Nowy numer 14/2020 Archiwum

W brzuchu wieloryba

Nie mam wątpliwości, że „1917” Sama Mendesa to pewny zdobywca Oscara. I to w kilku kategoriach.

Właściwie każdy element filmu, czyli reżyseria, niesamowity i niedostrzegalny montaż, zdjęcia, ścieżka muzyczna, scenografia i obsada, zasługuje na nagrodę. Oczywiście pod warunkiem, że jurorzy kierować się będą względami artystycznymi, a nie narzucanymi przez Akademię Filmową parytetami. Nie mam też wątpliwości, że reżyser wielu różnych gatunkowo filmów, w tym dwóch o Bondzie, nakręcił jeden z najważniejszych obrazów wojennych w historii kina. Chociaż akcja rozgrywa się w czasie I wojny światowej, film ma walor uniwersalny.

Labirynt okopów

„1917” opowiada o wydarzeniach fikcyjnych, ale inspiracją dla reżysera były opowieści jego dziadka, Alfreda Mendesa, weterana I wojny światowej. Brał on udział w kampanii w Belgii, w bitwie pod Passchendaele, znanej także jako trzecia bitwa pod Ypres. Należała ona do najkrwawszych w I wojnie światowej, zginęło w niej kilkaset tysięcy żołnierzy. Batalion dziadka reżysera również poniósł ogromne straty. Dowódca poprosił, by jakiś ochotnik zlokalizował żołnierzy, którzy być może przetrwali na polu walki i nie zdążyli się wycofać. Zgłosił się Alfred, a jego misja umożliwiła uratowanie wielu.

O ile fabuła jest fikcją, o tyle obraz I wojny światowej przedstawiony w filmie – jak najbardziej prawdziwy. W przeciwieństwie do drugiej, pierwsza wojna była przede wszystkim wojną pozycyjną. Działania wojenne w pierwszych miesiącach nie przyniosły spodziewanych rozstrzygnięć i przerodziły się w przewlekłe walki na wielu odcinkach frontów. Żołnierze miesiącami tkwili w okopach, czekając na sygnał do ataku. Podobno łączna długość okopów zbudowanych po obu stronach frontu wyniosła około 40 tysięcy kilometrów.

Film znakomicie oddaje warunki, w jakich żyli żołnierze. Oglądamy to w pierwszej części, kiedy obaj bohaterowie przemieszczają się niekończącym się labiryntem okopów. To obraz oparty na szczegółowych badaniach, prawie dokumentalny. Można sobie wyobrażać, w jaki sposób te warunki wpływały na psychikę żołnierzy.

Akcja filmu rozpoczyna się 6 kwietnia 1917 roku, czyli w czwartym już roku wojny. Wydaje się, że Niemcy wycofują się z tego odcinka frontu i opuszczają pierwszą linię okopów. Bohaterami filmu są dwaj starsi szeregowcy, William Schofield i Tom Blake, którzy się przyjaźnią, chociaż bardzo różnią charakterem. Pierwszy, żołnierz już doświadczony i odznaczony medalem za odwagę, jest raczej zamknięty w sobie, natomiast młodszy jest bardziej ekstrawertyczny. Pochodzą z różnych środowisk; gdyby nie wojna, prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali i nie zaprzyjaźnili. Obaj zostają wezwani do dowodzącego tym odcinkiem frontu generała, który zleca im wyjątkowo niebezpieczne zadanie. Mają dotrzeć do znajdującego się za rzeką oddziału pod dowództwem płk. Mackenziego, z którym została przerwana łączność. Jednostka za kilka godzin ma przeprowadzić atak na niemieckie pozycje, a z doniesień wywiadu wynika, że Niemcy tylko zamarkowali odwrót, zastawiając pułapkę, która zakończy się rzezią 1600 brytyjskich żołnierzy. Blake ma jeszcze jedną ważną motywację, by misja się udała. W zagrożonej jednostce służy jego brat.

Prolog „1917” nie zapowiada horroru, jakiego jesteśmy później świadkami. Bohaterowie filmu doświadczyli już wiele w czasie walk na froncie, ale ich misja staje się prawdziwą drogą przez mękę. W realizowanych współcześnie filmach twórcy często szafują przemocą i okrucieństwem dla samej przemocy, niezależnie od tego, czy ma to jakieś fabularne i artystyczne uzasadnienie. Wydaje się, że ta pornografia przemocy i okrucieństwa staje się, przynajmniej w mniemaniu twórców, dodatkowym walorem artystycznym. W filmie Mendesa nie brakuje scen trudnych do zniesienia dla bardziej wrażliwego widza. Reżyser nie szczędzi nam obrazów okropności, jakie niesie ze sobą wojna. Jest to obraz wyrazisty. Widzimy zwłoki żołnierzy wiszących na kolczastych zasiekach rozciągniętych przed okopami czy rozkładające się ciała na polu. W podziemnych schronach opuszczonych przez Niemców hasają stada szczurów. Do najbardziej przerażających scen należy z pewnością przeprawa przez rzekę, z której prądem płynie jeden z bohaterów. Równie wstrząsający jest obraz płonącego, zniszczonego do szczętu w czasie wojennych zmagań miasteczka. Ta scena, jednocześnie realistyczna i symboliczna, doskonale obrazuje piekło wojny. Uważnemu widzowi z pewnością nasuną się skojarzenia z takimi filmowymi klasykami jak „Czas apokalipsy” Coppoli i „Szeregowiec Ryan” Spielberga, chociaż nie ma w nim wielkiej batalistyki.

Ubodzy wędrowcy

Mendes opowiada o wojnie, ale kamerę kieruje przede wszystkim w stronę zwykłych ludzi, którzy na jakiś czas stali się żołnierzami. Osiąga to w sposób niezwykły, bo chociaż film rozgrywa się w wielu planach, odnosimy wrażenie, że został zrealizowany w jednym ujęciu. Złudzenie jest absolutne. Kamera przez cały czas idzie w ślad za dwojgiem żołnierzy, co sprawia, że widz nie spuszcza ich z oka, staje się częścią ich świata. Zostało to osiągnięte dzięki niedostrzegalnemu montażowi i perfekcyjnej synchronizacji wydarzeń rozgrywających się na planie. W filmie pada niewiele słów. Nie są potrzebne, wystarczą obrazy. William, w świetnej kreacji ­George’a MacKaya, i Tom, grany przez Deana-Charlesa Chapmana, nie mówią o tym, co czują w trakcie misji. Nie muszą, bo widz doskonale to rozumie, patrząc na ich twarze.

William i Tom nie są postaciami, do jakich przyzwyczaiło nas kino wojenne. Obaj są cywilami powołanymi do wojska, a ich największym marzeniem jest powrót do domu. Swoje obowiązki wykonują jak należy, ale daleko im do bohaterów. Powierzoną im misję traktują jako obowiązek. Nie palą się do niej, po prostu wykonują rozkaz, zdając sobie sprawę, że od powodzenia zadania zależy życie wielu towarzyszy broni. W obliczu śmiertelnego zagrożenia nie poddają się, chociaż czujemy ich strach i niepewność. Zachowują godność i ludzkie uczucia w najgorszych chwilach, nawet wtedy, kiedy wszystko wydaje się stracone. Wbrew okropnościom, jakie widzimy na ekranie, przesłanie filmu nasycone jest nadzieją. Po wyjściu z kina znany katolicki publicysta zauważył, że opowieść Mendesa może kojarzyć się z historią biblijnego Jonasza. Miał rację.

Reżyser wielokrotnie zaskakuje widza na pozór surrealistycznymi scenami w mocno realistycznym, a miejscami nawet naturalistycznym obrazie. Niosą one ze sobą jednak głębokie przesłanie. W pewnym momencie bohater, w niezwykłych okolicznościach, recytuje fragment wierszyka angielskiego poety absurdu Edwarda Leara „O żeglarzach Dżamblach”, którego bohaterowie płynęli po morzu w sicie. Kolejna scena, która przenosi film Mendesa w metafizyczny niemal wymiar, rozgrywa się w jeszcze bardziej szokującej scenerii. Tym razem słuchamy przejmującej pieśni w niesamowitym, a jednocześnie surowym wykonaniu Josa Slovicka, która dla widza spoza Ameryki może być zagadką. Nie wiemy, kto i kiedy ją skomponował ani skąd ona pochodzi, natomiast jej treść i wymowa religijna są oczywiste dla każdego widza. Nie będzie nadużyciem, jeżeli wyjaśnię, że chodzi o tradycyjny religijny utwór „Ubogi wędrowiec” („Poor Wayfaring Stranger”). Znajduje się on w repertuarze wielu amerykańskich wykonawców, w tym ­Johnny’ego ­Casha i Joan Baez, ale jego filmowa interpretacja w wykonaniu Josa Slovicka w określonych okolicznościach wywiera niesamowite wrażenie.

Motyw wędrówki odgrywa znaczącą rolę w teologii katolickiej. Przykładem mogą być chociażby pisma św. Augustyna. „Co innego dostrzec z wierzchołka porośniętej lasem góry ojczyznę pokoju w dali, ale nie móc znaleźć właściwej drogi do niej (…), a co innego kroczyć drogą wiodącą do owej krainy, wytyczoną staraniem niebiańskiego Wodza” – pisał św. Augustyn w „Wyznaniach”. Pieśń o cierniowej wędrówce przez życie doskonale współgra z tematem, jakim jest każda wojna. Dla osoby, która widziała „1917”, na zawsze już będzie kojarzyła się z filmem.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji