Nowy numer 49/2020 Archiwum

Ojcowie święci

Przepis na dobre ojcostwo? Przyjąć plan Ojca. Jak Józef z Nazaretu.

Co zrobić, gdy twoi ukochani najbliżsi mają problemy dlatego, że pozostajesz wierny nakazowi sumienia?

Tomasz More miał taki dylemat. Część jego dóbr skonfiskowano, a los żony i piątki ich dzieci stał się nagle niepewny. Siedział w ponurym więzieniu londyńskiego Tower, stopniowo pozbawiany resztek swobody. On, niedawny kanclerz królestwa Anglii. Nie mógł już spacerować poza celą, stracił możliwość kontaktu z kapelanem, wreszcie odebrano mu przybory do pisania. „Umierałem wiele razy” – napisał, mając umrzeć po raz ostatni.

Tak zwani „wszyscy” namawiali go do złożenia podpisu, który zmieniłby wszystko, w tym to, na czym zależało mu najbardziej: sytuację jego rodziny. Wystarczyłoby, że formalnie zaakceptowałby akt uznania króla Henryka VIII za głowę Kościoła Anglii. Ale on nie mógł tego zrobić. Nie mógł za żadne skarby, bo po długich rozmyślaniach i modlitwach uzyskał pewność, że od wytrwania w wierności zależy jego zbawienie. A skoro tak, to w tym także – jak we wszystkim, co jest osadzone w woli Bożej – tkwi prawdziwe dobro jego rodziny.

Ogon pawia

A rodzinę miał piękną. Czwórka jego własnych dzieci pochodziła z małżeństwa z młodziutką Jane Colte, którą poślubił po powrocie od kartuzów (spędziwszy w klasztorze trzy lata, doszedł do wniosku, że to nie jego droga). Ukochana żona zmarła jednak po sześciu latach. More ożenił się ponownie, tym razem z wdową Alice Middleton, która wprowadziła do rodziny córkę z pierwszego małżeństwa. Druga żona była nieco zrzędliwa, ale oddana i sumienna. Tomasz zresztą potrafił znakomicie radzić sobie z potencjalnymi konfliktami, rozładowując wszelkie domowe napięcia znakomitym poczuciem humoru. Zdecydowanie spełniał wszelkie kryteria dobrego męża, a co za tym idzie – dobrego ojca. I to ojca jak na swoje czasy nietypowego. Nie zdarzało się w XVI wieku, żeby ktoś zapewnił swoim córkom tak świetne wykształcenie, nieustępujące temu, jakie otrzymywali synowie z najznakomitszych rodów. Tomasz bowiem, wbrew rozpowszechnianym wówczas poglądom, był przekonany, że dziewczynki są tak samo zdatne do pojmowania nauk jak chłopcy. Udowodnił to. Jego córka Meg była w swoich czasach prawdopodobnie najlepiej wykształconą kobietą w Anglii. Biegle znała łacinę, grekę, filozofię, teologię, matematykę i astronomię.

Przez dom More’a w podlondyńskim Chelsea, pełen psów, królików, a nawet małpek, przewijali się liczni ludzie nauki, a dzieci, przysłuchując się uczonym dysputom, dorastały w atmosferze szacunku dla wiedzy.

Żegnaj, dziecko

Tomasz nieraz mówił, że nie ma dla niego nic ważniejszego od codziennej narady z żoną i rozmowy z dziećmi. Dzieci zaś wynikające z Ewangelii zasady moralne przyswajały sobie jako coś naturalnego, bo i dla ich ojca były one czymś naturalnym. Dobroczynność, życzliwość, pomoc biednym (Tomasz, pierwsza osoba po królu, osobiście i hojnie wspierał potrzebujących) – takie rzeczy dla domowników były oczywiste. Dzieci widziały też ojca co dnia zatopionego w głębokiej modlitwie i czuły, że w jego relacji z Bogiem nie ma żadnej sztuczności. Zapewne dzięki temu miały też właściwy obraz Boga Ojca – no bo skoro taki tata tyle rozmawia z Bogiem, to jaki musi być sam Bóg. A tata był łagodny i cierpliwy. „Pocałunków dałem wam wiele, a uderzeń mało. A jeśli was biłem, to ogonem pawia. Dziś, moje drogie, kocham was nieskończenie więcej niż tylko dlatego, że jesteście dziećmi, które zrodziłem” – pisał niedługo przed egzekucją.

Jego więzienne listy do żony i dzieci, pisane zwęglonym patykiem na kawałkach papieru, pokazują człowieka, który wie, co w życiu jest najważniejsze. „Moja dobra córko, nigdy nie martw się o nic, co kiedykolwiek spotka mnie na tym świecie. Nic nie może przyjść prócz tego, czego chce Bóg. I jestem całkiem pewien, że cokolwiek może to być, jakkolwiek złe może się wydawać, rzeczywiście będzie to najlepsze” – przekonywał ukochaną córkę Meg. „Żegnaj, moje drogie dziecko, i módl się za mnie, tak jak ja będę za ciebie i wszystkich twoich przyjaciół, byśmy mogli się spotkać radośnie w niebie” – pisał w ostatnim liście.

Przejmująca jest też reakcja córki Małgorzaty, która pisała: „Ojcze, gdyby dano mi cały świat, byłaby to mała przyjemność w porównaniu z radością, jakiej doznałam przez skarb twojego listu, który choć pisany węglem, wart jest według mnie, by był pisany literami ze złota”.

„Oto człowiek pełny!” – powiedział o Tomaszu papież Pius XI w dniu kanonizacji. Istotnie – to był człowiek, który miał właściwie poukładaną hierarchię wartości. Rodzina była u niego na drugim miejscu. Po Bogu.

Od pierwszego wejrzenia

Pewnego wiosennego dnia 1858 roku 35-letni Ludwik Martin zbliżał się do wąskiego średniowiecznego mostu w Alençon. Z naprzeciwka szła 27-letnia Zelia. Nigdy wcześniej nie widziała tego wysokiego i przystojnego mężczyzny, ale na jego widok mimowolnie się uśmiechnęła. Zanim się minęli, Ludwik już był nią oczarowany. Ona zaś w tym samym momencie usłyszała w duszy: „To ten, którego dla ciebie przygotowywałem”. Ta miłość od pierwszego wejrzenia, ewidentnie zaaranżowana przez Boga, znalazła swoje sakramentalne dopełnienie już trzy miesiące później przed ołtarzem.

Zanim na siebie trafili, myśleli o życiu zakonnym. Gdy się pobrali, on został cenionym zegarmistrzem i jubilerem, ona otwarła zakład koronkarski. Ich priorytetem w każdej sprawie była wola Boża. Owocem tego niezwykłego małżeństwa było dziewięcioro dzieci, z których czworo wcześnie zmarło. Wszystkie pozostałe – same dziewczyny – poszły do klasztoru, a najmłodsza z nich została wielką świętą. „Huragan chwały”, który ogarnął św. Teresę od Dzieciątka Jezus, zwrócił jednocześnie uwagę świata na jej rodziców. Teresa tak o nich napisała krótko przed swoją śmiercią: „Dobry Bóg dał nam ojca i matkę, którzy byli bardziej godni Nieba aniżeli ziemi”.

Każdy dzień małżonków zaczynał się Mszą św. Ludwik, po wstąpieniu do Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu, codziennie też przychodził do kościoła na adorację. Cześć Jezusa Eucharystycznego stanowiła podstawę jego duchowości. Z tym wiązała się też jego żarliwość w świętowaniu dnia Pańskiego. W centrum była, oczywiście, Msza św. niedzielna. Było też wiele modlitwy. Ludwik pilnował, żeby w miarę możliwości cała rodzina zasiadała do świątecznego obiadu. To było dla niego bardzo ważne, podobnie jak wszystko, co mogło budować jedność rodziny. Wszystkie te praktyki wypływały ze szczerego serca i były wykonywane z radością, a przez to były wolne od jakiejkolwiek niezdrowej dewocji. „Cóż powiedzieć o zimowych wieczorach, zwłaszcza w niedzielę? Ach! jak słodko było po grze w warcaby usiąść razem z Celiną na kolanach Taty” – wspominała Teresa. „Śpiewał swoim pięknym głosem pieśni napełniające duszę głębokimi myślami lub kołysząc nas delikatnie, recytował wiersze pełne prawd wiecznych. Potem podnosiliśmy się do wspólnej modlitwy, podczas której królewna była tuż przy swoim Królu, przyglądając się mu, by zobaczyć, jak modlą się święci” – pisała w swoim pamiętniku.

W nocy 28 sierpnia 1877 roku zmarła Zelia. Jej śmierć była dla Ludwika najboleśniejszym doświadczeniem. „Muszę powiedzieć, iż przed swoją chorobą nigdy nie płakał, jedynie podczas ostatniego namaszczenia naszej matki” – zapisała w pamiętniku Celina, jedna z jego córek.

Bohaterski patriarcha

Po śmierci żony Ludwik starał się dopełnić wychowania córek. Kochał je bardzo, więc boleśnie przeżywał rozstanie z nimi, gdy kolejno odchodziły za klasztorną kratę. „Z męstwem prawdziwie heroicznym Ojciec mój, jak nowy Abraham, wspiął się trzykrotnie na górę Karmelu, by złożyć Bogu ofiarę z tego, co miał najdroższego. Naprzód dwie najstarsze córki, później trzecia” – wspominała Teresa. „Wybraniec Boga miał jeszcze dwie córki, jedną osiemnastoletnią, drugą czternastoletnią. Ta ostatnia, mała Terenia, zapragnęła odlecieć do Karmelu” – pisała sama o sobie. Ona, „Królewna” swojego tatusia, rozumiała, jak bolesne musiało to być dla ojca. Tym większy podziw wzbudziły w niej słowa, które powiedział do Celiny, jedynej córki, która jeszcze pozostała w domu: „Jeśli chcesz pójść za przykładem swoich sióstr, zgadzam się, nie troszcz się o mnie”.

Celina pozostała przy ojcu i poszła do zakonu dopiero po jego śmierci. A ta była już blisko. Ludwik zachorował. Najpierw paraliż nóg, a potem choroba psychiczna. Lęki, poczucie zagubienia… „Tak piękne życie miało być uwieńczone godną próbą” – zanotowała Teresa, zaznaczając, że „przecież bohaterski Patriarcha złożył Bogu siebie jako ofiarę całopalną”. Jak stwierdziła, „przyjął to doświadczenie, zdając sobie sprawę z tak wielkiego upokorzenia, a posunął swoje bohaterstwo tak daleko, że nie chciał, aby modlono się o jego zdrowie”.

Ludwik zmarł 29 lipca 1894 roku w obecności Celiny. „Śmierć ojca nie robi na mnie wrażenia śmierci, lecz prawdziwego życia. Po sześciu latach rozłąki czuję, iż jest blisko, patrzy na mnie i chroni… Droga siostro, czyż nie jesteśmy sobie bliższe teraz, gdy patrzymy w niebiosa, odnajdując w nich ojca i matkę, którzy ofiarowali nas Jezusowi? Wkrótce ich marzenia spełnią się i dzieci, które dał im dobry Bóg, połączą się z Nim na zawsze” – napisała Teresa w liście do siostry Leonii.

Zelia i Ludwik Martin zostali pierwszymi w historii kanonizowanymi razem małżonkami. Ich kanonizowaną córkę Teresę ogłoszono doktorem Kościoła. Trwa proces beatyfikacyjny kolejnej z córek – Leonii.

Nie trwożę się

Jednym z najsławniejszych świętych ojców jest Augustyn z Hippony, choć gdy ojcem został, święty nie był. Jego syn Adeodat był dzieckiem nieślubnym. A jednak gdy Augustyn się nawrócił, jego przemiana wpłynęła także na syna. W swoich zapiskach gorąco dziękował Bogu za to, że mógł wychować Adeodata na chrześcijanina. Nawiązując do swojej sytuacji, powiedział kiedyś, stając w obronie dzieci nieślubnych: „Skoro rodzicom tych dzieci nie zaszkodzi ich niegodziwość, jeśli tylko poprawią się i nawrócą do Boga, tym bardziej nie zaszkodzi ona dzieciom, jeśli będą żyły sprawiedliwie”.

W 387 roku razem ze swoim nastoletnim synem przyjął chrzest. Gdy dwa lata później chłopak umarł, Augustyn nie rozpaczał. „Wcześnie zabrałeś go z tej ziemi. I myślę teraz o nim bez niepokoju, bo zarówno w dzieciństwie, jak i w młodości nie było w tym człowieku niczego, co kazałoby o niego się trwożyć” – zapisał. Wiedział, że spełnił swoje najważniejsze zadanie rodzicielskie: oddał syna najlepszemu Ojcu.

Historia Kościoła zna wielu świętych ojców. Ich wspólną cechą jest to, co w najwyższym stopniu objawiło się w św. Józefie: pełne zaufanie do Boga, którego wola chce tylko naszego dobra. A więc i dobra dzieci.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL