Nowy numer 22/2020 Archiwum

Nosiciele Jezusa

Szybki telefon. Jedno krótkie pytanie: „Przyjedziesz?”. Tak. Nie można było inaczej.

Nie są superbohaterkami i superbohaterami w habitach i maskach. Nie mają nadludzkich mocy. Ratują świat, bo jeden człowiek to cały świat przecież. Czy się boją? Tylko ludzie szaleni bagatelizują zagrożenie. Nie są szaleni, lecz ufają i działają.

W dziesiątkach już domów pomocy społecznej, ośrodkach dla osób chorych i starszych do codziennych trosk doszła kolejna bieda: koronawirus. Jak? Prosto. Ktoś z personelu „przyniósł” albo pacjent wrócił ze szpitalnych badań i „przywiózł” wirusa. Ciągu dalszego tłumaczyć nie trzeba: zaraził się personel, zarazili podopieczni. W ciągu kilku dni nastąpił paraliż. Część pielęgniarek, salowych objęła kwarantanna, część poszło na zwolnienie lekarskie. Co z podopiecznymi? Ludźmi bezbronnymi, którzy bez stałej, 24-godzinnej opieki nie poradzą sobie z najprostszymi czynnościami?

Czarne, białe, brązowe habity oraz sutanny trzeba było powiesić w szafie. Ich nowymi habitami są na czas walki z koronawirusem białe kombinezony, przyłbice i maseczki. Oby jak najlepszej jakości. Siostry zakonne, bracia i księża jako wolontariusze pracują w wielu zamkniętych ośrodkach dotkniętych COVID-19. Większość nie chce o swojej pracy mówić (a szkoda). Niektórzy dzielą się przeżyciami jak życiowymi rekolekcjami...

Bochnia

Telefon od starosty Bochni. Jeden, drugi, w różne miejsca. Rozpaczliwa prośba o pomoc: u nas, w DPS-ie, koronawirus. Podopieczni zostali niemal bez opieki. Kto pomoże? Nie było chętnych, a może możliwości? W końcu starosta dodzwania się do sióstr dominikanek. Wie, że prowadzą ośrodki dla osób niepełnosprawnych. Może wesprą? Matka generalna pyta siostry, czy pojadą. Nie zastanawiają się ani chwili. Przyjeżdżają do Bochni w Wielki Piątek. Symboliczne. – Nasza siódemka na co dzień pracuje w kilku domach w Krakowie, Kielcach, Krużlowej, Białej Niżnej – mówi s. Julietta, koordynująca pracę sióstr w Domu Pomocy Społecznej w Bochni. – Weszłyśmy do domu, w którym wykryto COVID-19, gdzie przebywają osoby z niepełnosprawnością intelektualną i ruchową. Dwie kolejne siostry rozpoczęły pracę w drugim domu, dla seniorów – bez koronawirusa. Jesteśmy od siebie odseparowane, z oczywistych, epidemicznych względów...

Jechały do blisko 40 pacjentów, w tym mężczyzn z dysfunkcjami psychicznymi. Niektóre nie miały doświadczenia w pracy z niepełnosprawnymi. Najstarsza, 64-letnia s. Helena, blisko 40 lat pracowała na misji w Kamerunie. I doświadczenie pracy w trudnych warunkach przeniosła na walkę z wirusem. – Przez pierwszą noc byłam z zakażonymi jeszcze bez maski i kombinezonu – opowiada s. Helena. – Taka była potrzeba. Nie bałam się. Potem dotarła do nas odzież ochronna.

W Wielką Sobotę do dominikanek dołączył ks. Piotr Dydo-Rożniecki. Młody kapłan z diecezji tarnowskiej, który przez ostatnie lata pracował w Kazachstanie. Koronawirus pokrzyżował mu plany powrotu do swojej parafii. Ktoś najwyraźniej miał wobec niego inne plany... – Dowiedziałem się o Bochni z internetu. Biskup zgodził się, bym mógł tam pracować. Spakowałem się i pojechałem. Tu nie ma wielkiej filozofii: po prostu trzeba pomóc – mówi ks. Piotr. Na miejscu przeszedł prosty instruktaż, szkolenie BHP. – Przebrałem się w odzież ochronną, która wtedy jeszcze nie była zbyt profesjonalna, i zacząłem pracę.

Początki były dość trudne: siostry i ksiądz weszli do nieznanego zupełnie miejsca, nie znali powierzonych ich opiece ludzi. A chorzy nie znali swoich nowych opiekunów, najpierw nie ufali im. Trzeba było przełamać lody, poznać potrzeby, diety, upodobania. Pomagały drogą telefoniczną pracownice ośrodka, które musiały poddać się kwarantannie i dla których rozłąka z podopiecznymi była dramatem.

– Nasi podopieczni to osoby chore psychicznie od dziecka, ale również osoby po wypadkach, po przeróżnych życiowych traumach – opowiada ks. Piotr. – Prócz jedzenia i higieny, prócz środków leczących ciało, potrzebna jest im również opieka duchowa – dodaje. Dlatego na początku pracy ks. Piotr nałożył na kombinezon stułę i wszedł na oddział. Wyspowiadał jedną osobę i potem stuła musiała być zdjęta, zdezynfekowana. Ten jasny znak – fioletowa stuła kapłańska – przełamał jednak nieufność: tak, ten człowiek w dziwnej masce i jeszcze dziwniejszym kombinezonie, który karmi nas i zmienia pieluchy, to kapłan... – Nasz szef centrum kryzysowego, Lewandowski, zrobił mi zdjęcie w kombinezonie, masce i ze stułą, które obiegło internet i stało się niejako symbolem pracy osób konsekrowanych i duchowieństwa w ośrodkach z COVID-19 – opowiada ks. Piotr.

– Ks. Piotr to twardy facet, mocny duchem. Ma też świetne zdolności organizacyjne – mówi s. Julietta. – Wspólnie udało się nam na początku pracy przeprowadzić dezynfekcję domu. A po upływie półtora tygodnia nasze życie tu całkiem się unormowało, biorąc pod uwagę nietypowe okoliczności.

Wolontariusze pracują na trzy zmiany, po osiem godzin. Mieszkają obok ośrodka, tak by nie mieć kontaktu z osobami postronnymi, ale również z innymi wolontariuszami, którzy nie pracują bezpośrednio z chorymi. Szykowane jest też osobne skrzydło dla ozdrowieńców z ośrodka.

Siostra Julietta: – Na co dzień jestem katechetką w Białej Niżnej. Nie miałam prawie styczności z osobami niepełnosprawnymi. I sama jestem zaskoczona, że ta przedziwna rzeczywistość, do której mnie skierował Pan Bóg, jest stworzona dla mnie. Czerpię z pracy radość: podopieczni opowiadają o sobie, potrzebują obecności, zwierzeń. To zupełnie inny świat, ale jeśli ktoś nie był, nie poznał – nie wie, co stracił...

W ośrodku przybywa „pozytywnych” pacjentów. Kierowani są do szpitala zakaźnego. Pozostali są izolowani. Co będzie dalej? – Cokolwiek się z nami stanie – wszystko oddajemy w ręce Pana Boga – mówią zgodnie dominikanki. Kilka dni temu przyszły wyniki badania na COVID-19 przeprowadzone u wolontariuszy. Wszyscy są zdrowi, czyli... negatywni. – Dobrze być tak negatywnie ocenioną – śmieje się s. Julietta.

Tu jest nadzieja

Zakład Opieki Leczniczej w Jeleniej Górze, prowadzony przez Caritas Diecezji Legnickiej. W Wielki Piątek wieczorem brakowało sprzętu, pieniędzy, a przede wszystkim personelu. Dzień później, po apelu dyrekcji o pomoc, zgłosili się ochotnicy: świeccy, klerycy z przełożonymi z Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Legnickiej, siostry zakonne. Wśród nich s. Barbara ze Zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi. – Przyjechałam, żeby wspomóc chorych, ale też zastąpić i wesprzeć moją serdeczną koleżankę, s. Katarzynę, która pracowała tu ponad siły, sama się zaraziła i obecnie przebywa w szpitalu, walczy z koronawirusem – opowiada s. Barbara. – Siostra Kasia to prawdziwa bohaterka, chociaż pewnie by nie pozwoliła tak o sobie mówić. Walczyła do wyczerpania sił. Trzeba się teraz za nią mocno modlić, by wyzdrowiała...

Wśród chorych pracuje również ksiądz – rektor seminarium legnickiego. Jak mówi s. Barbara – człowiek pokorny, pracowity, ofiarnie pochylający się nad podopiecznymi. I rozmodlony... – Dla nas, personelu i pacjentów, możliwość uczestniczenia w codziennej Eucharystii to wielki dar. Dzięki sakramentom jest nam łatwiej. Tu czas płynie między służeniem chorym, wypełnianiem obostrzeń związanych z higieną i ochroną oraz modlitwą. I to jest klimat nadziei, bo chociaż czasem rozmawiamy o wirusie, nie ma nikogo przygaszonego czy przestraszonego. Ludzie są spokojni.

Siostra Barbara dodaje, że czas pandemii to czas weryfikacji ludzi i postaw. – Mój tutejszy wzór to pan Sławek, pracownik ośrodka. Człowiek wspaniały w swoim poświęceniu, pracy dla chorych. Tutaj w czasie zarazy poznałam świętych ludzi. I tylko denerwują siostrę esemesy w stylu: „jest siostra bohaterką”. – Nie, nie jestem! To ja otrzymałam wielki dar koronawirusowych rekolekcji...

I psycholog potrzebny

W Jeleniej Górze pracuje też jako wolontariuszka s. Elżbieta, klaryska, doktor psychologii klinicznej. – Usłyszałam apel o pomoc i po prostu musiałam tu przyjechać. Nie wahałam się. Uzyskałam pozwolenie od biskupa – jestem siostrą klauzurową – spakowałam się i tyle... – opowiada s. Elżbieta. – Oddanie siebie za innego człowieka to życie Ewangelią. Sumienie by mi nie pozwoliło siedzieć w domu, gdy tu potrzebują pomocy...

A pomagać trzeba przy myciu, karmieniu, przewijaniu, podawaniu leków. Gdy są chęci, nie jest trudno nauczyć się tych czynności, nawet przy obłożnie chorych. Ale też w miejscach, w których życie walczy ze śmiercią, potrzebna jest porada psychologa... – Próbuję wspierać pacjentów, rozmawiam z nimi. Jeśli personel przeżywa trudności, również może na mnie liczyć. Wiadomo, że sytuacja zamknięcia w tak trudnych okolicznościach wymaga ogromnego hartu ducha, sił. I gdy czasem sił mniej, jestem gotowa do rozmowy i pocieszenia...

Podobnie albertyn brat Albert, psycholog, który podjął się wolontariatu w opanowanym przez koronawirusa domu pomocy społecznej w Stalowej Woli. Gdy 15 pracowników musiało poddać się kwarantannie, a 16 osób z personelu odeszło na zwolnienia lekarskie, to właśnie m.in. albertyni ruszyli na ratunek. – Charyzmat albertyński to iść tam, gdzie nikt nie chce. Więc poszliśmy – mówi prosto br. Albert. – Nie, nie boimy się, po prostu pracujemy. Ja, jeśli ktoś potrzebuje rozmowy z psychologiem, służę i taką pomocą. Jesteśmy tu specyficzną wspólnotą wolontariuszy: są z nami kapucyni, siostry dominikanki, służebniczki, felicjanki...

Higiena i modlitwa

Gdy koronawirus zaczynał zbierać złe żniwo w Polsce, s. Kinga ze Zgromadzenia Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej, na co dzień katechetka, zaczęła się modlić. O rozeznanie. – Czułam, że powinnam pomóc, że nie mogę być bierna – wspomina. – Modliłam się, pytałam Pana Boga o wskazówki. Więc gdy dostałam informację, że w ośrodku dla osób obłożnie chorych, starszych potrzeba wsparcia, wiedziałam, że muszę tam jechać. Siostra prowincjalna pobłogosławiła i pojechałam do Kaliskiego Centrum Opieki Długoterminowej „Salus”.

W centrum sytuacja była dramatyczna: większość podopiecznych i personelu zakażonych koronawirusem. Ci, którzy opiekowali się chorymi, byli skrajnie wyczerpani. Nie wszystkich chorych udało się umieścić w szpitalu zakaźnym.

Trudno nawet wyobrazić sobie ich los, gdyby nie wolontariusze. – Są tu m.in. benedyktyni, jeden kleryk, maturzystka – wolontariuszka, ratowniczka medyczna. Pracujemy od siódmej do dziewiętnastej, rano wychodzimy po obfitym śniadaniu z pokoi, by jak najdłużej wytrzymać bez jedzenia i korzystania z toalety – pracujemy przecież w specjalistycznych kombinezonach, podwójnych maskach, a każde rozebranie się to ryzyko zakażenia.

Co jest potrzebne pracującym wolontariuszom? – Modlitwa, dużo modlitwy. Ale też... wygodne legginsy, lekkie dresy, które nie krępują ruchów pod kombinezonami, delikatne środki higieny osobistej, bo gdy po dyżurze wracamy na odpoczynek, jesteśmy całkowicie mokrzy, spoceni. Habity na czas pracy z chorymi odwieszamy do szafy.

Siostra Kinga dodaje: – Ja tu nie przyjechałam bohaterzyć i umrzeć, tylko działać, pomagać, a potem nadal żyć. Uda się. Jesteśmy przecież... nosicielami Jezusa.

Nie trzeba wśród chorych

W Krakowie do pracy w jednym z DPS-ów zgłosiło się dwunastu kleryków seminarium salezjańskiego. – Działamy, chociaż klerycy nie mają bezpośredniego kontaktu z pacjentami – opowiada ks. Adam Paszek SDB, rektor Wyższego Seminarium Duchownego Towarzystwa Salezjańskiego. – Klerycy pracują w kuchni, sprzątają, a przede wszystkim zajmują się dezynfekcją, która jest, jak wiadomo, podstawą bezpieczeństwa.

Klerycy pracują na dwie tury. Gdy wracają do seminarium, nie wchodzą do wspólnych pomieszczeń, lecz mają osobne pokoje. Są poddawani bardzo ścisłym rygorom sanitarnym. – Dla naszego wspólnego bezpieczeństwa procedury i higiena są tu podstawą – dodaje ks. Paszek.

Dlaczego klerycy podjęli się takiej pracy? – Nasz założyciel ks. Bosko, gdy wybuchła epidemia cholery w Turynie, wraz z chłopcami z oratorium również opiekował się chorymi. Dziś, gdy czas tego wymaga, idziemy podobną drogą...

Wtedy, w Turynie, ani ks. Bosko, ani klerycy pracujący przy chorych nie zarazili się...

Profilaktyczna walka

Na ponad 800 ośrodków zamkniętych typu DPS i ZOL, koronwirusa odkryto w blisko 30. Prawdopodobnie liczba ta będzie rosnąć. Pracownicy i dyrektorzy pozostałych ośrodków bezustannie więc walczą, by pacjenci pozostali zdrowi. – Walczymy o środki ochrony, higieny, staramy się pracować pomniejszonymi siłami nas, sióstr pallotynek i pracowników, by ośrodek był całkowicie odizolowany – opowiada s. Marcelina, która wraz z innymi siostrami i grupą pracowników zamknęła się w ośrodku w Bobolinie. Taka świadoma, ścisła izolacja daje nadzieję, że koronawirus nie zaatakuje chorych, że nikt z zewnątrz zarazy nie przyniesie. – Nasi pracownicy to oddani podopiecznym ofiarni ludzie, którzy dwoją i się i troją, byśmy mieli sterylnie czysto, by wszystkie sprzęty wciąż dezynfekować. Mamy wszyscy więcej pracy, ale to jedyna szansa na przetrwanie bez koronawirusa. Sytuację utrudnia fakt, że naszych podopiecznych, niepełnosprawnych intelektualnie, nie da się całkowicie odizolować, bo oni tego nie zrozumieją. Radzimy sobie w obecnej sytuacji. Ale gdyby wybuchła tu epidemia...

Pallotynka dodaje, że wszelkie oznaki solidarności i pamięci pozwalają z nadzieją patrzeć w przyszłość. – Czasem ktoś napisze, czasem da znać o pamięci, o chęci pomocy. To naprawdę ważne – poczucie, że na tej wojnie nie jesteśmy same.

Podobnie sytuacja wygląda w ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci Domu Mocarzy pod Łowiczem: – Ścisła izolacja, częste mycie podłóg, klamek oraz brak kontaktu ze światem – to daje nadzieję, że do naszych dzieci COVID-19 nie dotrze – mówi dyrektorka ośrodka s. Elwira Szwarc CR. – Dzieci, które mają niepełnosprawności sprzężone, nie miałyby z tym wirusem wielkich szans.

I tylko byłoby prościej, gdyby o płyn do dezynfekcji, o rękawiczki i maseczki nie trzeba było prosić ludzi dobrej woli. Gdyby po prostu każdy DPS miał ich w zapasie wystarczającą ilość i mógł korzystać bez lęku, że jutro zabraknie... – Dobrze, że mimo własnych problemów ludzie o nas pamiętają. Tylko wspólnie przetrwamy ten czas – dodaje zmartwychwstanka.

PS Gdy kończyliśmy przygotowanie tego numeru, okazało się, że ośrodek Salus musiał zostać ewakuowany, a pacjenci przeniesieni do szpitali zakaźnych. S. Kinga nie wyklucza, po kwarantannie i badaniach, podjęcia pracy w innym miejscu. Rąk do pomocy potrzeba coraz bardziej...•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama