Nowy numer 44/2020 Archiwum

Misja specjalna

Dlaczego ruszył „jeszcze dalej niż północ”? Był na tyle doświadczony, by wiedzieć, że to nie może się inaczej skończyć. Sporo przeżył, jego braci wymordowano, a sam musiał salwować się ucieczką. Co pchnęło przyjaciela cesarza i papieża do tak ryzykownej misji?

Po ludzku to niedorzeczne. Bez skierowania snopa światła na Boga nie można zrozumieć Wojciecha, jego wyborów, rezygnacji z zaszczytów, stopniowego ogałacania się i ostatecznie szalonej misji na północ.

Z tej śmierci życie tryska

Gniezno już na zawsze będzie mi się kojarzyło z błyszczącymi oczami karmelitanek. Zamknęły się za kratami, bo „pozwoliły się uwieść”. Pamiętam ich opowieść o mijanym na korytarzu klasztornym krzyżu. Siostra Maria od Dzieciątka Jezus wieczorami podchodziła do niego i całowała stopy Jezusa. Zmarła w Wielki Czwartek. „Pamiętaj o przymierzu” – szeptała przed śmiercią. „W moim sercu jest pokój. Jestem cała Twoja, a Ty jesteś mój. Przyjmuję wszystko, co mi dajesz. Amen, amen, amen…”

Myślę o tych słowach usłyszanych w Karmelu nieopodal grobu św. Wojciecha. Przecież to również jego historia! Tak, „z tej śmierci życie tryska”. Jaki klucz znaleźć do jego misji? Jan Paweł II, który 3 czerwca 1997 r. odwiedził grób świętego z okazji 1000. rocznicy jego śmierci, wskazał na jedność: „Wojciech jest natchnieniem dla tych, którzy dziś pracują nad zbudowaniem nowej Europy, z uwzględnieniem jej korzeni kulturowych i religijnych. Jego świadectwo jest nieprzemijające, gdyż cechuje je przede wszystkim umiejętność harmonijnego łączenia różnych kultur”. Jerzy Łojek i inni historycy podkreślają element państwowotwórczy i cementujący dopiero co ochrzczoną wspólnotę. A abp Grzegorz Ryś, cytując najstarszy żywot św. Wojciecha, ukazał go jako „człowieka życia, a nie śmierci”. „Służył chorym, ubogim i potrzebującym jako student i jako biskup, nie zostawiając dla siebie niemal nic (…). Jego wybór miłosierdzia był wyborem ubóstwa. Nie skarżył się, że mu brakuje na nowe świątynie. Największym jego dramatem było to, że nie starczało mu pieniędzy, żeby wykupić chrześcijańskich niewolników. To był największy ból, dla którego po raz pierwszy zrezygnował z praskiego biskupstwa” – opowiadał metropolita łódzki, zauważając, że w opisującej św. Wojciecha kronice Kanapariusza jak refren wraca stwierdzenie, że to, co „trudne i gorzkie, musi stać się słodkie”. „Tu chodzi o miłość, bo miłość czyni to, co gorzkie, słodkim” – podsumował abp Ryś.

Myślę, że kluczem do zrozumienia Wojciecha jest jego asceza i benedyktyńskie „ora et labora”. Ten szlachetnie urodzony przyjaciel możnych tego świata, mąż stanu (określenia tego nie znano w X wieku, ale naprawdę nie jest ono na wyrost!) stopniowo wchodził w ogołocenie.

Radykalna zmiana

Libice nad Cidlinou leżą tuż przy autostradzie w połowie drogi między Pragą a Hradcem Králové. To tu ok. 956 roku przyszedł na świat Vojtěch Slavníkovec. Jego słowiańskie imię oznacza tyle co „pokrzepienie, pociecha wojów”. Choć, jak głosi tradycja, rodzice przeznaczyli syna do stanu rycerskiego, ten nieoczekiwanie, być może pod wpływem choroby, zmienił swe życiowe plany i postanowił zostać kapłanem.

Dzieciństwo spędził na rodzinnym dworze. Potem ruszył na dekadę do szkoły w Magdeburgu. Tu otrzymał bierzmowanie, a na cześć opiekującego się nim troskliwie arcybiskupa Magdeburga przyjął drugie imię Adalbert. Odtąd na Zachodzie znany będzie pod tym właśnie imieniem. W 981 roku Wojciech wrócił do Czech, gdzie otrzymał święcenia kapłańskie. W drugim dniu 982 roku był świadkiem śmierci Dietmara, pierwszego biskupa Pragi. Słyszał, jak w ostatnich godzinach życia Dietmar ubolewał nad tym, że zbyt mało czasu poświęcał na post i modlitwę. Te wyznania musiały zrobić na Wojciechu ogromne wrażenie, skoro radykalnie zmienił dotychczasowy tryb życia i za wskazówkami płynącymi z tętniącego życiem benedyktyńskiego klasztoru w Cluny zdecydował się na życie ascety.

Już jako 30-latek objął biskupstwo w Pradze. Był stanowczy, doskonale znał biblijną zasadę „nie–nie, tak–tak”. Sprzeciwiał się rozwiązłości, wielożeństwu, intrygom możnowładców oraz handlowi niewolnikami z krajami muzułmańskimi. Na efekty nie musiał długo czekać. Konflikt z księciem Bolesławem II sprawił, że wraz z bratem Radzimem musiał opuścić Pragę.

Bracia pragnęli ruszyć pieszo do Ziemi Świętej. Po drodze zatrzymali się w klasztorze na Monte Cassino, a tamtejsi benedyktyni, zafascynowani osobą Wojciecha, chcieli go zatrzymać u siebie. Ostatecznie, po rozmowie z mnichem bazyliańskim św. Nilem, Wojciech wstąpił do klasztoru w Rzymie.

Do katedry wchodził boso

Tonący w zieleni Awentyn jest według mnie najpiękniejszym wzgórzem Wiecznego Miasta. Tu Wojciech zrezygnował z godności biskupiej i zaczął prowadził ascetyczne życie mnicha. Tu, wraz z bratem bł. Radzimem, w Wielką Sobotę w roku 990 złożył profesję zakonną.

Do Czech wrócił po latach, ulegając usilnym prośbom papieża i rodaków. Gdy powtórnie wrócił do Pragi jako jej biskup, do katedry na wzgórzu hradczańskim wchodził boso, z opuszczoną głową, nie reagując na entuzjastyczne wiwatowanie tłumu.

Miał silną opozycję. Gdy w czasie tzw. rzezi libickiej wymordowano niemal całą jego rodzinę, Wojciech ruszył na Węgry. Tu miał ochrzcić przyszłego króla Stefana I. Był częstym gościem na dworze niemieckiego cesarza Ottona III. Został jego spowiednikiem, powiernikiem i doradcą. Historycy piszą wprost o ich przyjaźni. W Moguncji cesarz poświęcał mu wiele czasu, a ich duchowe rozmowy trwały godzinami. Nic dziwnego, że po latach w relacji ze słynnego zjazdu gnieźnieńskiego biskup kronikarz Thietmar notował, że „gdy Otto ujrzał z daleka upragniony gród, zbliżył się doń boso ze słowami modlitwy na ustach”. Najwyższy władca europejski boso? Kim musiał być dla niego Wojciech, skoro cesarz zdobył się na tak pokorny gest?

Król niemiecki i cesarz rzymski, który wierzył w odbudowę uniwersalnego imperium nie tylko na ziemiach tradycyjnych, ale i świeżo schrystianizowanych, słynął z pobożności, ale to nie tłumaczy jego zachowania. Jego relacja z Wojciechem musiała być niezwykle silna.

W paszczy smoka

Gdy Wojciech musiał uciekać z ojczyzny, Bolesław Chrobry przyjął go z otwartymi ramionami. Nie oponował, gdy ten zdecydował się ruszyć z pokojową misją do Prusów: najdzikszego spośród plemion, z którymi graniczyło młode państwo polskie.

Czego mógł się spodziewać? Ponieważ Bolesław dopiero co zorganizował zbrojny najazd na ich terytoria, nie mógł oczekiwać powitania chlebem i solą. To było wejście w paszczę smoka. Wojciech szedł na pewną śmierć. Antypiastowskie nastroje Prusów, nieznajomość języka i kultury, trudy wędrówki po nieznanej ziemi – to wszystko sprawiało, że apostoł pogan w swej ostatniej misji do wybrzeży Bałtyku musiał liczyć się z tym, że z niej nie powróci.

Chrobry dał Wojciechowi 30 wojów. Biskupowi towarzyszyli jego brat, bł. Radzim, i subdiakon Benedykt Bogusza, który znał język pruski i mógł służyć za tłumacza. Wisłą dotarli do Gdańska, a potem ruszyli w dalszą drogę. By nie nadawać misji charakteru militarnego, oddalili żołnierzy.

23 kwietnia 997 roku zostali zaatakowani. Wychowanek słynnej szkoły w Magdeburgu, szanowany biskup Pragi, spowiednik cesarza zginął śmiercią męczeńską. Miejsca śmierci nie udało się dotąd zidentyfikować. Mogło to być w Tenkitten (miejscowości położonej na terenie dzisiejszego obwodu kaliningradzkiego) lub w Świętym Gaju niedaleko Pasłęka.

„Bardzo wiele spraw wielkich i znaczących stało się przez tę śmierć, tak z pozoru bezużyteczną” – pisał o tym wydarzeniu Tadeusz Żychiewicz.

Chrobry, wykupując od Prusów ciało świętego, miał zapłacić tyle złota, ile ważyło. Doczesne szczątki męczennika spoczęły w Gnieźnie, które od tego momentu stało się miejscem szybko rozprzestrzeniającego się na całą Europę kultu. Już w 999 roku papież Sylwester II ogłosił Wojciecha świętym.

Europa ducha

Nie sposób dziś wyobrazić sobie tego, czym dla młodziutkiego chrześcijańskiego państwa był grób męczennika. Czesi mieli już wówczas dwoje świętych: Ludmiłę i Wacława, a Morawianie modlili się do swych wielkich apostołów, Cyryla i Metodego, którzy przybyli na ich tereny z Bizancjum w połowie dziewiątego stulecia.

Nic dziwnego, że słynny zjazd u grobu Wojciecha zaowocował przed 1020 laty nie tylko uznaniem państwa polskiego przez cesarstwo, ale i proklamowaniem pierwszej metropolii.

Tysiąc lat po śmierci Wojciecha wokół gnieźnieńskiej katedry zgromadziło się trzysta tysięcy wiernych. Obok siebie stali prezydenci: Polski (Aleksander Kwaśniewski), Czech (Václav Havel), Niemiec (Roman Herzog), Węgier (Árpád Göncz), Słowacji (Michał Kováč), Litwy (Algirdas Brazauskas) i Ukrainy (Leonid Kuczma), a z głośników płynął mocny głos zgarbionego, schorowanego Jana Pawła II. Do historii przeszło jego zdanie: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona jednością ducha”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także