Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Po prostu zapusty

Dziś świętowane mniej hucznie na balach i imprezach tanecznych, dawniej przyjmowały także formy pochodów i zabaw przed czasem postu. Jak kiedyś obchodzono ostatnie dni karnawału?

Sporo ciekawych zabaw, obchodów i tradycji odeszło w zapomnienie. A szkoda, bo musiały być barwne i integrowały małe społeczności.

Mięsopusty i kusaki

Karnawał, dawniej zwany zapustami, obfitował w zabawę, barwne pochody, biesiady i tańce. W tym też okresie odbywało się najwięcej ślubów z hucznymi weselami. Choć wiele tradycji bierze swój początek już w czasach wcześniejszych, pierwsze drukowane opisy zabaw i zwyczajów zapustnych znanych w Polsce pochodzą z XVII wieku. W satyrach Konstantego Miaskowskiego jest mowa nie tylko o zapustach, ale i o mięsopuście. To staropolskie określenie ostatnich trzech dni karnawału oznaczało zbliżające się pożegnanie hucznych zabaw, ale wiązało się też ze zmianami w codziennych posiłkach. Od Środy Popielcowej obowiązywały dania bezmięsne i proste, składające się głównie z kasz, mąki, ziemniaków, kapusty, cebuli i fasoli. Dni poprzedzające Wielki Post zwane były również w niektórych rejonach Polski ostatkami, podkoziołkiem, kusymi dniami, kusakami czy dniami zapuśnymi. Zanim jednak nadeszła Środa Popielcowa, bawili się wszyscy, bez względu na stan majątkowy i miejsce zamieszkania.

Reduty i maskarady

Barwne karnawałowe orszaki i korowody oraz zabawy taneczne w przebraniach i maskach, na wzór tradycji śródziemnomorskich, do Polski najprawdopodobniej sprowadziła królowa Bona. Chociaż w niektórych miastach do dziś spotyka się kolorowe pochody, raczej nie są one organizowane na tak wielką skalę jak w innych krajach, takich jak Niemcy, Belgia czy Holandia. Nie wspominając już o Brazylii czy Wenecji, gdzie stały się niemal znakiem rozpoznawczym i atrakcją turystyczną.

W dawnej Polsce można było bawić się na balach maskowych. W Warszawie nazywano je redutami. Choć na początku przeznaczone były tylko dla osób bardziej majętnych, potem bawić się mogli na nich wszyscy, niezależnie od stanu i majątku. Był tylko jeden warunek: podczas zabawy obowiązywały maski. W nich wszyscy mogli czuć się równi i byli traktowani podczas zabawy tak samo. Wystarczyło jednak, że ktoś nieopatrznie zdjął maskę, a do tego został rozpoznany jako osoba niższego stanu (kucharz, lokaj, szewc), wtedy mógł zostać nawet wyproszony z balu. W XIX wieku bale i zabawy taneczne stały się też okazją do wspierania instytucji dobroczynnych.

Dla rzemieślników i czeladników organizowane były burkoty, czyli zabawy taneczne z muzyką i poczęstunkiem. Podczas nich niejednokrotnie swatano przyszłych małżonków, a na kawalerach spoczywał obowiązek tańczenia z każdą obecną na sali panną. Za jego niedopełnienie mogła być nałożona nawet kara pieniężna.

Kuligi i swaty

Inną formą karnawałowej rozrywki były kuligi. Polegały na całodniowym odwiedzaniu kolejnych sąsiadujących ze sobą dworów. Podczas odwiedzin gospodarz częstował przybyłych jedzeniem i muzyką. Po biesiadzie nierzadko połączonej z tańcami rozbawione towarzystwo wsiadało do sań i udawało się do kolejnego gospodarza. W kuligach często brali udział sąsiedzi, zaprzyjaźnione rodziny lub znajomi gospodarzy. Zdarzało się, że podczas kolejnych przystanków do towarzystwa dołączały osoby z odwiedzanych domów. Kuligi towarzyszyły często zaręczynom i weselom skojarzonych wcześniej par. W trakcie takich spotkań młodzi mogli się poznać i z pomocą matek, ciotek oraz innych swatek znaleźć przyszłego męża lub przyszłą żonę.

Babskie combry…

…przetrwały w niektórych rejonach Polski do dziś. To spotkania kobiet przy muzyce i dobrym jedzeniu. Jak pisze Barbara Ogrodowska w książce „Polskie obrzędy i zwyczaje”, dawniej tradycja spotkań kobiecych była celebrowana przede wszystkim przez krakowskie przekupki, pomocnice, służące i inne kobiety z niższych stanów. W tłusty czwartek urządzały one na rynku krakowskim wielką taneczną zabawę, podczas której żartowały z przechodniami, płatając im figle. Czasem naprzykrzały się, aż wybrany z tłumu nieszczęśnik wykupił się odpowiednią kwotą. W Radomskiem doświadczone gospodynie plotły ze słomy kukłę Zapusta. Odwiedzały z nią domostwa świeżo poślubionych mężatek, od których dostawały różne dary. W innych regionach gospodynie chodziły po wsi, zabierając na wózek czy sanie młode mężatki, które potem w karczmie podczas zabawy mogły się wkupić do babskiego cechu. Takie zabawy umożliwiały młodym dziewczynom poznanie kobiet z okolicy, co potem owocowało wzajemną sąsiedzką pomocą i wsparciem.

Koniec muzyki i zabawy

Czas do Środy Popielcowej był wykorzystywany na zabawę niemal do ostatniej minuty. Kiedy jednak zbliżała się północ, cichła muzyka, a na stole pojawiały się dania postne (np. żur i śledzie). W karczmach przewracano stoły, a szklanki i kielichy odwracano do góry dnem na znak skończonej zabawy. Zbliżający się koniec karnawału w Krakowie sygnalizowało ścięcie głowy słomianego Mięsopusta. W Wielkopolsce o północy z wtorku na Środę Popielcową muzykanci przerywali grę, symbolicznie odrzucając smyczki i zrywając struny. Na Kujawach muzykanta wywożono w taczce poza wieś, gdzie obsypany popiołem zostawał na znak skończonej na czas Wielkiego Postu zabawy. Na Górnym Śląsku natomiast znany był zwyczaj pogrzebu basów. Muzykanci owijali swoje instrumenty w płótna, chowali do futerałów i zawodząc udawali się z miejsca zabawy do domu w kolorowym orszaku.

Dzisiaj wiele z tych tradycji i zwyczajów można jeszcze zobaczyć na niektórych przeglądach folklorystycznych czy w przedstawieniach teatralnych. Szczególnie barwnie odtwarzane są pochody poprzebieranych za różne postaci kusaków i grup zapustnych (m.in. we Włocławku czy Ciechanowcu). Podczas jedlińskich zapustów odgrywane jest widowisko ścięcia śmierci wywodzące się jeszcze z XVI wieku. To pokazuje, że w niektórych rejonach Polski te stare ostatkowe tradycje są na nowo wskrzeszane lub kultywowane w formach nieco zmienionych, ale wciąż żywych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Anna Leszczyńska-Rożek

Redaktorka działu „4 strony kobiety"

Absolwentka muzykologii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Współzałożycielka Stowarzyszenia Śląska Kawiarnia Naukowa, w którym koordynowała projekty „Cztery żywioły" (cykl zajęć dla dzieci w gorszej sytuacji materialno-rodzinnej), wystawę fotografii naukowej „Mikro-Makro. Skale wszechświata" i cykliczne spotkania Śląskiej Kawiarni Naukowej w Katowicach. Autorka tekstów w miesięczniku „Mały Gość Niedzielny". Od 2018 r. w „Gościu Niedzielnym" prowadzi dział Cztery Strony Kobiety. Mama bliźniąt i żona Tomasza. Gra na skrzypcach w zespole Dobre Ludzie. Żegluje, eksperymentuje w kuchni, a od czasu do czasu wyrusza do dalekich krajów (m.in. Uganda, Islandia i Indie), by poznawać nowych ludzi, smaki, zapachy i miejsca.

Kontakt:
Więcej artykułów Anny Leszczyńskiej-Rożek

Zobacz także