Nowy numer 43/2020 Archiwum

Na pierwszej linii frontu

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, diagności laboratoryjni, fizjoterapeuci, technicy elektroradiologii – to oni biorą dziś na swoje barki największy ciężar w walce z koronawirusem.

Pracują często z narażeniem zdrowia. W stresie, ogromnym zmęczeniu, mając teraz znacznie mniej czasu dla własnych rodzin, siedzą całymi dniami w pracy dla nas – by chronić nas przed zakażeniem. Służby medyczne są dziś na pierwszej linii tego frontu, na którym wszyscy, chcąc nie chcąc, musimy walczyć.

Stres permanentny

– Pracujemy w permanentnym stresie – opowiada Katarzyna Nizińska, pielęgniarka ze szpitalnego oddziału ratunkowego Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach-Ochojcu. – Musimy reagować szybko i działać zespołowo. W związku z pandemią trzeba było przeorganizować się i dostosować SOR do panujących warunków. Każdego pacjenta traktujemy jako potencjalnie zarażonego. Dlatego najpierw zakładamy maski, okulary ochronne, przyłbice i kombinezony. Jeśli ratownicy medyczni przywożą pacjenta w ciężkim stanie, nieprzytomnego, musimy to zrobić błyskawicznie, bo taki pacjent nie powie nam, czy gorączkował albo czy ma inne objawy COVID-19. Następnie wdrażamy całą diagnostykę niezbędną dla szybkiej oceny sytuacji i czekamy na wynik testu.

Doktor Małgorzata Farnik pracuje w tym samym szpitalu na oddziale pneumonologii. Obecnie został on przeznaczony dla pacjentów, u których zaistniało podejrzenie zakażenia koronawirusem. – Szpital w Ochojcu na bieżąco przyjmuje pacjentów z zawałem, udarem mózgu czy innymi urazami, które stanowią bezpośrednie zagrożenie życia. Zdarza się, że na oddział pneumonologii trafia pacjent z neurochirurgii czy kardiologii. To zupełnie nowa sytuacja, do której wszyscy musieliśmy się dobrze przygotować. Zostaliśmy przeszkoleni w najdrobniejszych szczegółach co do tego, jak ściągać rękawiczki, jak zakładać gogle czy buty. Opuszczenie oddziału i wyjście z pracy to teraz półgodzinny proces, który obejmuje m.in. dwukrotne przebieranie się i prysznic. To wszystko jest dla nas dużym obciążeniem, a przecież jako placówka uniwersytecka mamy też obowiązek e-learningu, bo studenci szóstego roku muszą ukończyć studia i zasilić ciągle za szczupłe kadry lekarskie. Wielu z nas jest także rodzicami, co wiąże się z opracowaniem całej logistyki związanej z opieką nad dziećmi. Natomiast całkowicie musieliśmy wyeliminować kontakt ze starszymi osobami w rodzinie.

– Nie widziałam moich rodziców od około półtora miesiąca – zwierza się Katarzyna Nizińska. – Mamy kontakt wyłącznie telefoniczny, czasami rozmawiamy przez kamerkę internetową – i to musi nam wystarczyć. W trosce o ich zdrowie i bezpieczeństwo tegoroczne święta wielkanocne spędzę z dala od nich. Większość moich koleżanek i kolegów z pracy podjęła podobne decyzje. Nie przemieszczamy się. Pracujemy i jesteśmy w gotowości, aby w tym trudnym czasie udzielić pomocy wszystkim tym, którzy będą jej potrzebować.

Szpital jak twierdza

Grupą szczególnego ryzyka, rzadko zauważaną w medialnych przekazach, są technicy elektroradiologii, wykonujący zdjęcia rentgenowskie oraz tomografię komputerową osobom podejrzewanym o zakażenie koronawirusem i zakażonym. Paweł Waliszewski, technik z Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego im. Józefa Strusia w Poznaniu, przekształconego obecnie w jednoimienny szpital zakaźny, tak opowiada o swojej pracy: – Przemieszczamy się między dwoma budynkami, co za każdym razem wiąże się z koniecznością zmiany ubioru. Taki proces trwa około godziny, a tymczasem po wykonaniu dwóch, trzech zdjęć i powrocie do zakładu radiologii znajdującego się w głównym budynku szpitala, często otrzymujemy telefon, że na zdjęcie czekają kolejni pacjenci. Wewnątrz szpital podzielony jest na strefę brudną i czystą, między którymi ruch odbywa się przez piwnicę. Na razie nie brakuje nam sprzętu ochrony osobistej, mamy kombinezony lekkie i ciężkie. Używając tych drugich, już po kilku minutach jesteśmy zlani potem. Obciążenie psychiczne sprawia, że wszyscy czujemy się, jakbyśmy byli chorzy. Szczególnie w pierwszym tygodniu towarzyszył nam strach. Zdarzyły się nieodpowiedzialne wtargnięcia młodych ludzi na SOR. Teraz szpital jest twierdzą: otoczony szczelnie płotem, jego bezpieczeństwa strzeże policja. Przed wejściem urządzono coś w rodzaju „przedszpitala” – tak, by na SOR trafiali tylko pacjenci zakażeni lub z podejrzeniem zakażenia, a nie osoby zdrowe.

– Niestety, zdarza się, że pacjenci podają nieprawdziwe informacje – ubolewa dr Małgorzata Farnik. – Wczoraj przeżyłam stres z powodu takiej sytuacji i dłuższy czas nie wiedziałam, czy mogę wyjść z pracy. Gdyby ktokolwiek z nas został zarażony, cały oddział wypada z obiegu. Sądzę, że lekkomyślność wynika z niedoszacowania sytuacji – ludzie nie zdają sobie sprawy, z jak groźnym wirusem mamy do czynienia. Powiem wprost: jeszcze nigdy nie staliśmy, jako lekarze, przed podobnym wyzwaniem.

Aby przestrzec przed lekceważeniem koronawirusa, dr Farnik stworzyła apel, w którym podkreśla, że dalszy scenariusz wydarzeń zależy od nas wszystkich i że izolacja to jedyny sposób przetrwania. Udziela też kilku prostych instrukcji dotyczących podstawowych zasad ochrony przed wirusem: mycia i dezynfekowania rąk, stosowania rękawiczek ochronnych czy unikania koszyków w sklepach. Tekst napisała dla rodziców dzieci z jednej z katowickich szkół podstawowych, ale przez wiele osób był on później przekazywany w rozmaitych „łańcuszkach” i jego zasięg przerósł oczekiwania autorki: – Wiem, że trafił nawet do Australii i że został przetłumaczony na język migowy. Dziś dodałabym jeszcze fragmenty o noszeniu masek i okularów ochronnych, czy o skracaniu do minimum naszych pobytów w sklepach.

Bądźmy dla siebie dobrzy

Koronawirus przestawił na zupełnie inne tory pracę zawodów medycznych. – Pracujemy teraz na dwie zmiany, a nie, jak kiedyś, na jedną – podkreśla Beata Rozwadowska, diagnosta laboratoryjny z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Katowicach. – Przez 24 godziny na dobę przyjmujemy próbki z całego województwa. Wszyscy chcieliby mieć wyniki na już, ale nie da się tego przyspieszyć. Średni cykl badania jednej próbki trwa około pięciu godzin. Zawsze pracowaliśmy z materiałem zakaźnym, więc jesteśmy do tego dobrze przygotowani; nie brakuje nam też aparatów, testów czy materiałów ochronnych, różnica polega jednak na skali zjawiska. Czas naszej pracy się wydłużył, dlatego pojawiają się zmęczenie i stres. W pracy czujemy się bezpieczni, ale boimy się, wychodząc na zewnątrz. Mniej mamy czasu dla naszych bliskich, dzieci. Energia skierowana jest teraz tylko na to, by jak najszybciej uzyskać te wyniki. Cała reszta spoczywa na naszych drugich połówkach.

To przestawienie się na inne tory dotyczy zresztą całej służby zdrowia. Także przychodnie, do których zwykle najpierw kierowaliśmy nasze kroki w razie choroby, działają obecnie w nadzwyczajnym trybie. – Pracujemy trochę jak telefoniści, bo najczęściej udzielamy porad właśnie przez telefon – opowiada Stanisława Juda, lekarka z przychodni w Bolesławcu Śląskim. – Dla mnie takie stawianie diagnozy jest ogromnym obciążeniem psychicznym. W normalnych warunkach, kiedy wchodzi do gabinetu człowiek, widzę, że np. jest blady albo kuleje – i wtedy w jakimś sensie już go badam. Teraz muszę działać na wyczucie. Tylko w sporadycznych przypadkach, kiedy dochodzimy do wniosku, że musimy zobaczyć pacjenta, umawiamy się bardzo precyzyjnie, na konkretną godzinę, by unikać gromadzenia się ludzi w przychodni. Odbywają się też wizyty domowe, bo starszych pacjentów mamy sporo, ale widzę, że i oni starają się ograniczać kontakt z nami. Niektórzy nawet bagatelizują swoje objawy, żeby nas nie obciążać.

Przedstawiciele zawodów medycznych zgodnie podkreślają, że spotykają się z dużą życzliwością reszty społeczeństwa. – Choć szpital zapewnia nam wszystkie środki ochrony, to w walce z epidemią wspierają nas też osoby prywatne i firmy – zaznacza Katarzyna Nizińska. – To wspaniały gest, który pokazuje, jak ludzie potrafią się jednoczyć w obliczu trudnej sytuacji. Kiedy oglądałam, jak ludzie na całym świecie dziękują medykom za ich ekstremalnie ciężką pracę w walce z epidemią, poczułam się wyróżniona i dumna, że wchodzę w skład tego zespołu. A czy się boję? Tak, ale nie tyle o siebie, co o najbliższych. Zwłaszcza że nie wiemy, jak długo będziemy żyć na odległość. Bądźmy dla siebie dobrzy, wzajemnie życzliwi. To czas, który nas zdefiniuje i pokaże, ile jesteśmy warci w obliczu tego, co dzieje się dookoła nas. I ile jesteśmy w stanie poświęcić dla drugiego człowieka. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama