Nowy numer 28/2020 Archiwum

Ten problem nie został wymyślony

Nie można mówić, że nikt nie umarł z powodu COVID-19 – przekonuje prof. dr hab. n. med. Jerzy Wordliczek.

Monika Łącka: W internecie czytamy „newsy” o tym, że wirus SARS-coV-2 oraz ogłoszona przez WHO pandemia nie istnieją, a szczepionka będzie zawierała mikroczip. Zaskakują Pana takie informacje?

Prof. Jerzy Wordliczek: Cechą ludzkiej natury, przynajmniej niektórych osób, jest generowanie teorii spiskowych. W tym obszarze należy zamknąć te rewelacje, bo wszelkie badania mikrobiologiczne potwierdzają istnienie patogenu SARS-CoV-2. Z racji jego niewielkich rozmiarów (40 nanometrów) nie widzimy go gołym okiem, ale problem jest ogromny.

Jeden z lekarzy stwierdził jednak, że COVID-19 porównałby do przebiegu lekkiej grypy i nikt jeszcze w Polsce z tego powodu nie umarł.

Nie można mówić, że nikt nie umarł z powodu COVID-19, mimo że przeważającą liczbę chorych stanowią osoby, u których występują choroby współistniejące – zwłaszcza układu oddechowego czy układu krążenia. Patologia, która towarzyszy niewydolności oddechowej i zaburzeniom krążenia przy zakażeniu SARS-CoV2, nasila proces chorobowy. U tych pacjentów koronawirus istotnie przyczynia się do śmierci. Umierają też ludzie młodzi, bez chorób dodatkowych. U nas, na intensywnej terapii, to około 30 proc. ofiar śmiertelnych ­COVID-19.

Do walki z wirusem wykorzystuje się medycynę i rygory nakładane na społeczeństwo. To działa?

Gdy w latach 1918–1920 na świecie trwała pandemia grypy hiszpanki, medycyna nie była tak rozwinięta jak dziś. Nie było intensywnej terapii w wymiarze współczesnym, możliwości globalnego komunikowania się oraz stworzenia warunków do tego, by wprowadzić stan kwarantanny czy badać zachowania, które powodują, że epidemia się nie rozprzestrzenia. Zauważmy, że we wszystkich krajach na zachód i południe od Polski (Włochy, Francja, Hiszpania, Niemcy) stosunkowo późno wprowadzono rygory, które u nas obowiązują od ponad miesiąca. Z kolei w Czechach, gdzie liczba zachorowań i zgonów jest niższa niż u nas (7504 zachorowania, 227 zgonów – dane z 29 kwietnia), ludzie zaczęli chodzić w maseczkach dużo wcześniej niż w naszym kraju. Dzięki temu, że w Polsce szybko zamknięto szkoły i uczelnie, udało się zatrzymać przenoszenie wirusa – zwłaszcza przez te grupy wiekowe, w których (w dużym odsetku) infekcja przebiega bezobjawowo. Efekt jest taki, że liczba zachorowań (mimo że dostępność testów początkowo nie była wystarczająca) i zgonów z powodu COVID-19 jest u nas niższa niż w wielu innych państwach. Co ważne, nie da się odizolować tylko tych osób, które mają objawy zakażenia, bo są też chorzy, którzy COVID-19 przechodzą bezobjawowo. Nie wiedzą, że zarażają.

Ograniczenia dały więc efekty?

Mimo że ich konsekwencji natury ekonomicznej nie da się uniknąć, w mojej ocenie takie postępowanie było i jest konieczne, bo uchroniło nas przed najgorszym. A sytuacja jest poważna, zwłaszcza że ciężkie wirusowe zapalenie płuc, które występuje u pewnego odsetka zakażonych SARS-CoV-2, jest bardzo trudne do leczenia. Problemem jest też to, że są chorzy, u których stan pogarsza się z godziny na godzinę, a objawy nasilają się dramatycznie.

Naukowcy zauważyli, że u osób dotąd zdrowych, które zakażenie przeszły łagodnie, obserwuje się poważne uszkodzenia płuc.

Te zmiany w płucach, które nierzadko mają charakter zwłóknienia (co będzie powodowało problemy z oddychaniem), widać zarówno na klasycznych zdjęciach RTG, jak i na obrazie tomografii komputerowej. Zapalenie płuc wywołane przez COVID-19 może być dodatkowo powikłane infekcją bakteryjną. Dlatego im wcześniej będzie wdrożone leczenie (którego tak naprawdę nie ma, bo tylko próbujemy stosować różne leki, ale nie znaleziono środka, który byłby skuteczny w tej infekcji), tym lepiej. Opieramy się na działaniach związanych z intensywną terapią, m.in. na różnych modelach tzw. nieinwazyjnej wentylacji i wentylacji mechanicznej oraz wspomaganiu układu krążenia, a w niektórych przypadkach także na technikach nerkozastępczych. Zmiany występują też w innych narządach zaatakowanych przez SARS-CoV-2 (układ krążenia, krzepnięcia, wątroba), a to wymaga terapii wielokierunkowej. To spowodowało, że szpitale we Włoszech czy Wielkiej Brytanii zostały sparaliżowane przez ogromną liczbę chorych, którzy w jednej chwili potrzebowali takiej pomocy.

U nas udało się tego uniknąć. Może dlatego nie widzimy zagrożenia i mówimy, że „przecież każdego roku umiera w Polsce ok. 400 tys. osób”?

Te zgony spowodowane są powikłaniami grypy, chorobami krążenia, nowotworami i wieloma innymi przyczynami. One rozkładają się jednak w czasie i nie ma takiej sytuacji, że w ciągu tygodnia z jednego powodu umiera tysiąc i więcej osób. Zastanówmy się, co by się działo, gdybyśmy w Polsce nie wprowadzili ograniczeń. Doszłoby do takiego dramatu jak we Włoszech, gdzie umierało także dużo młodych osób, które nie były w stanie poradzić sobie z wirusem. Lekarze musieli wybierać, kogo ratować. Przeciążenia nie wytrzymały nawet świetnie działające ośrodki intensywnej terapii. Wszyscy pamiętamy zdjęcia przemęczonych lekarzy oraz szpitalnych kaplic zamienionych na kostnice. I miejmy je w oczach, bo może wtedy nie powiemy już, że problem został wymyślony.

Jak obecnie wygląda sytuacja w krakowskim Szpitalu Uniwersyteckim – głównym ośrodku jednoimiennym w Małopolsce?

Intensywną terapię podzieliliśmy na dwie części – brudną (zakaźną) i czystą, gdzie przebywają pacjenci z innymi chorobami. Mamy też ośrodek kwarantanny, gdzie trafiają pacjenci, którzy byli operowani (i nie mamy jeszcze wyniku ich testu), wymagający intensywnej terapii. Są również dwa zespoły, które się ze sobą nie kontaktują. Dzięki rygorom bezpieczeństwa po ponad miesiącu pracy z pacjentami z COVID-19 nikt z personelu się nie zakaził. Trzeba też pilnować się poza szpitalem – nie dotykać twarzy, nie nosić szkieł kontaktowych (bo wirus przenika także przez spojówki), odkażać ręce. W Krakowie opublikowano właśnie badania, które pokazują, że w wybranych miejscach (m.in. na bankomatach i biletomatach) wirus był obecny. Ktoś, kto był chory, musiał te miejsca zakazić. Uwaga do palaczy: dotykając ustnika papierosa, nie zawsze mamy czyste ręce. To też sposób na zakażenie się.

Ozdrowieńcy opowiadają, że nie mogli zobaczyć twarzy lekarzy ubranych w „kosmiczne stroje”…

W strefie COVID-19 lekarze pracują w blokach czterogodzinnych, a pielęgniarki – trzygodzinnych. Przebywanie tam w kombinezonie, maskach, goglach, przyłbicach jest trudne. Żeby skorzystać z łazienki, trzeba się rozebrać, wykąpać, a potem ponownie ubrać. Trudne jest też wykonywanie różnych czynności związanych z leczeniem pacjenta. A jedną z metod stosowanych przy niewydolności oddechowej w przebiegu COVID-19 jest układanie chorego w pozycji na brzuchu – jest to związane z fizjologią krążenia i wentylacją. Obracanie pacjenta, który waży 100 kg, jest podpięty do aparatury i nie może współpracować z zespołem leczącym, jest skomplikowane i wymaga wysiłku. Środki ochrony osobistej są jednak konieczne, bo co będzie, jeśli zabraknie lekarzy?

Polski rząd stopniowo luzuje restrykcje. Boi się Pan, że wskaźnik zachorowań może się przez to zwiększyć?

Model, który wypracowaliśmy, działa. Pewnych rzeczy już się nauczyliśmy, a media przypominają, że trzeba myć ręce, zachowywać dystans społeczny i nosić maski oraz rękawiczki. Możemy tylko apelować o przestrzeganie rygorów narzuconych (w rozsądny sposób) przez państwo. Spróbujmy to przetrwać.

Czekamy też na szczepionkę…

Na szczepionkę pewnie jeszcze poczekamy. Wiem, że są różne ruchy antyszczepionkowe, ale pamiętajmy, że w medycynie są też standardy, które trzeba wypełnić. Dzięki szczepieniom w ostatnich dziesięcioleciach udało się uniknąć dramatów, które działy się jeszcze w latach 50. XX w., gdy pojawiło się polio. Jeśli kogoś to przekona, powiem, że siebie i swoją rodzinę szczepię. A tego, co obecnie dzieje się w Polsce i na świecie, czyli epidemii o skali, jaką ma COVID-19, w swojej 40-letniej pracy zawodowej jeszcze nie widziałem.•

Prof. Jerzy Wordliczek

jest kierownikiem Oddziału Klinicznego Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama