Nowy numer 49/2020 Archiwum

Wybory centralnie sterowane

Nie ma żadnych „europejskich standardów” organizacji i przeprowadzania wyborów. Co kraj, to obyczaj.

W całym zamieszaniu wokół niedoszłych wyborów prezydenckich 10 maja moją uwagę zwróciło powtarzanie przez obie strony sporu dwóch tez: podczas gdy jedni próbowali przekonać, że Państwowa Komisja Wyborcza tak naprawdę nie ma umocowania w polskiej konstytucji oraz że nie ma swojego odpowiednika w innych krajach, więc tym samym nie jest niezbędna do organizacji i przeprowadzania wyborów, drudzy odbijali piłeczkę, powtarzając, że „europejskie standardy” wykluczają organizację wyborów przez rząd czy ministra spraw wewnętrznych, chyba że mówimy o państwach autorytarnych.

Każde z tych twierdzeń ma w sobie pewien fałsz: zakłada bowiem istnienie jakiegoś „uniwersalnego” punktu odniesienia, który miałby decydować o wiarygodności procesu wyborczego. Tymczasem w samej Europie, także w ramach Unii Europejskiej, są przynajmniej trzy różne modele organizacji wyborów. I w jednym z nich mieści się nasza PKW, ale w innym jako organizator sprawdza się rząd lub szef jednego z resortów – bez uszczerbku na przejrzystości procesu. Jest tylko jeden wspólny mianownik oceny tego, czy można mówić o demokratycznych wyborach: muszą być one powszechne, równe, tajne i bezpośrednie. Reszta to cała gama możliwości zgodnych z tradycją i aktualnymi warunkami danego kraju.

Komisje i posłowie

Gdyby ktoś z polityków miał z tym problem, a nie chciałby opierać się tylko na wiedzy dziennikarzy, to wystarczy, by sięgnął do źródeł w Biurze Analiz i Dokumentacji Kancelarii Senatu RP. Oto bowiem senacki zespół analityków w 2014 roku za pośrednictwem Europejskiego Centrum Badań Parlamentarnych i Dokumentacji zwrócił się do państw członkowskich z prośbą o wypełnienie ankiety, której celem było uzyskanie aktualnych informacji o obowiązującym systemie wyborczym. Po przejrzeniu odpowiedzi przysłanych przez poszczególne kraje utwierdziłem się w przekonaniu, że ani nasza Państwowa Komisja Wyborcza nie jest „z kosmosu”, ani organizacja wyborów przez jednego ministra nie byłaby rozwiązaniem wziętym „z sufitu”.

Zacznijmy od organów, które choć swoimi nazwami przypominają naszą PKW, to jednak co do sposobu ich powoływania są dużo bardziej polityczne. Działają one w co najmniej kilkunastu krajach, choć w każdym z nich są w różny sposób powoływane. Najczęściej robi to parlament – albo samodzielnie, albo we współpracy z innymi instytucjami państwowymi. Taką metodę stosuje np. Chorwacja, gdzie 9-osobowe ciało powołuje parlament z Sądem Najwyższym (odpowiednio 6 osób i 3 osoby). Taki model funkcjonuje także na Litwie, w Islandii, Izraelu czy Portugalii – w tej ostatniej 10-osobowy skład organu przeprowadzającego wybory powołuje parlament (6 osób), a resztę wskazuje rząd i Rada Sądownictwa. Choć to nie jest dla nas najlepszy punkt odniesienia, to Centralna Komisja organizująca wybory działa także w Rosji, gdzie członków wybiera prezydent, Duma Państwowa i Rada Federacji. Tradycję Centralnej Komisji Wyborczej mają także Rumunia, Słowenia, Szwecja, Węgry i Ukraina.

Ministrowie i sędziowie

Niezwykle interesujące jest to, że drugi model – organizacja wyborów przez rząd lub jedno ministerstwo – występuje zazwyczaj w tych krajach, które przeciwnicy takiego rozwiązania w Polsce wskazują jako przykłady do naśladowania i wzory kultury demokratycznej. Oto bowiem cały rząd odpowiada za organizację wyborów w Luksemburgu czy Szwajcarii. A w takich krajach jak Austria, Belgia, Holandia, Francja czy Niemcy za wybory odpowiada bezpośrednio minister spraw wewnętrznych. A już zupełnym szokiem dla przeciwników „mieszania się” rządu w wybory będzie przykład Finlandii, gdzie oficjalnym organem organizującym i przeprowadzającym wybory jest… minister sprawiedliwości. Potrafimy sobie wyobrazić taki scenariusz w Polsce?

Tak naprawdę polskie rozwiązanie (z Państwową Komisją Wyborczą) odpowiada bardziej trzeciemu modelowi, w którym organy organizujące wybory są tworzone wyłącznie przez sędziów lub prawników mających kwalifikacje, by zostać sędziami komisji – w Polsce są oni mianowani przez prezydenta, ale ze wskazania Sejmu (7 osób) oraz Trybunału Konstytucyjnego i Naczelnego Sądu Administracyjnego (po jednej osobie). Są kraje – jak Włochy czy Turcja – gdzie sędziowie są powoływani bezpośrednio przez najwyższe sądy. W Hiszpanii to jeszcze inne rozwiązanie, bo organ odpowiedzialny za organizację wyborów tworzą zarówno sędziowie Sądu Najwyższego jak i profesorowie prawa, politologii lub nauk społecznych, powoływani na wspólny wniosek zgłaszany przez partie.

Nieco inaczej wygląda to w Wielkiej Brytanii, gdzie… nie ma jednego, centralnego organu przeprowadzającego wybory. Wynika to z mocno zdecentralizowanego sytemu, w którym za przebieg wyborów odpowiadają władze lokalne. Niektórzy wskazują wprawdzie na istnienie Komisji Wyborczej, ale nie jest to organ w takim znaczeniu jak nasza PKW – brytyjski odpowiednik ma za zadanie wyłącznie wspierać lokalne administracje wyborcze i doradzać im.

Polityka „apolityczna”?

Gdybyśmy chcieli pokusić się o próbę analizy, który z przedstawionych wyżej modeli jest bardziej upolityczniony, a który mniej – mielibyśmy twardy orzech do zgryzienia. Bo odpowiedź wcale nie jest prosta, to znaczy nie wystarczy, że dany organ składa się z samych sędziów, by uznać, że jest najbardziej apolityczny, tak samo jak z faktu, że w jego skład wchodzą politycy, nie musi wynikać, że jest on z automatu „upolityczniony” – w znaczeniu „nieobiektywny”. Nie sam skład, ale jego zróżnicowanie i sposób funkcjonowania decydują o przejrzystości procesu wyborczego. Z ankiety rozesłanej po świecie przez senackie Biuro Analiz wynika, że w niektórych krajach w państwowych komisjach wyborczych zasiadają sami parlamentarzyści albo przedstawiciele partii startujących w wyborach (tak jest np. na Słowacji). Forma mieszana – w której występują parlamentarzyści z innymi osobami – działa m.in. w Chorwacji, Portugalii, Izraelu czy w Słowenii. Natomiast tam, gdzie wybory organizuje rząd, nadzór sprawują już urzędnicy.

Można zatem powiedzieć, że sytuacja taka jak w Polsce, gdzie w skład organu wyborczego wchodzą sędziowie i prawnicy, to mimo wszystko nie tak znowu powszechne zjawisko (mówiliśmy już w tym kontekście o Włoszech, Turcji i Hiszpanii). Tyle tylko, że trudno byłoby wskazać na to, który z tych wszystkich modeli zapewnia większą apolityczność i przejrzystość wyborów. W zasadzie chodzi tylko o przejrzystość, bo trudno mówić o „apolityczności” w akcie, który ze swojej natury jest wybitnie polityczny.

Mobilne urny

Ciekawym zagadnieniem jest również głosowanie korespondencyjne, na temat którego i w Polsce toczy się zacięta dyskusja. Z ankiety polskiego Senatu wynika, że jest ono wykluczone tylko w Turcji, Grecji, Rumunii i na Cyprze. Za to aż 20 krajów uznaje tę metodę za zwiększającą frekwencję wyborczą. Oczywiście, są pewne niuanse, np. w Belgii, Francji, Holandii czy Włoszech dotyczy to jedynie obywateli mieszkających za granicą, a na Słowacji głosowanie korespondencyjne dopuszcza się jedynie w wyborach parlamentarnych i do Parlamentu Europejskiego. Wspólna jest za to sama procedura głosowania: to wyborca zgłasza chęć głosowania korespondencyjnego. I na przykład w Wielkiej Brytanii wyborca może otrzymać zezwolenie na głosowanie korespondencyjne albo w określonych wyborach, albo na stałe. Z ankiety wynika również, że w 14 krajach wyborca może głosować w swoim domu, a komisja wyborcza wysyła do niego swoich członków z urną wyborczą, do której wyborca wrzuca głos. Niczym niezwykłym nie są również mobilne urny wyborcze, a w Austrii, Holandii czy Niemczech władze gminy tworzą nawet mobilne komisje wyborcze. Najczęściej dotyczy to umożliwienia głosowania osobom przebywającym w szpitalach czy domach opieki, klasztorach czy zakładach karnych. Ale w Austrii mobilne komisje zaglądają także do domów prywatnych.

Jak widać – co kraj, to obyczaj. I jeśli jest sens kruszyć o coś kopie, to nie o samą procedurę przeprowadzania wyborów (choć jest jasne, że musi być ona przejrzysta), ale o ordynację wyborczą. Bo to ona, a nie sam system głosowania, ma realny wpływ na wynik wyborów – na to, na ile odzwierciedlają one rzeczywiste preferencje wyborców. I to ordynacja ma decydujący wpływ na to, czy i jak skuteczne rządy da się w wyborach wyłonić. W Polsce ciągle nie ma woli politycznej, by na poważnie zastanowić się, na ile obowiązująca w wyborach do Sejmu ordynacja proporcjonalna, a na ile ciągle postulowana przez niektóre środowiska ordynacja większościowa zapewniłaby najlepszy układ sił i skuteczne rządy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także