Nowy numer 48/2020 Archiwum

Władza ducha, władza materii

Tron i ołtarz to nie tylko władza świecka i duchowna. To styl życia według tego, co jest dla mnie najważniejsze.

Ktoś uderzał ofiarę w głowę toporkiem albo jakimś podobnym narzędziem. „Stwierdza się na czaszce zmiany w postaci wgnieceń blaszki zewnętrznej kości, jednak przy braku uszkodzeń wgniecionej blaszki oraz bez włamania i złamania w tych miejscach kości. Najdłuższe i najgłębsze wgniecenie znajduje się na potylicy, od góry ku dołowi. (…) Stwierdzone na czaszce wgniecenia są charakterystyczne dla działania urazów zadanych narzędziem tępokrawędzistym” – napisano w protokole z oględzin. Autorami protokołu byli prof. Jan Olbrycht i dr Marian Kusiak, specjaliści z zakresu medycyny sądowej. Dokument został sporządzony w roku 1963, a więc… 884 lata po dokonaniu zbrodni.

Napastnik furiat

O przeprowadzenie badań poprosił naukowców bp Karol Wojtyła, ówczesny krakowski wikariusz kapitulny. Obiektem ekspertyzy była jedna z najważniejszych relikwii polskiego Kościoła – czaszka św. Stanisława ze Szczepanowa. Opublikowanie wyników stało się sensacją, bo rzucały one nowe światło na okoliczności śmierci krakowskiego biskupa. Znacznie wzmocniły wersję śmierci podaną przez późniejszych kronikarzy. Według niej biskup Stanisław padł ofiarą gwałtownego ataku podczas sprawowania Mszy św. Miało się to wydarzyć w piątek po drugiej niedzieli Wielkanocy, 11 kwietnia 1079 roku, w kościele na Skałce w Krakowie.

Pięć śladów po ciosach w głowę, zadanych od tyłu, znamionuje raczej furię napastnika niż realizowanie wyroku. Układ obrażeń pozwala odtworzyć prawdopodobny bieg wypadków. Biskup został zaatakowany od tyłu, co zgadzałoby się z przekazem, że miało to miejsce podczas Mszy. Wówczas kapłan odprawiał zwrócony twarzą do mensy ołtarzowej, nie widział więc, co dzieje się w kościele. Natomiast napastnik w tej sytuacji musiał zaatakować z tyłu.

Biskup, uderzony w potylicę, upadł na plecy. Wtedy na jego głowę spadły kolejne ciosy. Wskazują na to ślady po bokach twarzoczaszki oraz na czole. Uderzenia nie przebiły czaszki, ale były wystarczające, żeby doprowadzić do śmierci. Kat w taki „amatorski” sposób by nie działał. To nie była egzekucja poprzedzona sądem – to było morderstwo.

Broń duchowa

Napastnikiem był, jak głosi tradycja, sam król Bolesław Śmiały. Ale dlaczego się tak stało? Biskup Stanisław był przecież protegowanym króla, być może nawet się przyjaźnili. Sam zaś Bolesław, trzeba to przyznać, był władcą wybitnym. Przydomki „Śmiały” i „Szczodry” wystawiają mu korzystne świadectwo, podobnie jak jego dokonania na polu umacniania pozycji kraju. Był też jednak okrutny i bardzo porywczy. Niestety, to te cechy prawdopodobnie popchnęły króla do bezwzględnych zarządzeń, jakie wydał po powrocie z wyprawy wojennej do Kijowa.

Błogosławiony Wincenty Kadłubek, daleki następca Stanisława na stolicy biskupiej w Krakowie, podał, że pod nieobecność władcy w kraju zapanowało rozprzężenie. Szerzyły się rozboje i małżeńskie wiarołomstwa. Niektórzy rycerze, wobec przedłużającego się pobytu z dala od domu, dezerterowali. Gdy król wrócił do Krakowa, zaczął w brutalny sposób wymierzać sprawiedliwość. Kadłubek, który miał dostęp do dokumentów po swoich poprzednikach, napisał, że Bolesław nakazał wiarołomnym żonom karmić piersią szczenięta. Zapanował terror. W tej sytuacji biskup Stanisław jako jedyny miał odwagę upomnieć władcę. Gdy to nie poskutkowało, zagroził mu klątwą.

Do tej pory w Polsce żaden biskup nie sięgał po karę ekskomuniki. Dopóki nie spowszedniała, była to broń potężna i Bolesław musiał o tym wiedzieć. W Europie wciąż jeszcze huczało o upokorzeniu cesarza Henryka IV, który zaledwie dwa lata wcześniej stał boso i w worze pokutnym pod murami Kanossy, błagając Grzegorza VII o cofnięcie klątwy, którą ten na niego rzucił. Poszło o tzw. inwestyturę, spór o to, kto sprawuje najwyższą władzę w świecie chrześcijańskim – papież czy cesarz. Henryk chciał dominować i decydować o sprawach kościelnych. Grzegorz VII sprzeciwił się tej koncepcji. W dokumencie „Dictatus papae” sformułował zasady, zgodnie z którymi papież miał władzę ustanawiania i usuwania z tronu władców świeckich, mógł też zwalniać poddanych z posłuszeństwa niegodziwym władcom.

Historia uzna epizod pod Kanossą za największy – choć chwilowy – triumf władzy papieskiej nad świecką. Cesarz o mało nie stracił władzy. Ten, który chciał wpływać na wybór papieży, przekonał się, jak wielka jest władza papieża, skoro bez użycia jednego żołnierza jest on w stanie zrzucić z tronu najpotężniejszego władcę.

Jeden świat

Dlaczego to działało? Z prostego powodu: w średniowieczu świadomość Bożego panowania była powszechna. W każdym wymiarze. Rzeczywistość wiary przenikała wszystko. Wszystko miało związek z Bogiem, więc też władzę, zarówno świecką, jak i duchowną, uznawano za pochodzące z nadania Bożego. I papież, i cesarz, i biskupi, i król byli uznawani za Bożych pomazańców. Posłuszeństwo i cześć należały się im ze względu na wolę Bożą. Bazą związku tronu z ołtarzem była wiara, a nie wola władcy, bo ostatecznym władcą nad obu tymi rzeczywistościami, sacrum i profanum, był Bóg.

W sprawach ducha głos decydujący miała, rzecz jasna, władza duchowna. Gdy więc zastosowała ekskomunikę, ludzie po prostu wierzyli w duchowe skutki tego aktu – i wyciągali wnioski także na poziomie materialnym. Władca ekskomunikowany nie miał prawa przyjmować sakramentów, a nawet pojawiać się w kościele, a jego poddani byli zwolnieni z wszelkich obowiązków względem niego. Bolesław Śmiały to wiedział. Więcej – w sporze między cesarzem a papieżem opowiedział się za Grzegorzem VII. Wiedział też, że nie ma prawa karać cieleśnie biskupa, a tym bardziej skazywać go na śmierć. Jeśli mimo to doprowadził do śmierci biskupa, przypisać ten fakt należy jego niepohamowanej porywczości i dumie. Gdybyż zachował się jak rządzący w tym samym czasie w Danii król Swen II Estrydsen! Ten w porywie gniewu kazał zamordować w kościele w Roskilde swoich trzech drużynników za to, że się o nim źle wyrażali. Biskup Wilhelm obłożył go za to klątwą. Gdy monarcha próbował wejść do kościoła, duchowny odmówił mu wstępu. Widząc to, dworzanie Swena chcieli zabić biskupa, ale król ich powstrzymał. Mało tego – ubrał pokutne szaty i stojąc w progu kościoła, prosił o darowanie winy. Co też się stało – biskup zdjął z niego klątwę. Ponieważ król panował nad sobą, odzyskał panowanie nad krajem.

O katastrofę z podobnego powodu otarł się ponad dwa wieki później Kazimierz Wielki. Jak ustalił Jan Długosz, biskup krakowski Bodzanta obłożył króla ekskomuniką za niemoralne prowadzenie się. W celu zakomunikowania mu tego wysłał do Kazimierza wikariusza, księdza Marcina Baryczkę. Ten wykonał zadanie, ale król w ataku furii… kazał utopić kapłana w Wiśle. Później Kazimierz pokutował z tego powodu, czego materialnym świadectwem są kolegiaty w Wiślicy i Sandomierzu oraz kościoły w Szydłowie, Stopnicy, Zagości i Kargowie. Budowle te powstały jako królewskie zadośćuczynienie za zbrodnię.

Nie możemy

Wraz ze schyłkiem średniowiecza obszary ducha i materii zaczęły się rozchodzić. Władza świecka i duchowna stawały się coraz bardziej odrębne, aż zaczęły funkcjonować obok siebie, a często nawet przeciw sobie. Powstały nawet systemy totalitarne, które wiarę religijną uznały za swojego wroga. „Tron” zaatakował „ołtarz”. Polała się krew już nie pojedynczych chrześcijan, lecz tysięcy. Pojęcie rozdziału Kościoła i państwa stało się wieloznaczne. Gdy w jednych społeczeństwach oznaczało ono wzajemny szacunek i wsparcie, w innych stało się powodem niszczenia Kościoła. Wymownym tego przykładem stał się list „Non possumus”, w którym kard. Stefan Wyszyński w imieniu polskiego episkopatu sprzeciwił się próbom podporządkowania Kościoła komunistycznej władzy.

„Gdyby postawiono nas wobec alternatywy: albo poddanie jurysdykcji kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista ofiara, wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym pokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, lecz tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno. Non possumus!” – zadeklarował prymas. Zapłacił za to więzieniem, ale w dalszej konsekwencji to komunizm okazał się stroną przegraną.

Czyja władza?

Człowiek jednak nie umie się rozdwoić, więc rzeczywistość tronu i ołtarza musi w sobie jakoś godzić, bo przecież w obu tych światach jest zanurzony. Instynkt Boga jest zbyt silny, żeby dało się go tak po prostu zlekceważyć, a materia jest zbyt bliska ciału, żeby dało się od niej oderwać. W każdym z nas jest i tron, i ołtarz, i wciąż trwa walka o „inwestyturę”. I choć każdy człowiek pozostaje jednością, często inaczej zachowuje się w obszarze wiary, a inaczej w strefie „świeckiej”. W kościele wyznaje wiarę, w pracy ją ukrywa. W świątyni śpiewa na cześć Boga, w domu wstydzi się pomodlić z małżonkiem. Każdy, niezależnie od deklarowanego światopoglądu, musi sobie zadać pytanie, jakie w jego życiu jest miejsce tronu, a jakie ołtarza.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama