Nowy numer 48/2020 Archiwum

I smutek, i nadzieja

W analizach na temat przebiegu epidemii koronawirusa w Polsce brakuje jednego elementu – tak wielkiej modlitewnej mobilizacji w Polsce nie było od wielu lat.

Decyzja zapadła. Ogłoszenie beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego zostało odłożone bezterminowo. Albo raczej terminowo: do ustania pandemii koronawirusa. No cóż, rozumiem argumenty za podjęciem tej decyzji. Najważniejsze jest bezpieczeństwo uczestników uroczystości – i tych z urzędu, i wiernych, którzy chcieliby w niej wziąć udział. Można powiedzieć, że sam prymas, który zawsze miał na uwadze dobro wiernych i narodu, zapewne nie życzyłby sobie, by z jego powodu narażać kogokolwiek na niebezpieczeństwo utraty zdrowia czy życia. Co istotne, ta decyzja potwierdza linię Watykanu, który mocno ograniczył, a właściwie zawiesił organizację uroczystości religijnych z udziałem wiernych. Papież Franciszek samotnie albo w gronie kilku osób celebrował nabożeństwa w Wielkim Tygodniu i w Niedzielę Zmartwychwstania, co dla obserwujących transmisję telewizyjną było chyba tak samo poruszające, co dojmujące. Watykan, jak wynika z komunikatu metropolity warszawskiego, ograniczył też działalność papieskich legatów, którzy w Kościołach lokalnych w imieniu papieża dokonują aktu beatyfikacji. Bez papieskiego legata ogłoszenia beatyfikacji po prostu być nie może. Odwołane więc zostały takie uroczystości, zaplanowane do połowy czerwca we Włoszech, Hiszpanii i w Polsce. Warto to podkreślać, bo powstają już teorie spiskowe.

Nie wiadomo więc, kiedy nastąpi oficjalne ogłoszenie tego, co papież Franciszek potwierdził w październiku ubiegłego roku – czyli uznania, że kard. Stefan Wyszyński należy do grona błogosławionych wyznawców. Wiadomo, że uroczystość będzie skromniejsza, zapewne z mniejszym udziałem wiernych. Ale skoro daty brak, to nie wydaje się niezasadne pytanie, co w sytuacji, gdy końca pandemii nie będzie widać. Czy jest możliwa zmiana obowiązującej dotąd zasady ogłaszania błogosławionych, a konkretnie obecności przysłanego z Rzymu legata? Oczywiście podnosi to rangę wydarzenia, ale czy jest nieodzowne do symbolicznego w formie dopełnienia tego aktu? Tym bardziej gdy nie o samą uroczystość chodzi – skoro człowiek jest drogą Kościoła, jak podkreślał Jan Paweł II – ale o nowego błogosławionego i jego publiczny kult.

Akurat kard. Wyszyński z racji życiowych doświadczeń byłby dobrym patronem na czas izolacji wywołanej pandemią, zagrożenia zdrowia czy życia, o czym już pisałam. Ale w obecnym czasie jego beatyfikacja mogłaby mieć również większy ciężar duchowy. Dlatego szkoda, choć rozumiem decyzję. Innej po prostu być nie mogło.

A skoro czas przygotowań do beatyfikacji się wydłużył, może więcej osób zdąży odkryć dla siebie prymasa Wyszyńskiego? Znaleźć w jego życiu, działaniach, słowach taki wątek, taką myśl, która pomoże przejść nie tylko przez okres pandemii. Bo prymas ma nam wiele do powiedzenia na każdy czas, także ten nadchodzący, który jest wielką niewiadomą. Choć nikt z nas jeszcze nie wie, jaki świat wyłoni się z tych popandemicznych gruzów, przeczuwamy, że będzie inny w każdej sferze życia – i osobistej, i społecznej, i politycznej, i gospodarczej. Czy zdołamy zbudować lepszy świat? Czy będzie to świat bardziej ludzki? Stefan Wyszyński, który już przed wojną krytykował kapitalizm i komunizm za to, że w centrum żadnego z nich nie stoi człowiek, ale albo zysk (w przypadku pierwszego), albo kolektyw (drugiego), upominał się o wprowadzenie do podstawowych zasad organizacji życia społecznego dwóch najważniejszych wartości – miłości i miłosierdzia. Tylko wówczas, przekonywał, będzie możliwa prawdziwa przebudowa stosunków społecznych. Myślę, że druga ważna prymasowska wskazówka na nowy czas dotyczy pracy, którą również wysoko stawiał w hierarchii wartości. Nie każdą pracę – nie tę, której celem jest jedynie konsumpcja, ale taką, która wykonywana w określony sposób i w określonych warunkach (tworzonych przez pracowników i pracodawców) staje się środkiem rozwoju moralnego i duchowego człowieka. Odłożenie aktu beatyfikacji może więc paradoksalnie, miejmy nadzieję, pomóc poznać lepiej prymasa, do którego wstawiennictwa w tym trudnym polskim czasie można się przecież uciekać prywatnie.

A przy okazji – czy nie wydaje się Państwu, że w licznych analizach na temat przebiegu epidemii koronawirusa w Polsce brakuje jednego elementu? Mówi się o tym, że spłaszczenie krzywej zachorowań to efekt szybkiej decyzji rządu o ograniczeniach, społecznej samodyscypliny w przestrzeganiu obostrzeń (przynajmniej większości z nas), ogromnego wysiłku służby zdrowia (na pewno). Ale zapomina się o jeszcze jednym czynniku, jakże niewymiernym, a potężnym: o sile modlitwy. Jestem przekonana, że tak wielkiej modlitewnej mobilizacji w Polsce nie było od wielu, wielu lat. Dlatego i smutek, i nadzieja.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama