Nowy numer 23/2020 Archiwum

Zbawienie już się zaczęło

Jezus Zmartwychwstały zbawił wszystko, co wziął na siebie. A wziął wszystko, co należy do ludzkiego losu.

W ósmym dniu po zmartwychwstaniu Jezus przychodzi do Wieczernika „mimo drzwi zamkniętych” i pozwala niedowiarkowi Tomaszowi dotknąć swoich ran. Apostoł wyznaje wreszcie: „Pan mój i Bóg mój”. Zmarły przed dekadą ks. Czesław Podleski, kapłan archidiecezji katowickiej, odniósł się kiedyś w homilii do tej sceny. Konkluzja była taka: „Tomasz mówi: pokaż – a ja uwierzę. Jezus mówi: uwierz – a ja pokażę”.

Taka jest logika Ewangelii: kto uwierzy Bogu, otrzymuje pewność swojej wiary. To odwrotnie niż „w świecie”, gdzie aby się przekonać, najpierw trzeba otrzymać dowód. W rzeczywistości duchowej to tak nie działa. Tu dowody bez wiary niczego nie dają, o czym najdobitniej świadczy postawa faryzeuszów. U tych ludzi nawet wskrzeszenie Łazarza nie wywołało zachwytu nad dziełem Bożym. Przeciwnie – zacięli się w uporze tak bardzo, że postanowili i Jezusa, i Łazarza zabić.

Pragnij więcej

U tych, którzy przyjmują dobrą nowinę o zmartwychwstaniu, zmienia się coś ważnego. Przed tymi, którzy podejmą ryzyko wiary, otwiera się świat niedostrzegalny oczami niewierzących. Nagle widzą szczęście w tym, co ich dotąd odpychało, porzucają to, co było dla nich wartością, a czas poświęcają na to, z czego się wcześniej śmiali.

„Jakiemu Bogu zawierzyli? Jaki kult Mu oddają? Jak to się dzieje, że wszyscy oni pogardzają światem, a śmierć sobie lekceważą? Dlaczego nie dbają o bogów czczonych przez Hellenów ani nie przestrzegają przesądów żydowskich? Skąd się bierze ich wielka miłość wzajemna? I dlaczego wreszcie ten lud nowy – ten nowy rodzaj życia – pojawił się dopiero teraz na świecie, a nie wcześniej?” – pyta retorycznie autor „Listu do Diogneta”, dokumentu z II wieku po Chrystusie.

Taka totalna i trwała zmiana zachowania jest możliwa tylko wtedy, gdy człowiek przyjmie Chrystusa. – W śmierci, męce i zmartwychwstaniu Pana Jezusa dokonuje się wyprowadzenie nas z tego wszystkiego, co człowieka ostatecznie unie- szczęśliwia: ze świata zła, grzechu, szatana, piekła, śmierci, wszystkiego tego, co jest nam przeciwne – mówi ks. Dariusz Klejnowski-Różycki, dogmatyk z Uniwersytetu Opolskiego. Dla ukazania kontrastu odwołuje się do jednej z religii Dalekiego Wschodu. – Buddyści, tak jak chrześcijanie, doświadczają zła, cierpienia. Jedni i drudzy uważają, że jest to niedobre dla człowieka. Buddyści radzą sobie z tym tak: musisz przestać pragnąć czegokolwiek, bo to pragnienie powoduje cierpienie. Chrześcijaństwo mówi zupełnie inaczej: cierpisz, ponieważ nic, co jest stworzone, nie jest w stanie zaspokoić twoich pragnień. Ale niech one będą jak największe, bo twoje serce jest tak stworzone, że tylko Bóg te pragnienia jest w stanie wypełnić. To dzieje się w zmartwychwstaniu Chrystusa. W Nim już realizują się te pragnienia. Sięgając do biblijnej metafory ciała ludzkiego: nasza Głowa już zmartwychwstała – przekonuje.

Ocalona materia

To, co stało się z Chrystusem w dniu zmartwychwstania, nie było wskrzeszeniem. Gdy człowiek umiera, dusza oddziela się od ciała. W chwili gdy Łazarz został wskrzeszony, jego dusza wróciła do ciała. – Zmartwychwstanie jest czymś innym: dusza łączy się z ciałem. Ale to nie jest tak, że dusza wraca do ciała, tylko ciało idzie tam, gdzie jest dusza. To jest Pascha – przejście całej rzeczywistości, naszej cielesności, w tę przestrzeń, w której dusza już jest u Boga, jest z Nim zjednoczona. Gdy wyznajemy naszą wiarę w zmartwychwstanie, to przyjmujemy, że całość naszej materialności także przejdzie przez próg życia i śmierci na tamtą stronę rzeczywistości. Cała materialność będzie ocalona, również w takich aspektach jak płeć. Z tamtej strony ja dalej będę mężczyzną. Bo moja cielesność ze wszystkimi jej atrybutami będzie zmartwychwstała – zauważa teolog.

Wskazuje, że Jezus zbawił wszystko to, co przyjął na siebie. – Wszystko to, co Bóg przyjął, to zbawił. Wyprowadził z grzechu, szatana i piekła, przeprowadził do więzi z sobą. Gdyby Jezus czegoś na siebie nie przyjął, gdyby się z czymś nie utożsamił, to tego czegoś by nie zbawił. To coś nie miałoby żadnych szans na zmartwychwstanie! Jezus Chrystus jednak przyjął na siebie wszystko, co należy do ludzkiego losu, także sponiewieranie, cielesną niemoc, do której doprowadzili Go kaci, wreszcie śmierć. To wszystko Chrystus bierze na siebie i zbawia, wyciąga z Szeolu. Wymownie ukazuje to Kościół wschodni w ikonie „Anastasis”. Jej treścią jest zstąpienie Jezusa do Otchłani. Zbawiciel, stojąc na symbolicznych złamanych wrotach, wyrywa z Otchłani, z piekieł, Adama i Ewę – czyli każdego człowieka. To wrota śmierci, które są jednocześnie „wrotami” Morza Czerwonego, przez które przechodzą Izraelici – wskazuje. Zastrzega jednak, że to jest zrozumiałe tylko dla tych, którzy w Chrystusie złożyli swoją nadzieję. Jeśli ktoś nie wierzy w Jezusa, to dla niego nie będzie to atrakcyjne, nie będzie z tego czerpał żadnej energii i radości. – My natomiast wierzymy, że to wszystko, co tutaj jest, nie jest ostateczne. Bo ostateczne jest to, co jest w Chrystusie. To pozwala nam z dystansem patrzeć zarówno na radości, jak i na dramaty, bo liczy się tylko to, co jest powiązane z Jezusem Chrystusem – zapewnia kapłan.

Zaczynamy jeść

Gdy człowiek przyjmuje słowa Jezusa i otwiera się na Niego, zaczyna się w nim nowa rzeczywistość. Wymowny jest w tym kontekście fragment z Dziejów Apostolskich, opisujący pochód Ewangelii, która po zmartwychwstaniu Chrystusa i zesłaniu Ducha Świętego zaczęła ogarniać świat jak pożar gnany huraganowym wichrem. Apostołowie, jak czytamy, „wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia (Dz 2,47). Zbawienia! Jeszcze żyli na ziemi, a już uczestniczyli w zbawieniu. – Ci ludzie, których „Pan przymnażał” apostołom, już smakowali przyszłe szczęście. Już zaczynali jeść kawałek czekolady, która jest nieskończona. My, chrześcijanie, już kosztujemy czegoś wybornego, co jest nam zapowiedziane jako nieskończone. To smakowanie już teraz tego, co u celu naszej drogi jest nam obiecane w całości – mówi ks. Dariusz Klejnowski-Różycki. – Ludzie wtedy patrzyli na chrześcijan i dziwili się: Jak oni się miłują! I przystępowali do nich. Bo też chcieli doświadczyć zbawienia, tej radości, którą widzieli na ich twarzach. Pomimo prześladowań były w tych ludziach niespotykany optymizm, pokój i szczęście. Ich wzajemne relacje były tak pociągające i atrakcyjne, że obserwatorzy sami chcieli w to wejść – wskazuje. Czy nie tu tkwi odpowiedź na pytanie o przyczyny laicyzacji w dzisiejszym świecie? Czy nie w braku tej świeżości wiary należy upatrywać powodu rozpadu wielu wspólnot i mizernych efektów ewangelizacji? – Czasem dramatem nas, katolików, jest to, że my nie wchodzimy w doświadczenie Pana Jezusa. Nie zachwycamy się Jego życiodajnością, rozmachem, który nam daje. Nie widać tego po nas, a tym bardziej po naszych relacjach wewnątrzkościelnych. W efekcie ludzie, patrząc na nas, wolą być kimkolwiek, byle nie nami. To jest dramat, że my ze zmartwychwstania Jezusa nie bierzemy tej energii, tego entuzjazmu, który się przekłada na miłość wzajemną. I potykamy się o bzdury we wzajemnych stosunkach. Nie cieszymy się jak ci, co przeszli przez Morze Czerwone i uniknęli śmierci. Co tamci robią? Tańczą, śpiewają, radują się, bo przeżyli, i to tak, że idą do ziemi obietnic. Tymczasem nasze chrześcijaństwo często nie jest radosne. Nie chodzi o wesołkowatość, ale o wewnętrzną siłę, która tkwi w życiodajnej jedności z Chrystusem – przekonuje dogmatyk.

To są fakty

A jest się z czego cieszyć. „W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni. Nadzieja zaś, której spełnienie już się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda?” – zapewnia św. Paweł (Rz 8,24). – Ludzie mylą nadzieję z pozytywnymi emocjami, że będzie dobrze. To nie ma nic wspólnego z chrześcijańską nadzieją. Nie chodzi w niej o mrzonki, lecz o fakty – zauważa ks. Klejnowski-Różycki.

Mógłby więc ktoś zapytać: Ale co ty konkretnie masz ze zmartwychwstania? – Równie dobrze mógłby powiedzieć: „I co z tego, że masz żonę? Same straty finansowe, mniej czasu dla przyjaciół, trudniejsza ścieżka kariery, harowanie i niedosypianie przy dzieciach…” – wylicza kapłan. – No tak, ale masz miłość, sensowne życie. Nawet jeśli się coś nie układa w małżeństwie, to gdy popatrzysz na bilans swojego życia, okaże się, że prawdopodobnie są to najbardziej wartościowe rzeczy, które ci się przydarzyły: miłosna więź z żoną, miłosna więź z dziećmi. Dla kogoś, kto kocha i ma z kochaną osobą więź, pytanie „co z tego masz?” jest jakby nie na miejscu. Jak to: co mam? Ja się dam za to posiekać! – mówi. I dodaje: – Tu chodzi o fakty! Jezus Chrystus już zmartwychwstał, już pokonał śmierć. Jest zjednoczony z nami. My tego doświadczamy, przeżywamy to i głosimy światu. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji