Nowy numer 22/2020 Archiwum

Bardzo kosztowny falstart

Michael Bloomberg wydał pół miliarda dolarów na kampanię wyborczą. Wycofał się z wyścigu o stanowisko prezydenta USA po czterech miesiącach zakończonych spektakularną klęską w debacie.

Czy można kupić zwycięstwo w wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych? Jeszcze w lutym to pytanie było całkiem zasadne. Michael Bloom­berg piął się w sondażach na kandydata Partii Demokratycznej, który stawi czoła Donaldowi Trumpowi w głosowaniu na prezydenta USA w listopadzie 2020 r. Kampanię Bloomberga, dziewiątego najbogatszego człowieka świata, z majątkiem szacowanym na 60 mld dolarów, charakteryzowała bezprecedensowa rozrzutność. Od listopada 2019 r. do lutego 2020 r. wydał na reklamy w telewizji i internecie pół miliarda dolarów. Kosztowna i precyzyjnie zaplanowana kampania runęła w ciągu dwóch tygodni. 20 lutego Bloomberg został skompromitowany w przedwyborczej debacie w Las Vegas. 3 marca, podczas tzw. Superwtorku, przegrał z kretesem. Spośród 14 stanów, gdzie odbyły się prawybory, Bloomberg wygrał tylko na Samoa Amerykańskim – pacyficznym archipelagu zamieszkanym przez 50 tys. ludzi. Dwa dni później wycofał się z wyborczego wyścigu. Raz jeszcze okazało się, że samymi pieniędzmi nie da się wygrać wyborów.

Polityczny indywidualista

Dotychczasowa polityczno-biznesowa kariera Michaela Bloomberga była pasmem sukcesów. Urodził się w 1942 r. w Brighton pod Bostonem, w rodzinie amerykańskich Żydów, których przodkowie przybyli z terenów Polski i Litwy. Ukończył renomowane amerykańskie uniwersytety – Harvarda i Johna Hopkinsa. Zawodową karierę zaczął w banku inwestycyjnym Salomon Brothers. W 1981 r. założył sygnowaną własnym nazwiskiem firmę, która rozwinęła się w potężną, globalną markę obejmującą agencję informacyjną, stacje telewizyjne, kanały radiowe, kilka tytułów prasowych oraz najbardziej dochodową z gałęzi – używany na całym świecie serwis do monitorowania danych finansowych.

Po zdobyciu ogromnego majątku i wpływów na rynku finansowym i medialnym, zaangażował się w politykę. W historii amerykańskiej polityki niewiele istotnych postaci równie często zmieniało barwy wyborcze. Jako przedstawiciel liberalnej, nowojorskiej elity zaczynał w Partii Demokratycznej. Później związał się jednak z Republikanami. Blisko współpracował z Rudym Giulianim, burmistrzem Nowego Jorku, który namaścił Bloomberga na swojego następcę. Poparcie Giulianiego, szanowanego za postawę podczas zamachów z 11 września, okazało się kluczowe w głosowaniu odbywającym się niecałe 2 miesiące po tej tragedii.

Po minimalnie wygranych wyborach Bloomberg szybko poszerzył grono swoich sympatyków. W powszechnym mniemaniu nowojorczyków umiejętnie zarządzał miastem: przyczynił się do wzrostu bezpieczeństwa, jakości edukacji i rozwoju gospodarczego połączonego z dyscypliną budżetową (co było wielkim problemem miasta w latach 70. i 80. XX wieku). Niektóre zaproponowane przez niego rozwiązania (dotyczące m.in. walki z otyłością czy ograniczeniem dostępu do broni) zyskały zwolenników w całych Stanach. W 2005 r. wygrał wybory po raz drugi, z rekordowo wysoką przewagą prawie 20 proc. nad demokratą Fernando Ferrerem. Ważne dla zwycięstwa były też gigantyczne wydatki na kampanię, Bloom­berg z własnej kieszeni wydał na nią 80 milionów dolarów, co stanowiło absolutny rekord w kategorii wyborów lokalnych w USA. Cztery lata później wygrał jeszcze raz, startując już jako kandydat niezależny. Swój polityczny pragmatyzm zwykł podsumowywać frazą: „Ufam Bogu, wszyscy inni muszą mi przedstawić dane”. Opuścił szeregi Republikanów i ponownie zbliżył się do Demokratów. W 2018 odnowił członkostwo w ich szeregach, gdzie szybko zbudował spore stronnictwo. W wyborach parlamentarnych w 2018 roku do Kongresu dostało się 21 polityków, którzy uzyskali oficjalne poparcie Bloom­berga.

Precyzyjny plan

Dwanaście lat kierowania Nowym Jorkiem nie zaspokoiło politycznych ambicji miliardera. W listopadzie 2019 r. ogłosił start w wyborach na prezydenta USA. Wiele wskazywało na to, że może odnieść sukces. Przygotował program, który zdawał się odpowiadać maksymalnie szerokiemu gronu wyborców Demokratów. Przedstawił szereg progresywnych postulatów – walka ze zmianami klimatu, zwiększenie opodatkowania najbogatszych, ograniczenie dostępu do broni. Prezentował się jako kandydat niechętny narastającym lewicowym tendencjom u Demokratów i utrzymujący dobre relacje z „wielkim biznesem” USA. Po drugie, zebrał liczne i wpływowe grono osób popierających kampanię: od kilkunastu kongresmenów, przez koalicję burmistrzów najważniejszych miast USA (m.in. Waszyngtonu, San Francisco, Hou­ston, Charlotte), po znane postaci Hollywood, w tym nawet znanego z konserwatywnych poglądów Clinta Eastwooda. Po trzecie, jak zwykle z własnej kieszeni przeznaczył gigantyczne środki na kampanię. Zdominował innych kandydatów ilością reklam w telewizji i internecie, zgromadził ogromny sztab doradców i aktywistów, oferując dwukrotnie wyższe stawki za współpracę niż rywale.

Bloomberg precyzyjnie zaplanował start kampanii. Ominął cztery pierwsze starcia prawyborcze na początku lutego: w Iowa, New Hampshire, Newadzie i Płd. Karolinie. Decyzja o wejściu z opóźnieniem wydawała się słuszna. Kampania Joe Bidena znajdowała się w kryzysie, szczyt popularności osiągał wówczas Bernie Sanders. Bloom­berg chciał wejść z impetem jako zbawca centrowego elektoratu Demokratów, dla których lewicujący Sanders jest nie do zaakceptowania.

Feralna debata

Misterny plan Bloomberga runął 20 lutego w ciągu niecałej minuty. Grabarzem politycznych marzeń miliardera okazała się Elizabeth Warren podczas debaty w Las Vegas stanowiącej preludium Superwtorku – prawyborów odbywających 3 marca w 14 stanach (i jednym terytorium zależnym). Warren była już wówczas u schyłku kampanii, bez szans na nominację. W debacie grała jednak pierwsze skrzypce. Od początku ostro zaatakowała Bloomberga, zrównując go z Trumpem: „Demokraci podejmą wielkie ryzyko jeśli zamienią jednego aroganckiego miliardera na drugiego”. Warren przypomniała krążące od lat oskarżenia, iż w firmie Bloomberga kobiety cierpiały z powodu dyskryminacji, różnic płacowych, seksistowskich i obraźliwych wypowiedzi szefa. „Washington Post” donosił, że najpoważniejsze oskarżenie wypłynęło od jednej z pracownic, która po oznajmieniu, że jest w ciąży, miała usłyszeć od szefa: „usuń to”. Bloomberg zaprzeczył i bronił się, że nigdy nie został uznany za winnego, ale Warren w odpowiedzi wezwała go do ujawnienia wszystkich umów poufności. Nieznana liczba kobiet wycofała oskarżenia względem Bloomberga po otrzymaniu wysokich odszkodowań. Jeszcze kilka lat temu oznaczało to zamknięcie sprawy, ale po rozpowszechnieniu się w stanach ruchu „MeToo” nagłaśniającego temat molestowania seksualnego, tego typu oskarżenia są dla polityka dyskwalifikujące.

W wybuczanego przez widownię i zepchniętego do defensywy miliardera uderzyli potem wszyscy pozostali konkurenci. Wykorzystali fakt, że z perspektywy lat coraz bardziej krytycznie ocenia się rozwiązania, które Bloomberg wdrażał jako burmistrz Nowego Jorku w celu poprawy bezpieczeństwa. Chodzi przede wszystkim o stosowanie przez policję taktyki „stop-and-frisk” czyli wyrywkowych przeszukań i zatrzymań opartych wyłącznie na podejrzeniach. Bloomberg chwalił się wtedy szybko malejącą liczbą przestępstw, ale po latach okazało się, że ofiarami „stop-and-frisk” padali głównie niewinni Afroamerykanie i Latynoamerykanie (łącznie ponad 80 proc. zatrzymanych), a policja dopuszczała się nadużyć. Taktykę krytykowali kolejni burmistrzowie miasta i szefowie nowojorskiej policji. Sam Bloomberg w debacie przepraszał za stosowanie metody wyrywkowych zatrzymań.

Wskaźniki poparcia dla miliardera poszybowały w dół natychmiast po debacie. Strat nie udało się odrobić do Superwtorku. 3 marca Bloomberg zdobył tylko 61 głosów delegatów, Sanders 514, a Biden 616. Były burmistrz Nowego Jorku uznał, że jest to różnica nie od odrobienia i 5 marca wycofał się z wyścigu, mimo że zdążył wydać już 35 mln dolarów na prawybory 17 marca na Florydzie.

Zły moment

Rozmiar klęski Michaela Bloomberga i to, jak szybko wycofał się z wyścigu, stanowiły spore zaskoczenie. Ale trudno nie zauważyć, że miliarder i magnat medialny trafił po prostu na niesprzyjający mu czas w amerykańskiej polityce. Demokraci są obecnie głęboko podzieloną partią, lecz jedną z niewielu rzeczy łączącą ich wyborców jest przekonanie, że rywal Donalda Trumpa musi być jego przeciwieństwem. Tymczasem Bloomberga charakteryzuje szereg podobieństw: miliarder w podobnym do obecnego prezydenta wieku, uważany za wyniosłego przedstawiciela elit, rzecznika rekinów z Wall Street i politycznego singla. Obciążał go najwyższy negatywny elektorat spośród wszystkich kandydatów w prawyborach. Mający za sobą lata biznesowych i politycznych sukcesów Michael Bloomberg widocznie wierzył, że zdoła odwrócić te trendy. Spotkało go jednak bolesne i kosztowne rozczarowanie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama