Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ameryka z popiołu

Ani przegrana w Wietnamie, ani w Afganistanie nie podważyły przywództwa Ameryki i jej pozycji jedynego supermocarstwa. Czy dokona tego pandemia koronawirusa?

Amerykanie od dwóch lat szykowali się na powtórkę kryzysu z 2008 r. Analitycy, którzy przewidzieli ostatnie załamanie, przekonywali, że w 2020 r. zapaść będzie głębsza i dłuższa. Wyliczano całą listę możliwych przyczyn. I wszystkie wyglądały na prawdopodobne. Pandemia sprawiła jednak, że uderzenie przyszło nagle i z zupełnie innej strony, niż się spodziewano. Zaczęto powtarzać, że tym razem supermocarstwu grozi powtórka Wielkiego Kryzysu z lat 30. XX wieku.

A więc wojna?

Takie porównania „zapominają”, że każdy kryzys jest inny, inne są jego bezpośrednie przyczyny, inny przebieg – i tylko skutki bywają porównywalne. I tak jest w przypadku kryzysu wywołanego pandemią. Czegoś takiego Amerykanie jeszcze nie przeżyli – i całkiem możliwe, że tym razem siła uderzenia będzie zupełnie inna niż w czasie Wielkiego Kryzysu czy niedawnego kryzysu finansowego. Inny będzie również efekt, także dla pozycji Stanów Zjednoczonych. – Jedną rzecz widać już dzisiaj bardzo wyraźnie: nikt na świecie nie próbuje liczyć na Amerykę w walce z pandemią – mówił mi niedawno Dariusz Rosiak, autor serii audycji „Raport o stanie świata”. – Kiedyś przy tego typu kryzysie światowym wszyscy w naturalny sposób patrzyli na Stany Zjednoczone. Teraz Ameryka nie ratuje świata, jest zajęta sobą i nikt nie zamierza nawet odnosić się do Ameryki, myśląc o rozwiązaniu tego kryzysu – dodaje.

Amerykanie po raz pierwszy od czasów wojny secesyjnej znaleźli się w sytuacji, gdy realna wojna toczy się praktycznie na całym terytorium USA. W wypowiedziach polityków i komentatorów panuje przekonanie, że paraliż, jaki dotknął gospodarkę i inne obszary życia społecznego, jest porównywalny z tym, co dzieje się z krajem w czasie wojny. Może z jednym wyjątkiem – wojna to prawdziwe eldorado dla przemysłu zbrojeniowego, pandemia zaś w równym stopniu dotyka przemysł samochodowy i producentów nowoczesnej broni. Czy to także jeden z objawów schyłku mocarstwowej pozycji USA?

Prognoza niepogody

Zacznijmy od prognoz dla gospodarki – i tak według S&P Global Economics wzrost gospodarczy światowego mocarstwa na skutek pandemii będzie w tym roku… zerowy. Goldman Sachs z kolei przewiduje, że PKB Stanów Zjednoczonych już w II kwartale spadnie o blisko 25 proc.! Takiej sytuacji nie było od II wojny światowej, a wówczas działania wojenne nie toczyły się na terytorium USA (poza atakiem na Pearl Harbor), nie było więc zamrożenia całej gospodarki, nie było zniszczeń, życie toczyło się w miarę normalnie. Teraz sytuacja jest – z gospodarczego punktu widzenia – dużo poważniejsza. Jeden z głównych analityków grupy Strateg Leuthold, Jim Paulsen, przyznaje, że z powodu pandemii gospodarka znajdzie się w głębokim kryzysie, ale dodaje, że niekoniecznie musi to być taka skala jak w czasie Wielkiego Kryzysu. „Recesja, w której się znajdujemy, jest spowodowana całkowicie wyjątkowym fenomenem. To pierwsza i jedyna ogłoszona recesja. Ogłosiliśmy, że wyłączymy gospodarkę podczas pandemii” – mówił w stacji CNBC. To główna różnica w stosunku do dotychczasowych kryzysów, które „przyszły”, ale nie były urzędowo ogłaszane.

Zabawa na Wall Street

Początek Wielkiego Kryzysu sięga Czarnego Czwartku na Wall Street 24 października 1929 r. Wielki krach na nowojorskiej giełdzie stał się początkiem ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego. Optymizm inwestorów przed upadkiem nie znał umiaru, przez co wartość wielu przedsiębiorstw rosła w tempie błyskawicznym: każdego dnia miliony Amerykanów i inwestorów z całego świata bogaciło się na szybujących w górę akcjach. Wydawało się, że na tym nie można stracić. Gdy na początku września padł rekord nowojorskiej giełdy – w ciągu jednego dnia sprzedano blisko 8 mln akcji! – inwestorzy wierzyli, że kapitalizm święci triumf, który będzie trwał wiecznie. Tak naprawdę nie był to żaden kapitalizm, tylko zgubny rodzaj dzikiego hazardu i beztroskiej zabawy, który skończył się paniką już półtora miesiąca później. Akcje spadały na łeb na szyję – tylko w ciągu jednego dnia kilkanaście milionów akcji straciło jedną trzecią wartości. Ich właściciele chcieli w panice sprzedać je jak najszybciej, zanim stracą więcej, ale chętnych na ich zakup już nie było. Miliony Amerykanów, którzy jeszcze dzień wcześniej byli posiadaczami złotych kur w postaci papierów wartościowych, nagle stało się bankrutami. Fala bezrobocia (ponad 30 proc.) i samobójstw ogarnęła cały kraj i przeniosła się także do Europy i innych części świata. Kryzys trwał do 1933 r., w USA udało się podnieść gospodarkę z ruin dzięki programowi New Deal prezydenta Roosevelta. Dla Amerykanów i dla całego świata kapitalizmu był to szok, że gospodarka jednak potrzebuje interwencjonizmu państwowego, że niewidzialna ręka rynku ma ograniczone możliwości, a w sytuacji kryzysu nie działa. Reformy Roosevelta wprowadziły m.in. program zatrudniania osób bezrobotnych w inwestycjach państwowych. Czy tym razem uda się taki program wprowadzić zawczasu?

New Deal Trumpa

Choć „proklamowany” kryzys wywołany pandemią może być jeszcze poważniejszy niż Wielki Kryzys, nie brak sygnałów, które wskazują na coś odwrotnego. Interwencjonizm państwa dziś, w warunkach wojny z koronawirusem, wydaje się jedyną opcją. Zgadzają się co do tego i demokraci, i republikanie. W marcu przedstawiciele prezydenta Trumpa negocjowali z senatorami obu partii warunki wprowadzenia pakietu ratunkowego o wartości biliona dolarów. Można powiedzieć, że to taki New Deal Trumpa, tyle że – w porównaniu z programem Roosevelta – przygotowany już na początku kryzysu. Republikanie w amerykańskim Senacie złożyli propozycję przekazania podatnikom czeków o wartości 1200 dolarów plus 500 dolarów na każde dziecko oraz 300 mld dolarów pożyczek dla małych firm, aby utrzymały pracowników. To niebywałe jak na republikanów, którzy są niechętni wszelkim interwencjom państwa w rynek – ich aktywność tym bardziej pokazuje, jak dramatyczna jest sytuacja. Co więcej, republikanie proponowali, by pożyczki dla firm zostały umorzone, jeśli pracodawcy utrzymają zatrudnienie. Co na to demokraci? Bardziej skorzy do udziału państwa w rozwiązywaniu społecznych bolączek uznali najpierw ofertę republikanów za niewystarczającą i zaproponowali wpompowanie pieniędzy do już istniejącego systemu ubezpieczeń od bezrobocia. Nie czekając na wyniki negocjacji obu partii, prezydent Trump podpisał ustawę, która przekazywała ponad 100 mld dolarów na testy na koronawirusa, a także gwarantowała płatne zwolnienia chorobowe.

Lepiej na bezrobociu?

O tym, że kryzys wywołany pandemią może mieć w USA łagodniejszy przebieg niż Wielki Kryzys, mogą świadczyć również inne decyzje administracji Trumpa – w tym dodatkowe dopłaty dla bezrobotnych w wysokości 600 dolarów tygodniowo. Co ciekawe – na co zwrócił uwagę „New York Times” – dla wielu osób taki zasiłek będzie oznaczał… podniesienie standardu życia, bo w wielu stanach 600 dolarów tygodniowo plus dotychczasowa wysokość zasiłku – ok. 380 dolarów – to łącznie więcej niż dotychczasowe zarobki wielu pracowników. NYT pisze, że zasiłek „pandemiczny” pozwoli na taki „czysty zysk” bezrobotnym z 36 stanów. A warto wiedzieć, że od początku epidemii koronawirusa w USA po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się już ponad 26 mln Amerykanów. Tylko w minionym tygodniu w USA przybyło prawie 4,5 mln takich osób, a do końca maja spodziewanych jest aż 37 mln zarejestrowanych bezrobotnych – i to jest niestety poziom porównywalny z czasami Wielkiego Kryzysu. Program Trumpa zapewne pozwoli przynajmniej w pierwszych miesiącach pandemii przejść ten kryzys mniej boleśnie niż na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Trudno jednak przewidzieć, jak długo potrwa zamrożenie amerykańskiej gospodarki. Donald Trump też wydaje się nieprzewidywalny w swoich decyzjach – najpierw ignorował zagrożenie, później jednak, widząc rosnącą liczbę ofiar, zwłaszcza w Nowym Jorku, zgodził się na ograniczenia, w międzyczasie podpisał konieczne dla przetrwania ustawy, teraz zaś puszcza oko do tych obywateli, którzy nie chcą dłużej trwać w zamknięciu… I ci też mają sporo racji, bo na dłuższą metę totalnego zamknięcia nie jest w stanie wytrzymać żadna gospodarka. Pozostaje pytanie, co z pozycją USA jako światowego mocarstwa. Chiny i Rosja chętnie wykorzystałyby okazję, by przejąć po Ameryce rolę głównych światowych graczy. Rosja jednak sama jest na skraju wyczerpania z racji lecących na łeb na szyję cen ropy, co dla niej oznacza katastrofę. Stany Zjednoczone z pewnością nie przewodzą światowej walce z pandemią. Ale też mają potencjał, by szybciej niż inni odbudować swoją gospodarkę i pozycję w świecie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także