkrótce okazało się, że mama Lusi zginęła, ale wojnę przeżył jej ojciec Joachim. Zabrał ją od Zroskich dopiero w 1947 r. Wyjechali do USA. – Bardzo za nią tęskniłam, a ona za nami. Lusia podobno mówiła, że jak urośnie, to sobie kupi pociąg i do nas przyjedzie – wspomina dziś Krystyna.

Dziś Lusia nazywa się Lucy Katz, jest bizneswoman, mieszka w Teksasie. Z dzieciństwa pamięta tylko migawki. Choćby taką, jak klęczy na łóżku z Krysią, ubraną w białą nocną koszulę, i razem się modlą, wpatrzone w obraz Pana Jezusa. I jak do pokoju wchodzi mama, żeby im powiedzieć „dobranoc”.
Lucy ma dwóch synów. Wraz z mężem prowadziła też rodzinę zastępczą. Chciała w ten sposób – jak napisała w liście do Krystyny Zub – oddać cześć Klarze i Teofilowi Zroskim, którzy w czasie wojny podzielili się z nią miłością.

W 2017 r. Klara i Teofil otrzymali pośmiertnie tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
 

Artykuł pochodzi z dodatku do nr 21 „Gościa Niedzielnego”: Polacy ratujący Żydów w czasie II wojny światowej.

Dodatek jest dostępny:

Siostry

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama