Nowy numer 23/2020 Archiwum

To nie ich wina

Kilka pań nauczycielek stało się pośmiewiskiem całego kraju, gdy wystąpiły w telewizyjnym paśmie Szkoła z TVP. Telewizja publiczna miała szansę pokazać, że w chwili zagrożenia, szczególnie po rekordowo wysokiej dotacji, jest w stanie przyjąć na siebie ciężar zorganizowania edukacji. Koncertowo poległa.

Najbardziej żal mi nauczycielek. Tak, popełniały błędy, wysławiały się niezręcznie, były pogubione i przerażone sytuacją, w której się znalazły. Ale nie one są temu winne. Praca przed kamerą jest trudna i wymaga ćwiczenia, prób i doświadczenia. Telewizja nie udźwignęła wyzwania i naraziła wizerunek tych kobiet na poważny uszczerbek. Hejt, z jakim się spotkały, nie jest absolutnie zasłużony. Złośliwe memy, przerobione filmiki, krążące po internecie jak wirus fejki i wycinki z ich wpadkami to jest coś, co może (dosłownie) zabić. Jak one mają wrócić do szkoły, do pracy z dziećmi po pandemii?

Gdzie było wsparcie?

Niektóre z hejtowanych nauczycielek wypowiedziały się w mediach o kulisach swojej pracy. Z ich opowieści wyłania się obraz fuszerki, nędzy i rozpaczy. Przede wszystkim osoby zaangażowane w projekt Szkoła z TVP były delegowane do pracy przez kuratoria albo przez dyrektorów swoich placówek. Nie było castingu, nie było prób kamerowych. Te panie nie zgłaszały się na ochotnika. Od początku nie mogło też chodzić o pieniądze. Jedna z nauczycielek w wywiadzie prasowym wspominała, że oferowano jej 250 złotych. Inne twierdziły, że nikt o żadnych pieniądzach nie mówił i myślały, że nagrywają lekcje w ramach swoich obowiązków. W końcu zostały wydelegowane przez szkołę. Nauczyciele twierdzili też w mediach, że nawet po przeprowadzonej lekcji nikt nie kontaktował się z nimi w sprawach formalnych. Bez umowy, bez prawa do publikowania wizerunku, bez przeniesienia praw autorskich i bez zapłaty.

Tych osób nikt nie przeszkolił przed nagraniem, nikt im nie powiedział, jak zachowywać się przed kamerą. Jedna z nauczycielek opowiadała, że przygotowanie ograniczyło się do stwierdzenia: „proszę sobie wyobrazić, że kamery to dzieci w klasie”. Nikt też nie wsparł merytorycznie. Nikt nie zainteresował się nawet tym, co i w jaki sposób pokazać. Skromne rekwizyty organizowali i przynosili sami pedagodzy. Gdy na nagranie przychodzili z pustymi rękami, mówili przy pustym biurku. Telewizja nie zgodziła się, by lekcje nagrywać w szkołach.

Gdzie był kierownik planu, który przypilnowałby rekwizytów czy pomocy naukowych? Przecież można je było przynieść z dowolnej szkoły. W niektórych studiach nie było nawet magnesów do przyczepiania rysunków na tablicy. Oczywiście rysunki nauczyciele musieli przynieść sami. Gdzie był realizator, który pilnowałby kadrów i ustawienia kamery? Przecież część nauczycieli mówiła odwrócona do widza plecami. W czasie skądinąd rewelacyjnej lekcji muzyki dla klasy VI (którą serdecznie polecam do obejrzenia na VOD.pl) nauczyciela pokazującego, jak wystukać rytm nogami, ustawiono za biurkiem. Nikt nie wpadł na to, by robił to na środku studia. Widz przez część tej sceny bardziej się domyśla, że prowadzący tupie do rytmu, niż to wie. Przedstawiciele telewizji twierdzą, że odpowiadała ona tylko za realizację, a nie za merytoryczną stronę projektu. Realizacja tych lekcji jest kompromitacją dla największej spółki medialnej w tej części Europy.

Zostali sami

Tej katastrofie winne jest także Ministerstwo Edukacji. To ono odpowiadało za dobór nauczycieli i za merytoryczną stronę przedsięwzięcia. Ta odpowiedzialność ograniczyła się jednak do wskazania palcem (palcem kuratora i/lub dyrektora) konkretnych nauczycieli. Na nich został zrzucony całkowity ciężar telewizyjnych lekcji. Ci ludzie zostali bez wsparcia merytorycznego na planie. Tam, w czasie nagrania, powinien być ktoś, kto słucha, czy prowadzący ze stresu nie myli średnicy z obwodem albo śledziony z trzustką. Tak, można się w nawet tak głupi sposób pomylić, pracując na najwyższym poziomie stresu. Więcej, można to powiedzieć i nie zorientować się, że popełniło się pomyłkę. I niekoniecznie musi to wynikać z niewiedzy. Dlatego na planie każdej realizacji telewizyjnej jest ktoś, kto uważnie słucha osób występujących w nagrywanym programie i wyłapuje błędy. Jest wsparcie merytoryczne (np. koleżanka, kolega nauczyciel) i jest kolaudacja, czyli odtworzenie tego, co będzie wyemitowane. Opiekun merytoryczny (metodyk danego przedmiotu) powinien być członkiem redakcji, która ostatecznie zatwierdza program do emisji. Te lekcje nie były przecież prowadzone na żywo. Tymczasem nauczyciele (a przynajmniej niektórzy z nich) nawet nie mieli możliwości zobaczenia gotowego materiału. Czy tam, w trakcie nagrania, w reżyserce hulał wiatr? Dźwiękowiec zasnął, a operatorzy kamer wyszli na kawę? Montażysta też nie widzi różnicy między średnicą a promieniem? Naprawdę nie mógł wyciąć niezręczności czy powtórzeń? Na platformie VOD można obejrzeć lekcje, z których nie wycięto nawet powtórzeń wynikających z przejęzyczenia nauczyciela. Na wyemitowanym nagraniu słychać głosy zza kamery zachęcające do kontynuowania. W niektórych przypadkach zabrakło nawet elementarnej wrażliwości, by zwrócić uwagę na niekorzystny wygląd osoby występującej przed kamerą. Prawie nikt nie miał profesjonalnego telewizyjnego makijażu.

Kto o zdrowych zmysłach stawia przed kamerą osobę bez przygotowania, bez prób kamerowych i bez jakiegokolwiek wsparcia, zakładając, że udźwignie 25 minut mówienia? W rozmowach z dziennikarzami nauczyciele podkreślali, że lekcje miały trwać 15 minut. Nawet to nie zostało uzgodnione pomiędzy kuratoriami a TVP. Co gorsza, w przypadku niektórych nagrań nauczyciele dostali tylko kilkanaście godzin na przygotowanie kilku lekcji. A niektórzy dopiero w trakcie realizacji dowiedzieli się, że program będzie emitowany na antenie ogólnopolskiej. Szkoła z TVP jest nagrywana przez ośrodki regionalne Telewizji Polskiej.

Kogo to obchodzi…

Tych kilka zrealizowanych w kompromitujący sposób lekcji przykryło słuszną z konieczności ideę prowadzenia szkoły w telewizji. Wiele dzieci nie ma dostępu do szybkiego internetu i własnego komputera. Wiele szkół ograniczyło aktywność w czasie epidemii do rozsyłania ogromnej ilości materiału do samodzielnego przerobienia w domu. Gdy w domu jest jeden komputer, często wykorzystywany przez któregoś rodzica, i dwójka albo trójka rodzeństwa, dzieci w praktyce zostają odcięte od edukacji na kilka tygodni. W środku Europy, w XXI wieku!

Telewizja doskonale wie, jak robić dobry technicznie program. Na pokładzie ma specjalistów. W tym przypadku było na to mało czasu, ale to absolutnie nie usprawiedliwia poziomu tej realizacji. Ustawienie kamery, uzgodnienie konspektu, makijaż czy wycięcie w czasie montażu błędów i niezręczności nie zajmuje dużo czasu. Jest raczej kwestią chęci, szacunku i zrozumienia powagi sytuacji. Gdyby te programy dotyczyły polityki, a przed kamerą stał lokalny poseł czy minister, nikt by sobie nie pozwolił na taką fuszerkę. Ale tam stał tylko nauczyciel. Kto by się przejmował nauką, edukacją i dziećmi. Żeby było jasne, te mocne słowa w równym stopniu są kierowane i do telewizji, i do podobno opiekujących się projektem Szkoła z TVP ministerialnych urzędników.

Krytyka tego, co pokazała telewizja, jest całkowicie uzasadniona, ale jej adresatami nie powinni być nauczyciele. Oni są raczej ofiarą. I z powodu sytuacji, w jakiej zostali postawieni także przez swoich przełożonych, i z powodu konsumentów szybkich mediów. Jako wyjątkowo podłe uważam naśmiewanie się z nauczycieli i pozbawione wszelkich granic hejtowanie. Dzisiaj ci ludzie są linczowani. Nauczyciele, z którymi udało się nam porozmawiać, twierdzą, że to, co wylało się na nich, jest nie do udźwignięcia. W sieci pojawiają się adresy szkół, w których uczą, oraz prywatne zdjęcia. A przecież oni mają rodziny, a za kilka tygodni będą musieli stanąć przed całą klasą i prowadzić lekcje. Będą musieli znosić słyszane za plecami złośliwości. Jak to mają zrobić? Ci hejtowani powinni zostać objęci opieką psychologiczną i prawną. Tymczasem telewizja (jak twierdzili niektórzy nauczyciele w mediach) zaoferowała im jedynie występ w paśmie śniadaniowym.

Jest wojna

Wiele lekcji w Szkole z TVP prowadzą wybitni pedagodzy. Wspomniany wyżej nauczyciel muzyki, nauczyciele fizyki czy historii to przykłady ludzi z pasją, którzy postawieni w sytuacji bez wyjścia traktują swoją pracę jak służbę. Szkoda tylko, że znowu wymaga się od kogoś poświęcenia bez cienia wsparcia od instytucji publicznych. O tych wybitnych dzisiaj się jednak nie mówi. Linczuje się wszystkich. Szczególnie boli, gdy robią to dziennikarze, z których przynajmniej część doskonale wie, jak różni się rzeczywistość studia telewizyjnego od tej, w której funkcjonujemy na co dzień. No ale jest wojna, a na wojnie nie bierze się jeńców. Tak naprawdę w bojowym szale nawet niespecjalnie patrzy się, kto wróg, a kto nie wróg. Jak z TVP to wróg. Proste. W internecie kpi się na przykład z osoby, która w czasie telewizyjnej lekcji tłumaczyła, jak używać cyrkla i ekierki. Niesłusznie, bo przecież część z tych lekcji prowadzono dla pierwszej klasy szkoły podstawowej! Dzieci trzeba nauczyć także posługiwania się cyrklem i linijką. Wyjątkowo trudne dla nauczycieli muszą być także reakcje części środowiska nauczycielskiego. Na forach, gdzie gromadzą się pedagodzy, nie brakuje wpisów o tym, by niektórym występującym odebrać prawo wykonywania zawodu, albo takich, gdzie nazywa się ich hańbą dla środowiska.

Jestem ostatnim, który będzie krzyczał „same są sobie winne”. Dzisiaj ich życie zawodowe legło w gruzach. Niesłusznie i niesprawiedliwie stały się symbolem fuszerki i żenady, w jakie je wstawiono. Odpowiedzialni za to urzędnicy siedzą wygodnie w gabinetach, a one patrzą, jak wszystko wokół nich się wali. Przy okazji zakopano jak najbardziej słuszną ideę popularyzacji nauki w szerokozasięgowym medium, a w szczególe lekcje na czas kryzysu. Szkoda. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama