Nowy numer 23/2020 Archiwum

Kierunek: ocean!

Na GPS-ie wpisujemy „droga miłosierdzia” i ruszamy do miejsc, gdzie niebo dotykało ziemi, a Syn Boży schodził do granic II Rzeczypospolitej.

Kochani pozamykani i odizolowani! Choć czasy nie służą podróżom, pragniemy zabrać was na wycieczkę. W stronę oceanu. Słowo to występuje w „Dzienniczku” 19 razy. Zawsze jako metafora bezmiaru Bożej miłości i miłosierdzia. „Duch mój cały zatonął w Bogu, w tym oceanie miłości”, „tonę w Nim jako jedno ziarenko piasku w bezdennym oceanie”, „zanurz duszę moją w oceanie Bóstwa swego” – notowała Faustyna.

Umówmy się, że pomijamy pierwszą część trasy. To byłoby zwiedzanie województwa łódzkiego i Mazowsza. Faustyna urodziła się w Głogowcu, a chrzest i edukację przyjęła w Świnicach Warckich. Po szkole trafiła na służbę do rodzin w Aleksandrowie Łódzkim i Łodzi, a 1 sierpnia 1925 r. przestąpiła próg warszawskiego klasztoru Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. W zgromadzeniu tym przeżyła 13 lat. Była w nim ogrodniczką, furtianką, kucharką i sprzedawczynią pieczywa. Zapraszamy do miejsc, gdzie Syn Boży schodził do granic II Rzeczypospolitej.

TRASA PIERWSZA: WARSZAWA–PŁOCK

czas: 1 godz. 35 min, długość trasy: 111 km

Jeśli przymykasz oczy i wyobrażasz sobie, że mistyczne spotkanie „na szczycie” musi odbywać się w przepięknych okolicznościach przyrody, gdy wokół wybucha wiosna, a z nieba przy dźwiękach fugi Bacha spływa niebiańskie objawienie, musisz zejść do tej piwnicy. To zejście w dół jest niezwykle symboliczne.

Wiosną 1930 roku Faustyna przyjechała do Płocka. Zaczęła pracować w sklepie piekarniczym. 30 marca przed 12 laty przejeżdżaliśmy tędy z rodzinką. Była Niedziela Bożego Miłosierdzia. Szukaliśmy Mszy, bo przez cały dzień byliśmy w drodze. Weszliśmy do pierwszego kościoła, który napotkaliśmy, i ze zdumieniem przeczytaliśmy informację: „W tym miejscu 22 lutego 1931 roku św. Siostra Faustyna miała pierwsze objawienie obrazu Jezusa Miłosiernego”. To tu usłyszała polecenie: „Pragnę, aby ten obraz czczono w kaplicy waszej i na całym świecie”. Dotyczyło ono właśnie kaplicy przy Starym Rynku w Płocku!

„Ciemna cegła, toporny gmach, przypominający ponury obraz robotniczych dzielnic Górnego Śląska czy Łodzi” – notowałem wówczas. Czy Jezus nie mógłby wybrać innego miejsca? Chociażby pobliskiej strzelistej katedry Wniebowzięcia NMP, konsekrowanej już w 1144 roku? Nie. Wybrał to, co kruche, co nie rzuca się w oczy, co łatwo ominąć, zbagatelizować. Jak zawsze.

To tu, w piwnicy, sprzątając stoły obsypane mąką i maszerując z koszami pełnymi pachnącego pieczywa, Faustyna rozważała słowa, które usłyszała w lutym. Wieczorem w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu po kolacji szykowała się w swej celi do snu, gdy nagle ujrzała Jezusa: „Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. Powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie”. Plotka o widzeniach rozeszła się po klasztorze, a Faustyna usłyszała, że jest fantastką i histeryczką.

Każdego dnia o bladym świcie z ponad trzydziestką sióstr rozpoczynała dzień modlitwą. Potem biegła do pracy w piekarni i sklepie. Największa polska mistyczka pachniała świeżym chlebem. Pochylała się nad dzieżą z rękami zanurzonymi po łokcie w mące. Dźwigała kosze pełne pachnącego chleba, a po wypieku na kolanach szorowała szachownicę podłogi.

Jaka była? Pogodna, promienna, usłużna – wspominały ją siostry z klasztoru wciśniętego w kąt płockiego rynku. Prowadziły tu zakład dla „upadłych dziewcząt”, znany powszechnie pod nazwą „Anioł Stróż”. Z piwniczki maszerowała na rynek, by w przyklasztornym sklepiku sprzedawać chleb, bułki i drożdżówki własnego wypieku. Do dziś w dniu objawienia, w święto Bożego Miłosierdzia i w rocznicę śmierci mistyczki siostry rozdają wiernym bułeczki.

W listopadzie 1932 r. Faustyna ruszyła na III probację do Warszawy, a pół roku później przyjechała do Krakowa. 1 maja 1933 r. złożyła tu śluby wieczyste, a 22 dni później ruszyła do Wilna. Po drodze modliła się na Jasnej Górze. „Pomawiana o histerię, pod obstrzałem spojrzeń przełożonych, spowiedników i sióstr, chwilami niedowierzająca samej sobie, nie przestawała modlić się o kierownika duchowego” – pisze Ewa Czaczkowska w biografii świętej. Doczekała się. Ale by go spotkać, musiała ruszyć do Wilna.

TRASA DRUGA: KRAKÓW–WILNO

czas: 8 godz. 51 min., długość trasy: 767 km

Najczystsze miasto, jakie widziałam! – opowiadała mi o Wilnie babcia, spoglądając na obraz na ścianie. Trzy białe krzyże. Stanęły w 1916 r. w miejscu męczeńskiej śmierci siedmiu XIV-wiecznych franciszkanów. Do dziś są najjaśniejszym punktem miasta.

W cieniu Góry Trzykrzyskiej misja sekretarki Bożego Miłosierdzia nabrała przyspieszenia. Tu powstał obraz, tu po raz pierwszy został wystawiony publicznie, tu Faustyna usłyszała tekst Koronki do Miłosierdzia Bożego i polecenie: „Pragnę, aby zgromadzenie takie było”. Gdy byłem tu po raz ostatni, miałem szczęście adorować o bladym świcie Najświętszy Sakrament. Dochodziła piąta, a ja byłem w maleńkim wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia kompletnie sam. Jezus Eucharystyczny stał przed Jezusem z obrazu Kazimirowskiego.

Przyjechała pociągiem 25 maja 1933 r. Jej przyjaciółka s. Justyna Gołofit na tę okoliczność wyszorowała podłogi. Osiemnaście zakonnic mieszkało w klasztorze, który Faustyna opisywała jako „maleńkie chałupki – porozrzucane”. To na zielonym Antokolu przy Senatorskiej 25 (dziś Grybo 29 a) w czwartek 1 czerwca Faustyna spotkała po raz pierwszy ks. Michała Sopoćkę. Usłyszał: „Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus. Powiedział: »Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu na ziemi«” i... był tym bardzo zakłopotany. „Zwróciła moją uwagę niezwykłą subtelnością sumienia i ścisłym zjednoczeniem z Bogiem; przeważnie nie było materii do rozgrzeszenia, a nigdy nie obraziła Boga grzechem ciężkim – notował po latach ks. Sopoćko.

W Wilnie Faustyna mieszkała od maja 1933 r. do marca 1936 r. Pracowała w ogrodzie, choć początkowo kompletnie się na tym nie znała. Została ogrodniczką w duchu posłuszeństwa. „Pan Jezus mi pobłogosławi, choć nie umiem” – zwierzała się. Miała ręce pełne roboty, bo wielki ogród musiał wyżywić nie tylko 19 sióstr, ale i niemal 80 wychowanek.

21 marca 1936 r. Faustyna ruszyła do stolicy, a 12 maja dotarła do Krakowa

TRASA TRZECIA: WILNO–KRAKÓW

czas: 8 godz. 51 min., długość trasy: 767 km

Nie dało się jej przeoczyć. Zapamiętałem ją z kilku powodów. Nie tylko dlatego, że ubiorem wyróżniała się w tłumie (na oryginalnej sukni wyszyła obraz Bożego Miłosierdzia). Murzynkę z Togo spotkałem w celi Faustyny. Klęcząc, całowała jej poduszkę. W jej oczach lśniły łzy. Leciała tu kilkanaście godzin, ja jechałem niecałą godzinę. Może dlatego nie doceniałem tego, za czym ona tęskniła? Staliśmy obok siebie w maleńkim pokoju, w którym umierała mistyczka. Ciemna, malutka izdebka. Proste łóżko, biała pościel, szafka, solidne biurko, na które patrzyła zwijająca się z bólu zakonnica. „Obiecuję zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci” – usłyszała w Płocku. W Łagiewnikach na własnej skórze przekonała się o prawdziwości tej obietnicy.

Trafiła do celi 17 września 1938 r. ze szpitala w Prądniku. Infirmerka Alfreda Pokora, która wiozła ją do klasztoru, wspominała: „Droga była bardzo ciężka. Zdawało się, że do domu nie dowiozę ją żywą. Kilkakrotne omdlenie niepokoiło mnie bardzo. Widząc to, Siostra Faustyna, choć cierpiała bardzo, uspokajała mnie, mówiąc: »Siostro, proszę się nie martwić, bo ja w drodze nie umrę«”.

Siostra Chryzostoma Korczak, która nie dowierzała chorobie Faustyny i bywała dla niej przykra, teraz na jej widok wybuchnęła płaczem: „Jak siostra wygląda! Jak kościotrup” – pisze Ewa Czaczkowska. Konająca Faustyna szeptała, że niebawem wybuchnie straszna wojna, ale siostry nie traktowały tych słów poważnie. To tu spotkała po raz ostatni ks. Michała. Jeszcze w prądnickim szpitalu rzuciła mu krótkie: „Do zobaczenia w niebie!”, a 26 września 1938 r. nie zamienili już ani słowa („Nie chciała ze mną już rozmawiać, a może raczej nie mogła. Mówiąc: »Zajęta jestem obcowaniem z Ojcem Niebieskim«, rzeczywiście robiła wrażenie nadziemskiej istoty”).

Przy jej łóżku matka Irena Krzyżanowska usłyszała: „Pan Jezus chce mnie wywyższyć i uczynić świętą”. „Odczułam, że przyjmuje to zapewnienie jako dar miłosierdzia Bożego, bez cienia pychy” – opowiadała przełożona mistyczki w Wilnie i w Krakowie. Tuż przed agonią Faustyna zapowiedziała: „Dzisiaj mnie Jezus z sobą poniesie”. I poniósł.

Moglibyśmy zanotować komunikat GPS-a: Cel „ocean” osiągnięty, koniec podróży. Ale, po prawdzie, jaki to koniec? •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji